
Ma na imię Karolina, pochodzi z Podkarpacia, ale od kilku lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Wraz z mężem zdecydowała się na adopcję dziewczynki z Korei Południowej. Swoje przygody i przemyślenia z tym związane opisuje w pamiętniku „Koreańska Mama”.
Karolina Collier ma 31 lat, jest córką Marzeny Mytych, dyrektor Zespołu Szkół Specjalnych w Kolbuszowej Dolnej. Ukończyła lingwistykę stosowaną z językiem hiszpańskim. Ale to muzyka jest jej największą pasją. Jak sama mówi, wywodzi się ze sceny punkrockowej. Już jako 15-latka zaczęła stawiać pierwsze kroki w branży organizacji koncertów. Przez kilka lat jeździła w trasy z zespołami, pracowała jako manager produkcji.
Połączyła ich muzyka
Jej mąż, Justin, jest Amerykaninem. Poznali się 13 lat temu, kiedy Karolina w swoim rodzinnym mieście organizowała jeden z koncertów. On przyjechał ze swoim zespołem do Kolbuszowej i spał u niej w domu. Z czasem stali się parą. Połączyły ich wspólne wartości i pasje. Po kilku latach wspólnego mieszkania w Hiszpanii, Irlandii i Polsce, postanowili osiąść w USA. Najpierw zamieszkali w Filadelfii, potem przenieśli się do Los Angeles, gdzie mieszkają do dziś. Oboje kochają muzykę, ale są również bardzo wrażliwi ekologicznie.
– Od zawsze bolała mnie ludzka i zwierzęca krzywda, bo widzę, jak nasza planeta cierpi – przekazuje Karolina. – Myślę sobie, że musimy zmienić nasze podejście do pewnych spraw. Jeżeli jeszcze ktoś nie widzi związku z wszystkimi klęskami, zmianą pogody, wirusami oraz ludźmi chcącymi ciągle więcej, to proszę o głębszą analizę tego tematu.
– Chcę wierzyć, że mamy co ratować i zadziała to tak samo jak w przypadku koronawirusa. Każdy z nas ma siłę zrobić coś wielkiego. Można zacząć od małych rzeczy jak np. mniejszy konsumpcjonizm. Gdyby tak pomyśleć, w obliczu zdarzeń, jakie mamy teraz, to czy nowe rzeczy i ich posiadanie w ogóle coś znaczą? Ja nie jem mięsa i produktów pochodzących od zwierząt – mówi pani Karolina.
– Wiem, że dużo osób jeszcze nie widzi związku między jedzeniem mięsa a wirusami, ale jest on dosyć kluczowy. Może akurat to będzie dobrym argumentem na zaprzestanie tego. Jako ludzkość musimy stać się bardziej wrażliwi na to co dzieje się w bliższych i dalszych miejscach i przestać patrzeć na czubek własnego nosa, a może wtedy dostrzeżemy dużo ciekawych rozwiązań i uratujemy nas samych, przyszłość i naturę – wylicza.
Marzenie o adopcji
Polsko-amerykańskie małżeństwo zdecydowało się na adopcję dziecka i znalazło je w Korei Południowej. 3,5-letnia Lena, bo o niej mowa, jest z nowymi rodzicami już półtora roku. Swoje emocje, przemyślenia i przygody związane z wychowywaniem swojej córki Karolina prezentuje na Instagramie, gdzie prowadzi pamiętnik pod nazwą „Koreańska Mama”.
„Od lat moim marzeniem było przygarnięcie takiej małej istoty” – czytamy w jednym z jej wpisów. „Jednak sama myśl nie doprowadza do upragnionego celu. Trzeba jeszcze działać i to dosyć ostro. Musieliśmy uzbierać potrzebne pieniądze, przejść mnóstwo biurokracji, a do tego przeszukać cały Internet i przewertować setki agencji adopcyjnych. Każda chwila w ciągu tej wyboistej drogi jest warta tego celu”.
– Dostałam mnóstwo wiadomości od dziewczyn, które albo są w trakcie adopcji albo chcą adoptować. Nie wiem, jak to jest się starać o dziecko latami i nie móc zajść w ciążę. Nigdy też nie przechodziłam przez in vitro. Ja wybrałam adopcję, bo po prostu chciałam, a nie musiałam. Wiem za to, jak to jest starać się o coś i pomimo tych starań nie móc tego dostać. I wiem, jeżeli to dotyczy zdrowia i naszych ciał i rzeczy, których nie możemy zrobić, bo nasze ciało nas ogranicza, że to jest straszne – mówi pani Karolina.
