
Kto z nas przy okazji wizyty w Bieszczadach nie zachwycał się zachodem słońca nad Jeziorem Solińskim, nie przywiózł z wakacji pamiątkowej fotografii z zapory? Bieszczadzkie morze zachwyca i ściąga amatorów pięknych widoków z całej Polski. Nie każdy zna jednak tajemnicę powstania tego pięknego miejsca. To zalane wioski, osiedla i cmentarze. Jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku tętniło tu życie…
Bieszczadzkie morze to raj nie tylko dla miłośników żeglarstwa i sportów wodnych, ale także wędkarzy i plażowiczów, którzy tłumnie oblegają kamieniste plaże, zażywając kąpieli słonecznych i ciesząc oczy pięknem otaczającej przyrody.
Budowa największej zapory w Polsce trwała siedem lat, a okoliczności jej powstania są niezwykle ciekawe.
Przedwojenne plany
Historia powstania Jeziora Solińskiego sięga przełomu XIX i XX wieku. Już wtedy naukowcy z Politechniki Lwowskiej dostrzegli potencjał hydroenergetyczny miejscowych rzek. Badania ruszyły na początku XX wieku, kierował nimi inżynier Karol Pomianowski. Pod uwagę brano różne koncepcje i modele zagospodarowania energetycznego Sanu i Solinki. Po wielu analizach w 1921 roku koncepcja budowy elektrowni wodnej na rzece San była gotowa.
Czas na tego typu inwestycje był dobry. Polska właśnie odzyskała niepodległość, inwestowano w przemysł, a elektrownie miały znaczenie strategiczne. Jednak z ambitnych planów budowy stopni na Sanie nic wówczas nie wyszło.
Do projektu Pomianowskiego powrócono w 1934 r., kiedy doszło do największej w międzywojennej Polsce powodzi. Opłakane skutki wielkiej wody wymogły konieczność uporządkowania gospodarki wodnej. Pierwsze rozpoznanie geologiczno-hydrologiczne w dolinie Sanu przeprowadzono w latach 1936 – 1937. Na zaproszenie rządu do Polski przyjechał szwajcarski geolog Maurice Lugeon. To on wydał opinię co do lokalizacji zapory w Solinie. Dalsze prace przerwała druga wojna światowa.
Nowa koncepcja zabudowy doliny Sanu powstała w roku 1955 r. pod kierownictwem inż. Bolesława Kozłowskiego. Na miejsce wzniesienia zapory wybrano przewężenie doliny poniżej ujścia Solinki do Sanu, koło wsi Solina. Miejscowi z rezerwą podchodzili do ambitnych planów włodarzy, wszak mówiło się o nich prawie od pół wieku, ale do ich realizacji nie dochodziło. Kiedy jednak zakazano stawiania nowych budynków, a nawet remontowania starych, stało się jasne, że los właściwie jest przesądzony i Solinę będą zalewać.
Ludzie tracili dorobek całego życia
Najpierw trzeba było przesiedlić ponad trzy tysiące mieszkańców z Soliny i kilku sąsiednich miejscowości, które, według planów, także miały znaleźć się pod wodą. Nie każdy chciał dobrowolnie opuścić swoje miejsce i przenieść się do położonych wyżej miejscowości. Ludzie buntowali się, żal było im dobytków, na które pracowało kilka pokoleń. Część mieszkańców przesiedlono siłą. Później przyjeżdżali robotnicy i równali wszystko z ziemią. Dla części przesiedleńców państwo wybudowało niewielkie domy, reszta stawiała je na własną rękę za odszkodowania oraz preferencyjne kredyty.
Waldemar Gromek, choć miał wówczas zaledwie dwanaście lat, doskonale pamięta jedną z takich sytuacji. – Wraz z ojcem i jego znajomym pojechaliśmy samochodem na teren zalewanych domów w Solinie. Wokoło było pobojowisko, wszystkie domy w rozbiórce, ale jeden stał nienaruszony. Właśnie do tego domu zmierzaliśmy. Znajomy ojca był zaangażowany przy wysiedlaniu. ze względu na funkcję, jaką sprawował, miał rozmawiać z właścicielem tego domu. Pamiętam starego mężczyznę, jak siedział na progu swojego domu, a tafla wody była kilka metrów poniżej jego zabudowań. Kolega ojca nakłaniał go, aby się nie opierał, bo wszystkie domy muszą być rozebrane, a teren wysprzątany. Tłumaczył, że to nieuniknione, ale mężczyzna za nic nie chciał się ruszyć – wspomina Waldemar Gromek. – Do dzisiaj go pamiętam.
