Tusk u bram… i coraz mniej mnie to obchodzi

Nie sądzę, by to coś w naszej ogólnej sytuacji zmieniło. Tym bardziej że mówi się również o powrocie jego drużyny; wszyscy zaś razem są, moim zdaniem, po prostu nie do recyklingu. W dodatku coraz wyraźniej widać, że towarzystwo usiłuje wykolegować (przyznaję: dość elegancko) Trzaskowskiego; i tu się chyba natnie. Jeśli ludzie będą postawieni przed wyborem Tusk-Trzaskowski – wybiorą Trzaskowskiego. Choćby dlatego, że jest młodszy.
Oczywiście – pożyjemy, zobaczymy. Może uda się wypichcić rozwiązanie do przyjęcia dla obu panów T.?
Zostawmy więc na kilka dni politykę. Nie sądzę, by jej aktorzy pozwolili nam na spokój aż tak długo; sami o sobie przypomną.
Dziś zatem skupię się na innej dziedzinie, na telewizji mianowicie.
Otóż wydaje mi się, że przeżywa ona pewien kryzys formy – i nie mam tu na myśli Telewizji Kurskiego, tylko w ogóle całą branżę. Dostrzegam mianowicie wyraźnie dwie tendencje i obie mi się bardzo nie podobają.
Jedna – to coraz większe cwaniactwo telewizyjnych menedżerów, którzy z każdej sekundy programu chcą wyciskać maksimum forsy. Najlepiej to dostrzec w programach informacyjnych. Nie wiem, czy państwo pamiętają, ale dawno, dawno temu wiadomości sportowe i prognoza pogody były częścią składową wiadomości; dziś są to zupełnie odrębne jednostki programowe – po to tylko, by utworzyć przerwę, którą da się wypełnić reklamami. Dziś obserwuję kolejny krok: oddzielają się wiadomości gospodarcze i techniczne: miewają już odrębną zupełnie scenografię i własnego prezentera – znów po to, by można było „poinformować” (biorę w cudzysłów, bo guzik mi po takiej informacji), że sponsorem tego wyodrębnionego kącika jest… i tu nazwa jakiejś firmy.
Niebawem dojdziemy do tego, że każda informacja będzie miała własnego sponsora i pojawi się na antenie tylko wtedy, gdy będzie pasowała do zaplanowanych na dany dzień spotów…
Druga tendencja to, nazwijmy to tak, „usportowienie” profesji prezentera czy dziennikarza telewizyjnego. W modzie jest bardzo głośne mówienie z szybkością karabinu maszynowego i licznymi transakcentacjami, „zaśpiew sprawozdawczy” znany dotychczas w zasadzie głównie z transmisji wrestlingu i innych mordobić, eufemistycznie zwanych sportami walki, wreszcie wyprawianie różnych przedziwnych rzeczy z kończynami: machanie rękami, kucanie, cyrkowe ustawienia nóg (w tym ostatnim celują zwłaszcza panie, ale mam też faworytów płci męskiej, którzy nie potrafią ustać spokojnie dwóch minut…). Wszystko to – bo widz podobno się szybko nudzi, wymaga więc pobudzenia akustycznego i „ruchu wewnątrzkadrowego”… Wiem, że się narażam, ale to jest idiotyzm lansowany wyłącznie przez półgłówków, którzy myślą tylko o dojeniu forsy z reklam tu i teraz i nie zastanawiają się, że podcinają gałąź, na której siedzą: bo jak tak dalej pójdzie, to wychowają sobie widza-kretyna, który będzie się domagał bodźców coraz mocniejszych. Że tak będzie – świadczą kariery (także finansowe) rozmaitych patostreamerów, którzy już poważnie nadgryzają profesjonalistom jabłuszko dochodów reklamowych.
Więc żeby potem nie było mówione, że nie było powiedziane.

Bogdan Miś, matematyk, informatyk oraz wybitny polski dziennikarz prasowy i telewizyjny. Obecnie na emeryturze.

5 Responses to "Tusk u bram… i coraz mniej mnie to obchodzi"

Leave a Reply

Your email address will not be published.