
Uważam się za człowieka lewicy. To zastrzeżenie tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie wiedział – albo gdyby miał inne zdanie po przeczytaniu tego, co będzie za chwilę poniżej.
Bo będzie pisane o imprezie – nie wiadomo z jakich powodów nazwanej Konferencją Programową Lewicy, bo to była raczej jedynie prezentacja nie do końca wykorzystanych możliwości Power Pointa. I będzie pisane źle, bo w mojej opinii ta impreza – sztuczna do bólu zębów, jako wymyślona przez dość niezdolnego propagandzistę – była wręcz katastrofą wizerunkową. I właściwie w tym momencie spieszący się mogą skończyć, bo dalej już tylko uzasadnienia.
Zacznijmy od formy. Powierzenie całości prowadzenia konferencji samym paniom było zabiegiem propagandowym tak jawnie, że zęby bolą. Nie, to nie był hołd dla feministek ani nawet żaden ukłon w kierunku walczących o równouprawnienie kobiet. To był sterylnie czysty zabieg manipulatorski. A więc w stosunku do inteligenta – przeciwskuteczny, tym bardziej, że żadna z występujących dam – bardzo oględnie mówiąc – nie jest w najmniejszym nawet stopniu La Passionarią…
Mogliście zrobić ten gest mniej nachalnie. Wystarczyła proporcja 3:2 na korzyść pań – i też byśmy rozumieli przesłanie. A tak było pałą po oczach; czego osobiście nie lubię: noszę okulary i nie chcę, by mi się stłukły.
Ale wy, zdaje się, nie przepadacie za inteligencją, więc OK, to jest nawet logiczne.
Dalej merytorycznie, tylko wybrane tematy.
Bliskie mi problemy edukacyjne: cała rewolucja ma polegać na jakichś kilku dniach na dostosowanie dzieciaka do nowych warunków po wakacjach? Ani słowa o Czarnku i jego pseodopatriotycznych katoszaleństwach? Ani słowa o przeciwstawieniu się ekspansji Ordo Iuris? Ani słowa o pomysłach prawicy na wychowanie dla rozpłodu? Ani słowa o przeciwstawieniu się homofobii? Nic o proporcjach programowych?
Zdrowie. Rzecz ważna bez dyskusji. Może nawet najważniejsza. Czy nie wiąże się z tym tematem przypadkiem sprawa dostępu do aborcji, in vitro i edukacji seksualnej młodzieży? Tak sobie łatwo kochane panie przeszły nad tym do porządku dziennego? Czy rzeczywiście tylko chodzi o pensje pielęgniarek i salowych i 0,2 proc. więcej w budżecie niż chce dać PiS?
Nauka, kultura – ani słowa. Praworządność – a kysz, przepadnij zmoro; temat drażliwy. Rozliczenie nacjonalistów i faszystów? W życiu, nie mówmy o takich brzydkich rzeczach. Wolna prasa? Też mi tematy…
Ogólnie odnoszę wrażenie, że autorom tej dość amatorskiej prezentacji chodziło głównie o to, by nie narazić się Prezesowi ani Kościołowi. Oczywiście oznacza to co najmniej puszczenie oczka do pewnego typu wyborcy; ale – wybaczcie kochani – od puszczania oczka w tym kierunku czy mówiąc otwartym kodem – podlizywania się prostakowi, to ja mam w tym kraiku partii pod dostatkiem. Jeszcze jedna jest mi zupełnie zbędna.
Lewica kojarzy się wielu ludziom z rewolucją społeczną i kulturową. I mieliśmy w historii kilka grup i partii wyraziście lewicowych. Wasza rewolucja czy nawet – dokładniej – łagodny postęp w granicach prawa (i sprawiedliwości…) to – przepraszam – cyrk i parodia. Zapowiadacie gromko: zrobimy, wykonamy! Jest po drodze jedna mała przeszkoda: trzeba mieć władzę. Po co miałby ją wam ktoś dawać? No – po co?
Po raz kolejny przekonuję się, że bycie człowiekiem lewicy nie ma związku z przynależnością do żadnej partii. A już na pewno nie takiej, która lewicowość ma głównie w nazwie. No i jeszcze gdzieś, ale o tym – sza! Jak mówi dawna piosenka.
Bogdan Miś, matematyk, informatyk oraz wybitny polski dziennikarz prasowy i telewizyjny. Obecnie na emeryturze.



5 Responses to "Chodziło głównie o to, by nie narazić się Prezesowi ani Kościołowi"