– Lena to tak jakby od zawsze z nami była. Przynajmniej ja tak czuję. Przeglądam, co jakiś czas zdjęcia z jej początków w naszej rodzinie, i po prostu nie mogę uwierzyć w to, że dzieci są największymi twardzielami pod słońcem. Tyle zmian, tyle domów, tyle podróży, tyle języków, a ona dalej walczy, świetnie się przy tym bawiąc i rozwijając.
Mieszanka wybuchowa
– Nasza rodzina to mieszanka wybuchowa. Kulturalnie, mentalnie i wizualnie. W mojej głowie przewija się dużo rzeczy. Mieszkamy w Stanach, ale wszyscy troje pochodzimy z różnych kultur. W związku z tym staramy się jakoś tę całą naszą rodzinę połączyć.
– Przed adopcją Leny, czułam się dosyć samotnie. Mieszkając w obcym kraju i będąc osobną jednostką, z dość ugruntowaną wiedzą i oczekiwaniami, wiedziałam, że jest to płaszczyzna, która będzie podobna dla mojej córki. Też przecież pochodzi z kompletnie innego kraju i przyzwyczajona jest do innych rzeczy. I oczywiście tak jak ja, na pewno na początku czuła się dość samotnie, więc zawsze będę mogła jej to wytłumaczyć – podkreśla nasza rozmówczyni.
Karolina dba o to, aby jej córka nie zapominała o swoich azjatyckich korzeniach.
– Żyjemy zasadniczo blisko dzielnicy, w której jest dużo kultury koreańskiej. Staramy się celebrować święta koreańskie. Oczywiście podejrzewam, że wyglądamy jak dwoje białych ludzi, którzy pewnie dużo rzeczy robią niepoprawnie. Wydaje mi się, że jesteśmy tylko ludźmi i robimy, co możemy, a z drugiej strony cały czas zadaję sobie dużo pytań. To są chyba lęki każdej matki troszczącej się o swoje dziecko. Chciałabym mniej skupiać się na obawach, by więcej cieszyć się macierzyństwem.
– Koreański alfabet, który dostaliśmy od naszej dobrej koleżanki, bardzo nam pomaga. Chciałabym, żeby ta część życia Leny już na zawsze z nią została, bo to przecież jej cząstka, która kształtuje jej osobowość. Niemniej nauka nie jednego, ale aż dwóch języków, dla dziecka, które nigdy nie miało z nimi styczności, to wyzwanie tak ogromne, że chwilami mnie przerastało. Mimo to, nie wolno się poddawać – obiecuje „koreańska mama”.
Przytuliła krokodyla
Mała Lena odwiedziła już rodzinne strony swojej mamy, m.in. przytuliła słynnego krokodyla na kolbuszowskim Rynku. – Miałam tyle pomysłów na zdjęcia przed przyjazdem do Polski i w końcu po przylocie czas spędziliśmy tak intensywnie, że zupełnie o tym nie myślałam, bo chciałam cieszyć się chwilą – wspomina Karolina. – Powiem jedno: to była i dalej jest totalna abstrakcja przywiezienie Leny tutaj. W głowie mi się nie mieści, że ona tak długą drogę przebyła i przeleciała z nami, żeby poznać swoją babcię, rodzinę i przyjaciół. Aż mi się płakać chciało ze szczęścia. To był naprawdę najlepszy czas.
– Mam takie małe marzenie, żeby za parę lat wraz z Leną odwiedzić jej matkę zastępczą w Korei, która wykonała kawał dobrej pracy i przygotowała ją na jej najważniejszą rodzinę. Była dla niej trochę jak babcia i wychowała przy tym 89 dzieci, czego ja nigdy pewnie moją małą głową nie pojmę. Dlatego jak pomyślę o Dniu Babci i Dziadka, to oprócz moich własnych, zawsze będę myślała o niej i zawsze będę chciała tam wrócić.
– Kiedy Lena zdmuchiwała świeczki na urodzinowym torcie, nieśmiało pomyślałam o jednym życzeniu – dodaje „koreańska mama”. – Żeby wszystkim nam, jej i mnie, było lepiej na tym świecie. Żebym mogła spokojnie przyjeżdżać do Polski i nie martwić się o różnice, jakie dzielą nas wszystkich, ale myśleć o tym jak razem możemy tworzyć lepszą przyszłość.
Paweł Galek



One Response to "Koreańska Mama z Kolbuszowej Dolnej"