On sam sprowadził się do Soliny w 1963 roku z oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Krosna. – Ojciec był radcą prawnym, przez pierwsze lata był zatrudniony przy budowie Soliny. Mieszkaliśmy na miejscowym osiedlu, w bloku. Jego balkon wychodził bezpośrednio na zaporę, która wówczas dopiero powstawała. Mogliśmy na bieżąco podglądać przebieg prac – opowiada pan Waldemar.
Wypływały kości i całe trumny
Trzeba też było rozebrać lub wyburzyć budynki gospodarcze, sklepy, gospody. Podobny los spotkał część obiektów sakralnych: cerkwi, kościołów, kapliczek i przydrożnych krzyży, także tych zabytkowych, bo nie wszystkie udało się rozebrać i przenieść w inne miejsce. W Wołkowyi wysadzono świątynię, a zabytkową cerkiew zdemontowano. Miejscowi byli tym faktem zbulwersowani, protestowali, ale policja skutecznie tłumiła ich zapędy. Do dzisiaj zachowała się za to cerkiew w Solinie, którą rozebrano. Dzisiaj można ją podziwiać w sanockim skansenie.
Przenoszono też cmentarze. Nekropolie były ekshumowane, a szczątki transportowane w inne miejsce. Mieszkańcy bacznie się temu przyglądali, chodziło przecież o mogiły ich bliskich. Po latach okazało się, że operacja nie do końca się udała, bo z wody co jakiś czas wypływały kości, a nawet całe trumny.
W dzień budowa, w nocy dancingi
Przygotowania do budowy ruszyły w 1960 roku. Powstała cała logistyka – dodatkowe przeprawy, drogi i mosty, którymi później transportowane były materiały budowlane wykorzystywane do budowy zapory oraz osiedle dla ok. dwóch tysięcy pracowników budowlanych, którzy przez kolejne siedem lat pracowali przy budowie żelbetowego molocha. Powstały budynki noclegowe oraz stołówki, do tego obiekt usługowy m.in. ze sklepem, gabinetem lekarskim i kawiarnią, gdzie urządzano dancingi. – Osiedle tętniło życiem. była kawiarnia, klub, kino oraz boisko do siatkówki, gdzie w weekendy pracownicy rozgrywali między sobą mecze. O, jaka to była atrakcja wtedy i jakie podekscytowanie. Wielu „oglądaczy” obstawiało boisko dookoła. Grało się o jak o największą stawkę, a na końcu i tak wszyscy „zasilali” finansowo sklep na deptaku i pobliski klub – wspomina nasz rozmówca.
Do transportowania wielkich betonowych elementów z Anglii ściągnięto do Soliny specjalny dźwig. – Anglicy zażyczyli sobie dokładnej mapy, gdzie ma zostać zainstalowany. Termin wyznaczyli krótki i w związku z tym potrzebne były zdjęcia lotnicze. Przy pewnych problemach udało się je zrobić i w 1963 roku dźwig został z wielką precyzją zamontowany we wskazanych miejscu – opowiada pan Waldemar.
Prace przy budowie zapory trwały właściwie przez cały czas, jedynie srogie zimy czy potężne ulewy na chwile ję hamowały, ale nie wstrzymywały. – Z okna mieszkania widywałem często, jak robotnicy wspinali się na maszt dźwigu i naprawiali wózki, które poruszały się po linach. Porównywałem grubość nóg z najgrubszą liną, na której były zawieszone. Różnicy prawie nie było – uśmiecha się wracając pamięcią do tamtych wydarzeń.
Potężne eksplozje w kamieniołomie
Jak wspomina pan Waldemar, plac budowy był strzeżony przez strażników, którzy przez całą dobę pilnowali, aby na teren budowy nikt nie wchodził. Obowiązywał też zakaz fotografowania obiektu. – Patrząc z osiedla w kierunku zapory można było dostrzec ogromne wykopy i gdzieniegdzie zalewane poszczególne sekcje. Piękne tereny, które po latach zostały zasłonięte przez zaporę, były widoczne z osiedla. Z każdym kolejnym rokiem, wraz ze wzrostem poszczególnych sekcji, widok po drugiej stronie zapory zasłaniał to, co wkrótce miało się znaleźć pod wodą. Do Soliny można było się dostać przez Łobozew i Jawor lub przez San od strony Płaszy. Zanim pod koniec lat 60. Wojciech Gąssowski zaczął śpiewać o „zielonych wzgórzach nad Soliną”, myśmy podziwiali je od kilku lat – wspomina nasz rozmówca.
Do budowy zapory wykorzystywano materiały dostępne w okolicy, w tym m.in. żwir zalegający na brzegach rzeki San i Solinka. Na terenach zalewowych zostało wybudowane zaplecze do jego wstępnej obróbki. Powstało wówczas siedem wyrobisk, z których w pierwszej fazie budowy dostarczano żwir samochodami i taśmociągiem na teren budowy. Kruszec był wykorzystywany aż do wyczerpania wyrobisk.
