
Na policję zgłosił się poirytowany 67-letni Włodzimierz G. i zawiadomił, że ktoś już po raz drugi włamał mu się do mieszkania. Policjanci doradzili, aby się skupił i dokładnie zrelacjonował, co go spotkało. Więc Włodzimierz się skupił i opowiedział, że ostatnio dwukrotnie wyjeżdżał do rodziny i za każdym razem, gdy mieszkanie stało puste, ktoś go okradał. Poproszono go zatem, by najpierw dokładnie opisał, jak doszło do pierwszego włamania.
– Było to jakiś miesiąc temu… – zaczął.
– To dlaczego już wtedy nie zawiadomił pan policji? – zapytała policja.
– Ponieważ straty były niewielkie – odparł. – Złodzieje weszli przez okno i wynieśli trochę sprzętów gospodarstwa domowego, które wyceniłem na kilkaset złotych, więc nie chciałem panom zawracać głowy. Tym bardziej, że byłem sam sobie winien, bo wyjeżdżając, nie zamknąłem okna.
– A potem?
– A potem, gdy znów musiałem wyjechać na kilka dni, to poprosiłem sąsiadkę Wandę S., by podczas mej nieobecności popilnowała mi mieszkania. Chciałem jej nawet dać klucze, ale nie wzięła, bo orzekła, że zaangażuje też swoich dwóch synów, którzy z nią mieszkają, by także mieli baczenie, czy ktoś znów nie próbuje mnie okraść. To miła kobieta, która obiecała, że ona i synowie będą czuwać na zmianę. W zamian dostała ode mnie pyszne czekoladki. Ale choć tak się starali, to jednak nie upilnowali, bo gdy dziś wróciłem z kolejnego wyjazdu do rodziny, to okazało się, że mieszkanie jest splądrowane. Tym razem złodzieje ukradli telewizor, ekspres do kawy, srebrne sztućce i obrazy, których wartość wyceniłem łącznie na ponad pięć tysięcy złotych. I dlatego przyszedłem do was.
Na wstępie policjanci przytomnie sprawdzili w swoich kartotekach… Wandę S. oraz jej synów i okazało się, że cała trójka była już notowana, głównie za włamania oraz kradzieże. Dowodziła mamuśka, a kradli synalkowie. Śledczy wpadli zatem do nich, dzięki czemu wpadła też ta cała wszystkiemu winna trójka rodzinna, bo w jej chacie znaleziono część rzeczy skradzionych Włodzimierzowi. Resztę łupów synkowie zdążyli już sprzedać, ale wyznali komu je opchnęli i większość wróciła do właściciela.
Sprawcy zaś liczyli na to, że skoro niezaradny Włodzimierz G. nie zawiadomił policji o pierwszej kradzieży, z którą oni nie mieli zresztą nic wspólnego, to pewnie nie powiadomi też o kolejnej, ale się przeliczyli.
„Jakie matki, takie dziatki” – mówi stare porzekadło, co na szczęście nie jest regułą.
JAN M.


