
Zanurza ręce w białym proszku kredy. Podchodzi do pomostu. Pochyla się nad sztangą. Przymierza. Jest najlżejszą z zawodniczek, a chce dźwignąć najwięcej. To jej ostatnie podejście. Gdy podnosi nad głową 91 kg, z jej gardła wydobywa się okrzyk radości, chwilę później zastąpiony szerokim uśmiechem. – To rwanie dało mi pewność, że mogę powalczyć w dwuboju i wygrać – powie potem Magdalena Pasko, zawodniczka klubu Lechia Sędziszów Małopolski, a zarazem policjantka z Dębicy. Kobieta po raz kolejny wywalczyła złoto w kategorii +87 kg na Mistrzostwach Polski w Podnoszeniu Ciężarów.
Przygodę zwieńczoną podium rozpoczęła 13 lat temu. – W Liceum Ogólnokształcącym Sportowym w Ropczycach chodziłam do klasy o profilu piłka siatkowa. Trener siatkówki – Robert Bałuszyński zapytał czy nie chciałabym spróbować czegoś innego. Technicznie byłam dobra, ale nie miałam wzrostu, dlatego zaproponował sporty siłowe: kick boxing, boks albo podnoszenie ciężarów. Niewiele myśląc, zapytałam, co jest najbliżej Ostrowa, w którym mieszkałam. I tak padło na podnoszenie ciężarów w Sędziszowie Małopolskim – opowiada z uśmiechem Magdalena Pasko.
Do dziś pamięta dzień, w którym pierwszy raz przekroczyła próg hali treningowej Lechii w 2008 r. Sala pełna sztangistów i odgłos upadających ciężarów zrobiły na niej niemałe wrażenie. Chwilę potem na własnej skórze przekonała się, na co się porwała. – Wszystko zależy od techniki i dynamiki. Siła jest na końcu. Dlatego szkolenie zaczyna się od tzw. kija do miotły, by opanować pierwszy z elementów – wyjaśnia. To nie oznacza, że jest lekko. – Po pierwszym tygodniu czułam wszystkie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Nie byłam w stanie chodzić, ruszać się ani oddychać! Powiedziałam, że więcej tam nie wrócę. Zachęta trenera Mateusza Błachowicza i słowa: „Nadajesz się do tego” sprawiły, że nie zrezygnowałam – wyznaje.
Trener wiedział, co mówi. Po kilku miesiącach Magda zdobyła brązowy medal na Mistrzostwach Polski, a już w lipcu dostała powołanie do kadry narodowej i pojechała na zgrupowanie w Giżycku. – Początkowo byłam przerażona dwoma treningami dziennie i wyciskiem, jaki tam dostałam, ale zaraz potem poczułam dreszczyk rywalizacji oraz pragnienie osiągania coraz lepszych wyników. Nie ukrywam, że to był ciężki start, jednak w podnoszeniu ciężarów ogromne znaczenie ma głowa, czyli podejście psychiczne – nie ma wątpliwości. Dlaczego? – Mówi się, że „treningowych mistrzów Polski” jest bardzo dużo, ale dźwiga się na pomoście, arenie, gdzie jest więcej nerwów. Głowa musi zapracować tak, by stres był, ale tylko ten dobry, a adrenalina poniosła zawodnika – tłumaczy. Ona sama radzi sobie z tym doskonale. Sekret tkwi w uśmiechu. Podczas gdy inne sztangistki są spięte, poważne, zawodniczka Lechii wydaje się raczej nie denerwować. Mimo czynnika rywalizacji, wprowadza dobrą atmosferę. A to rozmawia z sędziami, a to z nimi żartuje. – Na treningu lubię sobie nawet potańczyć czy pośpiewać, choć trener zawsze prosi: „Uderz mnie, ale nie śpiewaj” – wyznaje ze śmiechem Magdalena. – Jestem bardzo pozytywną osobą, wieczną optymistką. Szkoleniowcy zawsze zwracają na mnie uwagę. Powtarzają: „Madzia, skup się! Skup się!”. Choć na jednych z mistrzostw Europy opowiadaliśmy sobie z trenerem kawały, bo ten wiedział, że to rozładuje stres – dodaje.