Kamień pozyskiwano głównie z góry Koziniec w Bóbrce. – Jeden z zakrętów był szczególnie niebezpieczny
– wspomina pan Waldemar. – Droga w kierunku Soliny dochodziła do Sanu, a potem łamała się pod kątem 90 stopni. Załadowane materiałem samochody wypadały z urwiska. Dzisiaj to zarośnięty obszar, ale gdyby ktoś przebił się przez warstwę ziemi, dokopałby się do kruszywa czy skamieniałego cementu. Samochody, zanim je wyciągnięto, leżały tak kilka dni. Zakręt z osiedla był doskonale widoczny i gdy dochodziło tam do wypadku, biegliśmy pod jeden z bloków, aby to z daleka obserwować. W linii prostej mogło być coś ponad jeden kilometr. Z tego miejsca było też dokładnie widać, jak w kamieniołomie w Bóbrce dochodziło do eksplozji. Obłok kurzu i spadających kamieni robił wrażenie
– opowiada nasz rozmówca.
Oczko w głowie włodarzy PRL
Główne prace ziemne i roboty fundamentowe zakończyły się w 1964 r. W lipcu tego roku rozpoczęto wznoszenie korpusu zapory. Przebieg prac można zobaczyć w filmie dokumentalnym Władysława Ślesickiego „Energia”, zrealizowanym w 1967 roku przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Potężne dźwigi, koparki, ładowarki, spycharki i dziesiątki robotników w pocie czoła, w dzień i w nocy, uwijają się na placu budowy jednej ze sztandarowych dla ówczesnej władzy inwestycji. – To było oczko w głowie ówczesnej władzy. Nie szczędzono środków, robotnicy pracowali w dzień i w nocy. Wielkie lampy na słupach oświetlały plac po obu stronach Sanu. Koleją dowożono materiał potrzebny do wznoszenia zapory.
Cementowozy kursowały nieustannie. W tamtych latach dojeżdżaliśmy do szkoły zakładowym autobusem, a powrót odbywał się okazją. Ten zapach wydobywający się z nieszczelnych silników czuję do dzisiaj. Słyszę też ryk silnika, jaki wydobywał się wówczas z samochodów, gdy z wielkim mozołem, piłując silnik do granic ich możliwości, tony cementu czy kamienia na załadowanych skrzyniach podążały w stronę Soliny – wspomina Waldemar Gromek.
Podstawowe prace betoniarskie przy zaporze zakończyły się pod koniec lutego 1968 r. W międzyczasie trwała budowa budynku elektrowni i montaż urządzeń hydroenergetycznych. Spiętrzanie wody trwało rok. – Obserwowaliśmy to z kolegami na bieżąco. Miejsce w rejonie Zatoki Drewnianej, gdzie kiedyś łowiliśmy ryby i palili ogniska, powoli znikało pod wodą. Napełnianie zbiornika trwało rok, w 1968 roku Solina wyglądała już zupełnie inaczej jak miejsce, które poznałem pięć lat wcześniej – przyznaje nasz rozmówca.
„Oni widzą wodę, ja tętniące życiem wioski”
Zaporę w Solinie oddano do eksploatacji 22 lipca 1968 roku. Wydarzenie odbiło się echem w całej Polsce, a do małej bieszczadzkiej miejscowości zjechali najważniejsi dygnitarze. Jezioro Solińskie szybko stało się jedną z największych atrakcji turystycznych Bieszczadów. – W 1970 roku przeprowadziliśmy się do Sanoka, ale Solina pozostała w moim sercu. Za każdym razem, kiedy odwiedzam to miejsce, mam przed oczami tereny, które dzisiaj są pod wodą. Czasem obserwuję młodych turystów, słucham, jak zachwycają się widokami. Myślę sobie wtedy, że widzimy zupełnie inne rzeczy: oni taflę jeziora i okalającą go przyrodę, ja tętniące życiem wioski – mówi Waldemar Gromek.
Aby pamięć o tym miejscu nie zginęła, postanowił zebrać w jednym miejscu zdjęcia, nagrania i wspomnienia osób, które kiedyś zamieszkiwały zalane tereny i śledziły budowę zapory w Solinie. Efekt pracy pana Waldemara i jego córki można zobaczyć na Facebooku na stronie „Solina – wspomnienia”. To swoiste kompendium wiedzy na temat budowy największej zapory wodnej w Polsce. – Zaczęło się skromnie, od kilku zdjęć mojego taty. Zaangażowałem w pomoc córkę, która dotarła do osób i materiałów, które dzisiaj można zobaczyć na naszej stronie – mówi pan Waldemar. – To w sumie ponad tysiąc zdjęć i sporo archiwalnych nagrań, za które dziękuję autorom. Fajnie, że inni też mogą nacieszyć nimi oczy…
Martyna Sokołowska


