
Dziś tematem dnia jest dla mnie sytuacja na lewicy (cokolwiek to słowo znaczy, bo coś mi się zdaje, że ma ono tych znaczeń wiele).
No bo tak: łączy się SLD z Wiosną i chodzi o to, że umówiono się na powołanie w powstającej Nowej Lewicy dwóch równorzędnych frakcji: jednej z dawnego SLD, drugiej z Wiosny. Oznacza to, że będzie dwóch współprzewodniczących i w ogóle równowaga personalna; tymczasem zarejestrowanych członków SLD jest dużo więcej i chcieliby niektórzy znaczyć więcej. Co oznaczałoby naturalnie nie przyłączenie, ale wchłonięcie Wiosny. No i tu zaczęły się ruchy: ktoś kogoś zawiesił, tamten kwestionuje jego prawa… Zamęt.
Cokolwiek ktoś powie – dla mnie to walka o stołki, przynajmniej jednej ze spierających się stron. Frakcje w partii – tak jak ja to rozumiem – powinny się różnić programowo, a nie personalnie i liczbą stanowisk w aparacie.
Wyobrażam więc sobie na lewicy frakcję, dla której na pierwszym miejscu jest problematyka ideologiczno-obyczajowa (prawa człowieka, LGBT, małżeństwa jednopłciowe, pełny dostęp do aborcji, ostre postawienie problemu świeckości państwa, nastawienie na skrajnie zracjonalizowaną równościową edukację i kilka podobnych problemów) – i drugą, która będzie na pierwszym miejscu stawiała problematykę równości ekonomicznej, ograniczenie stref ubóstwa, zapewnienie praw pracowniczych kosztem ograniczenia pracodawców itp. Obie są w zasadzie równo ważne i wypracowanie kompromisu między nimi owocuje programem całej partii.
Ale ludzie z tej Nowej Lewicy chyba takiego podziału (niewykluczającego przecież współpracy, bo to spór o priorytety, a nie cele) nie chcą. Odnoszę wrażenie, że nie chcą się tak deklarować, żeby jakiejś części ewentualnego elektoratu nie zrazić. Takie chowanie głowy w piasek – bez myślenia o tym, że jak się przyjmuje taką pozycję, to nie sposób nie wystawić innej części ciała na szwank.
Oczywiście, możemy mówić jeszcze o innym rodzaju lewicy (czy też grupie, lubiącej się tak nazywać). To są ci przeciwni w ogóle własności prywatnej środków produkcji, marzący o rewolucji i rządach jakiejś wyimaginowanej klasy pracującej; wyimaginowanej, bo trudno chyba mówić o wspólnych interesach pracującego w korporacji wysoko kwalifikowanego informatyka i pani/pana z recepcji, czy firmowej „złotej rączki”.
Ta grupa najczęściej nie miałaby nic przeciw temu, by pozostałych członków społeczeństwa trochę (lub bardziej…) przymusić do tego-i-owego; stąd starannie nie dostrzegają na przykład dwuznaczności niektórych poczynań, powiedzmy, Komunistycznej Partii Chin. I właśnie z tego ostatniego powodu, tej zasady „cel uświęca środki” grupę tę wykreślam z pola rozważań.
Na szczęście jest nieliczna i bez szans na jakiekolwiek znaczenie. Jej czas już dawno minął.
Nie ukrywam, że wspomniana wyżej hipotetyczna frakcja „ekonomiczna” też nie budzi mojego przesadnego entuzjazmu. Jej przedstawiciele zbyt łakomym oczkiem popatrują na „rozwiązania socjalne” PiS-u i są skłonni do rozmów z reprezentantami tego ugrupowania celem handelku na przykład ograniczeniem praw kobiet czy przymknięciem oka na przestępstwa kościelne w zamian za wzrost stopy życiowej. A mnie się takie handelki nie podobają – przy czym na dodatek owo podniesienie stopy życiowej zazwyczaj dotyczy w pierwszej kolejności tzw. aktywu partyjnego.
Ale w ogóle lewicy – z wyłączeniem tych „rewolucjonistów-internacjonalistów” – życzę powodzenia w demokratycznych wyborach. I przede wszystkim dogadania się między sobą. Bez żadnych ustępstw wobec prymitywów i bandytów.
Bogdan Miś, matematyk, informatyk oraz wybitny polski dziennikarz prasowy i telewizyjny. Obecnie na emeryturze.



4 Responses to "Wiele twarzy Lewicy"