Nabrać głodu sztangi
Które konkursy były dla niej szczególne? – Mistrzostwa Europy w Izraelu w 2014 r., kiedy wyrwałam 103 kg i podrzuciłam 129 kg. Byłam dobrze przygotowana przez trenera Waldemara Ostapskiego, moim zdaniem najlepszego szkoleniowca kadry. To był mój najlepszy start. Dobrze wspominam też Mistrzostwa Polski w Makowie Mazowieckim, gdzie pobiłam swoje rekordy. No i oczywiście mistrzostwa w Sędziszowie. Towarzyszyło mi wtedy liczne grono kibiców – rozczula się na to wspomnienie. – To bardzo wpływa na atmosferę, gdy po podejściu słychać oklaski. Kibice niosą zawodników, którzy dzięki nim sięgają po najwyższe wyniki.
Zmagania sportowe to jednak nie tylko sukcesy. – Najtrudniej było w Kazachstanie, różnica czasu dała się we znaki. Nie czułam sztangi, sztywności w mięśniach, wszystko było luźne. Ten występ zaliczam do najgorszych – przyznaje nasza rozmówczyni.
A ile ton przerzuca, zanim stanie do rywalizacji? – Kiedyś liczyłam, ale dawno przestałam
– śmieje się. – Na 2 – 3 miesiące przed mistrzostwami trzeba ciężko pracować. Tydzień przed startem jest odpuszczanie, jak mawia trener: „szukanie głodu sztangi”. Denerwuję się wtedy, bo chciałabym więcej, ale on odmawia: „Teraz nie będziemy iść na rekordy, musisz nabrać głodu sztangi” – cytuje.
Przed Mistrzostwami Polski w Gdańsku czasu na przygotowanie było jednak mniej niż zwykle. Obowiązki w policji, dodatkowe służby wyjazdowe na mecze, studia na Uniwersytecie Rzeszowskim na kierunku wychowanie fizyczne sprawiły, że miała ograniczone możliwości treningowe. – Byłam pełna pokory. Wiedziałam, że Ewa Midal-Usowska z MKS Unia Hrubieszów będzie dobrze przygotowana, bo w zeszłym roku była silna. Kiedy przed zawodami stawałyśmy na wagę, Ewa była pobudzona, pewna siebie. Muszę przyznać, że to mnie trochę przytłoczyło – wyznaje Magdalena. – Ja, zawsze pozytywnie nastawiona, tym razem oznajmiłam trenerowi: „Boję się. Po raz pierwszy w życiu boję się, że coś może nie wyjść…”.
Kawa ląduje na podłodze
Zdobycie mistrzostwa to ogromne wyzwanie i ciężka praca. Potrzeba wielu treningów, dobrej formy, braku kontuzji, a do tego taktyki trenera. Obrona tytułu wcale nie jest łatwiejsza. – Każdy myśli, że skoro wygrało się przed rokiem, tym razem również pokaże się klasę. Z perspektywy kibica wygląda to inaczej niż z perspektywy zawodnika – zauważa sztangistka.
– Plan był taki, żeby zdobyć medal. Nie spodziewałam się złota, choć wiadomo, że wspaniale byłoby powtórzyć sukces. Trener też na to liczył. W tym roku kończy 70 lat, swoje już wydźwigał i bardzo przeżywa każdy mój start, a czasem nawet trening. Nieraz trzyma w ręce kawę, która w emocjach ląduje na podłodze – opowiada ze śmiechem.
Oglądając transmisje z mistrzostw, widać, jak Mateusz Błachowicz motywuje swoją podopieczną, poklepuje po plecach, a gdy Magda podnosi sztangę, odchyla się do tyłu, jakby dźwigał razem z nią. – Kiedy siedzę w sali rozgrzewki, żartuję sobie, ale gdy już podchodzę przed podest słyszę: „Teraz się skupiamy. Całą energię wkładamy w podejście i lecimy!”. Niektórzy dla pobudzenia używają amoniaku, ale ja nie lubię. Mnie wystarcza klepanie trenera po plecach – stwierdza mistrzyni. A co jej mówi, na sekundy przed próbą? – Krótko: „Musisz! Po prostu musisz to zrobić!”.
Podopieczna Lechii Sędziszów Małopolski zdradza, że żadnego dobrego startu… nie pamięta – Nie widzę publiczności. Jestem tylko ja i sztanga. Wiem, że muszę jak najmocniej ją pociągnąć, poderwać na udzie i wyrwać wylicza. A kiedy się uda, jak ostatnio w Gdańsku, na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Żadna z dziewczyn tak się nie cieszy.
