„Magda”. Rozdział VII. Madryt. Trzech tenorów i Wirtuoz
Dotarłam do Dortmundu bladym świtem, pierwszym pociągiem z Düsseldorfu. Wysiadłam na dworcu, na którym dwa miesiące wcześniej zaczął się ten karnawał, za który teraz los wystawił mi słony rachunek. Całą moją nadzieją był kawałek tekturki z bardzo ograniczoną treścią – jedyna pogrubiona linijka na wizytówce układała się w napis KLUB NOCNY. Nie brzmiało to zachęcająco dla młodej atrakcyjnej dziewczyny bez paszportu, ale nie miałam wyjścia. Nie mogłam zadzwonić do rodziców – byłam cholernie ambitna i nie chciałam prosić ich o pomoc, tym bardziej zaś przyznać się, gdzie jestem i jak znalazłam się w Niemczech. Z dortmundzkiego dworca udałam się wprost pod adres z wizytówki. Był wczesny i mroźny poranek w środku tygodnia. Przed drzwiami mieszkania pojawiłam się chwilę przed ósmą rano. Zapukałam z pewnym wahaniem. Po dziesięciu sekundach usłyszałam jakieś głosy po drugiej stronie i drzwi się otworzyły. W wejściu stała około czterdziestoletnia kobieta w typie Violetty Villas, której jedynym odzieniem była bardzo przezroczysta szafirowa koszula nocna do samej ziemi, praktycznie niewidzialne majtki i złote klapki. Nie było już jednak odwrotu. Przywitałam się po polsku i o dziwo usłyszałam odpowiedź w tym samym języku. Co jeszcze dziwniejsze, kobieta bez wahania zaprosiła mnie do środka, tak jakby codziennie o ósmej rano pod ich domem stała zmarznięta Polka bez grosza przy duszy. Czułam jedynie ulgę, że po paskudnej podróży porannym pociągiem i spacerze na mroźnym powietrzu wchodzę do ciepłego pomieszczenia. Szybko przekonałam się, że nie było to zwykłe wnętrze mieszkania – na szafirowym suficie wymalowano złote gwiazdy. Zaraz potem pojawił się gospodarz – ów poznany przeze mnie na dworcu mężczyzna, który wydawał się wprost zachwycony, że mnie widzi. Przyjęto mnie obfitym śniadaniem, z kawiorem i szampanem jako jego głównymi składnikami. Siedząc przy stole, opowiedziałam im moją historię. Gdy zamilkłam, nie wiedząc, jak poprosić ich o pomoc, usłyszałam:
– Chyba możemy coś dla ciebie zrobić, ale musisz jechać z nami do pracy. Kochanie, wykąp się. Powinnaś się też przebrać.
Cóż, nawet jeśli ich nalegania, bym wzięła prysznic i włożyła na siebie pożyczoną kieckę, sprawiły, że naszły mnie wątpliwości, czy na pewno postępuję rozsądnie, nie miałam specjalnego wyboru. Zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy pachnąca i wylaszczona wsiadłam do znajomego mi już busika.
Usiadłam z przodu, a przez boczne tylne drzwi zaczęły wchodzić wyzywająco ubrane młode dziewczyny z Polski, którym zostałam przedstawiona jako rodzina gospodarza. Była tam dentystka ze Szczecina, studentka prawa z Wrocławia, jakieś poznanianki… Wygląd tych pań dosadnie zdradzał charakter ich pracy, a jeśli miałam co do tego jakiekolwiek wątpliwości, to pozbyłam się ich, przysłuchując się rozmowom kobiet w trakcie jazdy. W ciągu czterdziestu minut brałam udział w rozpisanym na kilka głosów wykładzie na temat wszelkich możliwych odmian seksu. Dowiedziałam się, co jest teraz modne, co ile kosztuje, od czego warto zaczynać, a czego unikać. Tata byłby ze mnie dumny jak cholera.
Wreszcie dojechaliśmy na miejsce – okazało się, że mój wielkoduszny wybawca wraz ze swoją ukochaną prowadzą klub w jakiejś mieścinie przy autostradzie. Chyba mocno zbladłam, wyobrażając sobie, jak odpracuję hotelowy dług. Na szczęście okazało się, że kierownictwo przybytku nie narzeka na brak personelu i nie musi uzupełniać pogłowia pracownic. Już w środku szef całego interesu oznajmił mi dwie rzeczy: po pierwsze – musiał iść spać, a dowodzenie przejmowała „Violetta”; po drugie – doradził mi, żebym nikomu się nie pokazywała, bo tego dnia odbywa się tu „impreza” i dla własnego spokoju powinnam trzymać się z dala od jej uczestników.
Jak się okazało, z tych szumnych zapowiedzi niewiele wynikło – było akurat Świętego Józefa, czyli Dzień Ojca, i w przybytku pojawił się dosłownie jeden starszy facet. Tak naprawdę więcej działo się na tyłach. Widząc mizerny ruch, dziewczyny poprzykrywały się swetrami i siedziały w pobliżu kuchni, kontynuując dyskusje z busa. Byłam w burdelu tylko tę jedną noc, ale przez ten czas dowiedziałam się o seksie tysiąc razy więcej niż w całym dotychczasowym życiu.



2 Responses to "Jak Magda Gessler trafiła do burdelu?!"