Gość z USA

Kilka dni sprzątano mieszkanie, odkurzając wszystkie kąty i takie zakamarki, które miotły od lat nie widziały. Babcia zaproponowała nawet umieszczenie w progu transparentu i wymyśliła treść, która miała brzmieć krótko, lecz serdecznie: WITAMY! Propozycja nie przeszła, bo nikt jej nie poparł, ani tym bardziej nie miał ochoty transparentu wykonać. Stanęło więc na bukiecie kwiatów w koszyku.

Wszystkie przygotowania wiązały się z przyjazdem Wojciecha S., brata babci, który od przeszło 20 lat nie był w ojczystym kraju. Wojciech ów mieszkał w Ameryce i był ponoć taki bogaty, że sam nie wiedział, ile ma naprawdę. Więc rodzinka liczyła, że mu to obliczy…

Do Warszawy wyjechał po dziadka tylko wnuk, Zenon P., a na dworcu witali już wszyscy. Ucałowali i dawaj brać się za jego bagaże, żeby sprawdzić, czy ciężkie od tych dolarów. Szczebiotali wesoło, udawali, że cieszą się dziadkiem, a on na pytania o zdrowie odpowiadał: o’key. Był taki amerykański, że aż przyjemnie było myśleć, ile musi mieć po kieszeniach.

W domu dziadek odsapnął, wypił kieliszek żytniej, aż mu jasne łany zapachniały i wyjął butelkę whisky. Wnuk Zenon pokosztował i burknął do swego ojca, że trunek naftą mu zalatuje. Ojciec dał synowi kuksańca i skarcił: – Pij gówniarzu – powiedział – nie obrażaj dziadka!
Wszyscy w skupieniu czekali, aż Wojciech rozpakuje walizy i wyjmie prezenty. Ale on nie śpieszył się wcale, tylko wyjął cygaro i puścił dymek. Siedział przy tym w fotelu zupełnie przyzwoicie, choć rodzina przewidywała, że nogi położy na stole i będzie żuł gumę przynajmniej lub tytoń nawet. Coś im ten dziadek przestawał się podobać.
Po obiedzie Wojciech S. wziął się jednak za bagaże i wreszcie wyjął z nich prezenty. Teraz rodzina rozczarowała się zupełnie. Babcia dostała taką bluzkę, że w sklepie by jej za darmo nie chciała, wnuk otrzymał zaś czekoladki, jakby miał pięć, a nie dwadzieścia pięć lat, reszta rodziny też nie najlepiej.
– Bądźcie cierpliwi – pocieszał ich ojciec. – Łachy nie są najważniejsze. Zaczekamy na „zielone”, których dziadkowi na pewno nie brakuje.
Czekali tak cierpliwie kilka dni, kręcąc się koło Wojciecha i dogadzając mu jadłem. On zaś chodził na spacery i mówił, że w USA przez 20 lat nie było mu tak dobrze, jak w kraju przez godzinę.
– Ki diabeł – myślała po nocach rodzina. – Miał przyjechać milioner, a zjawił się zwykły dziadek.
– To tylko starcze skąpstwo – tłumaczyła matka. – Jak go dobrze podbierzemy, to sypnie całymi garściami.
– To podbierajcie, bo coś nie sypie – martwił się wnuk.
– Najwyższy czas zacząć działać.

Wnuk Zenon P. utrzymywał bliskie kontakty z Henrykiem K., który był dwukrotnie karany. po raz pierwszy przebywał w zakładzie poprawczym, po raz wtóry już w więzieniu dla dorosłych. Był więc kwalifikowany. Jego to właśnie rady Zenon P. zasięgnął.
– Spuścimy z dziadziusia walutę – zadecydował Henryk. – Ty wszystkich wyciągniesz z domu, a mnie zostawisz klucze. Ponieważ cię lubię, wezmę tylko 20 procent.
Na tym stanęło. Następnego dnia przed południem, gdy wszyscy domownicy wyszli z mieszkania, wnuczek zaproponował Wojciechowi spacerek.
Dziadek zgodził się chętnie i ruszyli zażywać świeżego powietrza. W tym czasie Henryk K. przyszedł do mieszkania kolegi, bez trudu otworzył drzwi i wziął się do roboty. Sprawę miał nagraną, więc od razu znalazł toboły polskiego Amerykanina i jął w nich grzebać. Znalazł jednak bardzo niewiele, zaledwie mało wartościowe przedmioty i tylko 45 dolarów. Więc przy okazji postanowił jeszcze pozaglądać do schowków rodziny P. Gdy właśnie otworzył szufladę kredensu, usłyszał piskliwy głosik babci Zenona, która nieoczekiwanie powróciła do domu.
– Na pomoc – krzyczała babcia – złodziej w mieszkaniu!
Henryk K. rzucił się na starszą kobietę, twarz jej przykrył poduszką i powalił na ziemię. Dzielna babuleńka zdołała jeszcze pchnąć fotel, który zatarasował przejście i ten moment opóźnił ucieczkę złodzieja. Zaalarmowani sąsiedzi dostrzegli go i w chwilę potem dokładnie opisali milicji.
Gdy funkcjonariusze zatrzymali Henryka K., ten grzecznie opowiedział, kto był jego wspólnikiem i projektodawcą pomysłu obrabowania dziadka z Ameryki. No to milicja wnuczkowi też zapewniła lokal, a Wojciecha S. przesłuchała w tej sprawie.
– Pieniądze zawsze noszę przy sobie – wyjaśnił dziadzio i wyjął z kieszeni gruby portfel, w którym było ponad 1000 dolarów. – Pieniądze te chciałem rozdać mojej rodzinie. Myślę jednak, że lepiej będzie, jeśli po powrocie przekażę je choćby i na cele dobroczynne.
– A kiedy pan wraca?
– Najbliższym samolotem, w którym będą wolne miejsca.

Wbrew przewidywaniom – rodzinie P. żyje się po wizycie dziadka lepiej niż przedtem, bowiem Zenio korzysta z państwowego wiktu…

Jan Miszczak

2 Responses to "Gość z USA"

Leave a Reply

Your email address will not be published.