Po efektownym rwaniu (91 kg) przyszedł czas na podrzut. W pierszym podejściu Magdalena Pasko zaliczyła 105 kg, w drugim – 110 kg. Trzecie (115 kg) zostało niezaliczone, ale to niczego nie zmieniło. Mimo że Ewa Mizdal-Usowska podrzuciła 111 kg, finalne 197 kg w dwuboju nie wystarczyło, by pokonać zawodniczkę z Podkarpacia. Mistrzyni w mundurze zakończyła bowiem rywalizację z wynikiem 201 kg.
– Dla mnie to było zaskoczenie, bo źle policzyłam podejścia. Powiedziałam do trenera: „Jeszcze jedno podejście Ewy”. Na co on: „Nie! Wygraliśmy!”. „Tak?” – zdziwiłam się. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mam złoto – wyznaje. – Mimo słabszej formy wspólnie z trenerem udało nam się stanąć na najwyższym podium. Myślę, że rwanie dało mi pewność, że mogę powalczyć w dwuboju i wygrać. Jestem zadowolona, bo obroniłam tytuł, a do tego moja rodzina po raz drugi mogła mi kibicować na żywo.
No i to był chyba najlepszy prezent na urodziny, które miała 3 czerwca. – Cały dzień jechaliśmy do Gdańska, więc nie było planów na świętowanie, jednak szwagrowie nie odpuścili i wyciągnęli mnie na rodzinną kolację (śmiech). Po powrocie moi bliscy i sąsiedzi, którzy są wiernymi fanami, przywitali mnie z prezentem – opowiada Magdalena Pasko. Dużą imprezę planuje na lipiec. W końcu 30 lat kończy się tylko raz!
Sport nawet dla dzieci
Nasza rozmówczyni zapewnia, że ciężary, wbrew pozorom, są dla każdego. – To rozwojowy sport – dla dorosłych, ale i dzieci – przekonuje. – Sama myślę o założeniu w Dębicy sekcji dla osób od 13. roku życia. Rodzice nie muszą się obawiać, że jeśli przyjdą, dostaną do dźwigania 20 kg. Są ćwiczenia na kijkach, gumach, sztangach, które ważą kilogram, czy rozgrzewki typowe do podnoszenia ciężarów. Traktujemy to jak zabawę. A jeśli ktoś w wieku młodzieńczym złapie bakcyla, może dalej się rozwijać. Mamy zawodniczkę, która waży 30 kg i już wyrywa 30 kg. Kiedyś jej tata dźwigał ciężary, a teraz ona się w to wciągnęła.
– W tej dyscyplinie liczy się technika, dynamika, a na końcu jest siła, którą generujemy. Dam przykład. Usłyszałam kiedyś od moich przyjaciół: „To łatwe. Takie machanie sztangą”. Na co odparłam: „Zapraszam na siłownię. Poćwiczycie sobie na samej sztandze”. Męska waży 20 kg, damska – 15. Oczywiście ambicja nie pozwoliła im wziąć lżejszej – śmieje się. – Trener pokazał im kilka punktów rwania. Następnego dnia przyznali, że mięśnie zupełnie inaczej pracują. Trudno przyjść z ulicy i ułożyć właściwie plecy, przyjąć odpowiednią postawę do ciężarów. To wymaga pracy.
Nie chciała iść do policji
A propos tej ostatniej, na pytanie, czy podnoszenie ciężarów przydaje się na służbie, funkcjonariuszka z Dębicy stwierdza, że dzięki temu… nosi dziś mundur. – Moja szwagierka bardzo chciała wstąpić do policji. Przychodziła na siłownię potrenować przed testami sprawnościowymi. Gdy mój trener, który ma dwóch synów w straży pożarnej, o tym usłyszał, nalegał, żebym też złożyła papiery – relacjonuje sierż. Magdalena Pasko „Nie chcę iść do policji” – broniła się. Gdy okazało się, że jej koleżanka też zamierza aplikować, w końcu dała się przekonać. – Stwierdziłam, że pewnie i tak się nie dostanę – uśmiecha się.
Na rozmowie kwalifikacyjnej zapytano ją, co robi w życiu. – Odpowiedziałam, że trenuję zawodowo podnoszenie ciężarów. „Tak? A jakieś osiągnięcia?” – dopytywał pan z komisji. „Proszę wpisać moje nazwisko w Internecie” – zachęciłam.
– Zobaczył filmiki ze startów i myślę, że to przypieczętowało moją przygodę z policją.
