
Nawiązując do tytułu popularnej niegdyś powieści E. Remarque’a „Na Zachodzie bez zmian”, powinienem napisać: na Wschodzie, czyli w Polsce – bez zmian.
Jak zazwyczaj ten bardzo zamożny pan w okularach i z krzywymi ustami coś długo i zawile w telewizji tłumaczył – ale prawdę mówiąc, już nie mam siły go słuchać. Zamiast więc jakichś uwag krytycznych będzie stara anegdota.
Otóż przed laty polska delegacja – wówczas nazywało się to „partyjno-rządowa” – pojechała do Chin poszerzać i pogłębiać. Tradycyjną przyjaźń, ma się rozumieć. No i szef polskiej delegacji zaczął mowę. Gadał kwadrans, po czym – nieco zdziwiony – spojrzał na chińskiego tłumacza (polski stracił głos i miał chrypkę), który uśmiechnął się przepraszająco i powiedział „ping”. Mówca niespeszony gadał dalej i po drugim kwadransie tłumacz powiedział znowu „ping”. Mówca dobrnął do końca, tłumacz powiedział tym razem „pong” i wszyscy zaczęli klaskać.
Po powrocie do hotelu szef delegacji spytał polskiego tłumacza, co znaczą te tajemnicze słowa i zaczął się zachwycać zwięzłością chińskiego języka. – Nie o to chodzi – usłyszał w odpowiedzi – to nie kwestia zwięzłości. „Ping” otóż znaczy „pieprzy”, zaś „pong” przestał pieprzyć.
Nie wiem czemu mi się to przypomniało. To znaczy wiem, ale nie chcę mówić. A poza tym coś tam jeszcze mówili o Kukizie, że Tusk może wróci, a Miller to niezupełnie lewica i takie tam. Jak zwykle. Pong.
Bogdan Miś, matematyk, informatyk oraz wybitny polski dziennikarz prasowy i telewizyjny. Obecnie na emeryturze.



4 Responses to "Taki dzień nadejść musiał…"