
W miejscowości, która tym razem jest głównym miejscem akcji, nasiliły się przestępstwa zwane „na wyrwę”. Jak wiadomo, polegają one na tym, że sprawca upatruje sobie jakąś kobietę, podbiega do niej, wyrywa torebkę i sam wyrywa co sił w nogach. Przestępstwa te odnotowano także w kilku okolicznych wioskach, po czym zapewne ten sam sprawca poszerzył swą działalność, zrywając z szyj starszych kobiet złote łańcuszki.
Ponoć policja miała już portret pamięciowy rozbójnika, ale widać niezbyt dokładny, bo wciąż cieszył się wolnością.
Któregoś dnia na policję przyszła jego kolejna ofiara, 68-letnia Alina G., która zgłosiła identyczne przestępstwo. Kiedy wieczorem wracała do domu, podbiegł do niej jakiś zamaskowany bandzior, zerwał z szyi łańcuszek i tyle go widziała. Z tym, że podczas szarpaniny zerwała mu z gęby maskę i teraz mogła dokładniej opisać zbira.
Na chwilę zostawmy jednak ten przypadek i zajmijmy się innym zdarzeniem, mającym ścisły związek z poprzednimi. Oto następnego dnia na policji pojawił się Adam R., który zgłosił kradzież auta, dokonaną w sposób wyjątkowo zuchwały i głupi zarazem.
– Dałem ogłoszenie o sprzedaży mego samochodu, który wyceniłem na 10 tysięcy złotych
– powiedział poszkodowany. – Wkrótce zadzwonił do mnie kupiec, zainteresowany tym pojazdem i przyszedł na spotkanie. Auto bardzo mu się spodobało, cena także, więc zapytał, czy może odbyć krótką jazdę próbną, na co oczywiście się zgodziłem. Facet wsiadł do mego samochodu, odjechał i… już nie wrócił!
Adam podał rysopis złodzieja, który jak ulał pasował do przestępcy wyrywającego kobietom torebki i zrywającego złote łańcuszki. Więc policjanci zaczęli rozglądać się nie tylko za tym „złotym chłopcem”, jak go roboczo nazwali, ale też za skradzionym samochodem. I szybko ustalili, że takowy stoi w szopie na jednej z posesji w pobliskiej wiosce. Udali się tam i znaleźli uprowadzone auto, po czym chwilę poczekali, aż przyjdzie złodziej, który wpadł im w ręce jak dziecko.
I jak dziecko się tłumaczył, że marzył o kupnie samochodu, ale nie miał kasy, bo nigdzie nie pracował. Więc kradł torebki z pieniędzmi oraz łańcuszki, które sprzedawał, lecz nie udało mu się uskładać odpowiedniej kwoty na zakup upragnionego wozu, który z tego powodu postanowił wreszcie ukraść.
Na szczęście przez dłuższy czas żaden pojazd nie będzie biedakowi potrzebny, bo po spacerniaku się chodzi, a nie jeździ.
JAN M.


