
Do wygaśnięcia kontraktów poradni podstawowej opieki zdrowotnej, zrzeszonych w Porozumieniu Podkarpackim (ma pod swoją opieką ponad milion mieszkańców regionu), zostały niecałe dwa tygodnie. Lekarze sugerują, że Narodowy Fundusz Zdrowia, bardziej niż do rozmów ostatniej szansy z nimi, przygotowuje się jednak do rozwiązania awaryjnego, czy też – alternatywnego.
– Otrzymujemy sygnały o przygotowaniach do sytuacji, w której nasze kontrakty po prostu wygasną, a zastąpi nas sieć POZ-ów utworzonych przy szpitalach – mówi Marek Krupowczyk, lekarz rodzinny z Porozumienia Podkarpackiego Związku Pracodawców Ochrony Zdrowia.
Niepokojąco brzmi również wpis umieszczony przez Zespół Negocjacyjny Federacji Porozumienie Zielonogórskie (mającego pod opieką 12 mln osób) na stronie federacji „Koleżanki i koledzy, wykonujemy nadal swoją pracę do 30 czerwca 2021 roku”.
Problem z podpisaniem umów to nie pierwszyzna
Ostatnio dochodzi jednak do coraz mocniejszych tarć na linii NFZ i FPZ. Doszło do nich też pod koniec 2020 roku, dlatego aneksy podpisano tylko na pół roku, a nie jak poprzednio na rok. Lekarze liczyli, że w negocjacjach uda im się podwyższyć stawkę kapitacyjną na pacjenta. Majowe rozmowy zostały jednak przerwane po mniej niż godzinie, bo przedstawiciele NFZ z góry odrzucili możliwość zwiększenia stawki i już potem nie zostały podjęte.
Co, gdy do rozmów nie dojdzie? – Jeżeli umowy wygasną, to mamy związane ręce. Nie mamy dostępu do danych pacjentów, nie możemy wystawić skierowania, recepty czy jakiegokolwiek zlecenia – mówi Krupowczyk i dodaje, że ciągle wierzy, iż do tego nie dojdzie. Uważa, że coś, co kiedyś stworzono, żeby lekarz był jak najbliżej pacjenta, żeby był przynajmniej jeden na gminę, teraz skończy się tym, że chory z Ustrzyk Dolnych zamiast do lekarza, który ma gabinet na tej samej ulicy, będzie musiał jechać do szpitala w Przemyślu, który oddalony jest o 60 km. – Przecież ten pomysł sam w sobie jest chory – mówi. I dodaje, że w powiecie przemyskim gabinety lekarzy rodzinnych w 90 proc. są w prywatnych rękach.
– Każdy z kolegów dziennie przyjmuje w gabinecie od 30 do 50 osób. Nie ma możliwości zastąpienia nas szpitalnymi POZ-ami. Nie da się nas tak szybko zniszczyć – dodaje.
Coś jest na rzeczy
NFZ przygotował projekt zmian w finansowaniu placówek POZ. „Stawka kapitacyjna będzie korygowana obniżonymi lub podwyższonymi współczynnikami korygującymi w zależności od udziału teleporad we wszystkich poradach POZ u danego świadczeniodawcy na podstawie informacji o wartości mediany dla udziału teleporad we wszystkich poradach POZ w skali całego kraju” – napisano w uzasadnieniu do projektu.
Ma to zmotywować placówki POZ do tego, aby udzielały więcej porad w formie stacjonarnej, a nie zdalnej. Uzasadniając potrzebę takiej zmiany NFZ powołał się na analizę dotyczącą udzielania świadczeń w POZ. Wynika z niej, że w blisko 40 proc. placówek udział teleporad przekracza połowę wszystkich porad. Z analizy wynika także, że w ponad 1200 placówek POZ teleporady przekroczyły 70 proc. wszystkich porad, a w ponad 400 podmiotach ten odsetek wynosił powyżej 90 proc. – Powyższe dane wskazują, że część świadczeniodawców może nie zapewniać odpowiedniej jakości opieki nad pacjentami w stopniu, który gwarantuje osobisty kontakt z lekarzem. Wpływa to również niekorzystnie na właściwą realizację profilaktyki zdrowotnej – skonkludował Fundusz.
Anna Moraniec



5 Responses to "Lekarz rodzinny w szpitalu? To się nie sprawdzi"