Gdy wyszła z rozmowy, kolega zapytał, jak jej poszło „No, zdałam…” – odparła. „Czemu mówisz to tak smutno?” – zdziwił się. „Bo nie wiem, co mnie czeka w tej szkole. Zostaniemy zamknięci na pół roku!” – skwitowała. Ale nie było tak źle.
– 28 grudnia 2017 r. stanęłam przed bramą Szkoły Policji w Katowicach, gdzie zaczęłam szkolenie. Mogłam dostać przepustkę tylko na 2,5 godz., a ja chciałam trenować. Napisałam podanie do Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów oraz trenera kadry o przepustki całodobowe. Na początku były zgrzyty z wykładowcami, ale po czasie nawet prosili mnie o treningi – przyznaje sztangistka. – Przed zajęciami pytali: „Idziemy do sali czy na siłownię?” „No oczywiście, że na siłownię!”
– odpowiadałam bez namysłu.
Po ukończonym kursie trafiła do garnizonu śląskiego, gdzie pełniła służbę w jednym z komisariatów w centrum Katowic. To trudny teren. – Były zabójstwa, dużo patologii. Miałam sytuację, kiedy musiałam wyciągnąć broń do pana, który groził siekierą. Innym razem 400 pseudokibiców rzucało we mnie i kolegów petardami – wylicza nasza rozmówczyni, która udowadnia, że kobiety doskonale sprawdzają się w tym zawodzie.
– Podczas jednej z interwencji musiałam biec za panem, a następnie na niego skoczyć, żeby go obezwładnić. Mój kolega powtarzał później w komisariacie, że „z Madzią to on może mieć służbę, bo się nie boi”. Zawsze twardo stoję na nogach. Postawa ciała oraz podejście z otwartą piersią są ważne, bo dają pozycję – tłumaczy.
W Dębicy też wiedzą, że mogą liczyć na sierż. Pasko. Mundurowa przeniosła się do tutejszej komendy przed dwoma laty. – Na początku trochę brakowało mi adrenaliny, ale stwierdziłam, że trzeba szanować swoje życie i zdrowie – zauważa. Jest spokojniej, choć też zdarzają się niespodziewane sytuacje. – Każdy dzień i każde wezwanie jest inne. Jedziemy do pana, który zaniemógł z powodu alkoholu, a on nagle traci przytomność. Potrzebna jest reanimacja. Mówi się, że można dziesięć razy jeździć na interwencję do tej samej osoby. Przyjeżdża się jedenasty i dostaje się po głowie. Służba w policji jest nieprzewidywalna – nie ma złudzeń funkcjonariuszka.
Pracuje w wydziale patrolowo-interwencyjnym. – Na co dzień spotykam się z dużą liczbą agresywnych osób. Nieraz są sytuacje, kiedy trzeba kogoś obezwładnić, więc sport bardzo się przydaje – przekonuje. Swoje doświadczenie zamierza wykorzystać w zawodzie również inaczej. – W przyszłości chciałabym przejść szkolenie z zakresu taktyk i interwencji, szkolić innych i w ten sposób związać służbę ze sportem.
Nie dała się zwerbować…
Trzynaście lat temu zamiast boksu albo kick boxingu Magdalena Pasko wybrała bliższe jej miejsca zamieszkania, a jak się później okazało i serca – podnoszenie ciężarów. Zapewnia, że ani później, ani dziś nie postawiłaby na inną – mniej wymagającą czy bardziej opłacalną dyscyplinę. – Zawsze, gdy przychodziłam do podkarpackiego związku trener boksu powtarzał: „Zostaw tego Mateusza! Chodź do mnie, zobaczysz, jak będzie fajnie!” Nie dałam się zwerbować – śmieje się.
– Zawsze miałam za to słabość do piłki ręcznej, którą nawiasem mówiąc w przeszłości trenowała moja mama. Czasem, kiedy oglądam mecze, myślę sobie: „mogłam grać”, ale nie żałuję. Moje starty, wyjazdy na mistrzostwa do innych państw, wszystkie osiągnięcia – to wielka przygoda, która bardzo owocuje – mówi bez cienia zawahania mistrzyni Polski. Sport pomaga jej w życiu, a także w pracy. – Cieszę się, że nie kończę tylko na służbie i jestem policjantką, która ma swoją pasję. Każdy wybiera swoją ścieżkę. Myślę, że ta, jaką ja obrałam, jest dla mnie najlepsza.
Wioletta Kruk



2 Responses to "Mistrzyni w policyjnym mundurze"