Nigdy się nie poddawał

Por. Tadeusz Łaba. Fot. Archiwum

Był ostatnim z Kawalerów Orderu Virtuti Militari na Podkarpaciu. Spokojny, zawsze pogodny, ale również zaradny, o silnym charakterze. – Dziadek był idealistą – wspomina go dziś wnuk, Grzegorz Skórka-Król. – Jako dziecko uwielbiałem słuchać jego wspomnień, jako dorosły po prostu go podziwiałem. Dziś nie ma go już wśród żywych, ale ze mną będzie zawsze – zapewnia wnuk bohatera wojennego.

Jeszcze w zeszłym roku, w sierpniu, uroczyście obchodził Święto Wojska Polskiego. Odwiedzili go wówczas przedstawiciele prezydenta Przemyśla, Wojskowej Komendy Uzupełnień oraz Związku Inwalidów Wojennych. Dziękował wtedy serdecznie za pamięć w tym dniu, tak ważnym dla każdego żołnierza. Mimo trudnego życia i wojennej traumy, por. Tadeusz Łaba trzymał się świetnie. Jednak, jak każdy żołnierz, kiedyś musiał odejść na wieczną wartę. Stało się to 13 lipca tego roku. Pożegnano go trzy dni później z udziałem wojskowej asysty honorowej wystawionej przez 3. kompanię zmechanizowaną 5. Batalionu Strzelców Podhalańskich. Spoczął na przemyskim Cmentarzu Głównym. Hołd zmarłemu bohaterowi oddali: prezes lokalnego oddziału Związku Inwalidów Wojennych st. chor. sztab. w st. spocz. Józef Bojarski poprzez poruszającą przemowę, w której wspomniał cały szlak bojowy zmarłego i pożegnał go jak przyjaciela oraz przedstawiciel 5 BSP kpt. Przemysław Kołodziej i żołnierze w ceremonii salw honorowych.

Jakim był dziadkiem

– Był spokojny, często jakby zamyślony – wspomina dziś wnuk por. T. Łaby, Grzegorz Skórka-Król, syn zmarłej niestety, także niedawno, córki honatera, Alicji. – Z tego zamyślenia doskonale potrafiła wyrwać dziadzia moja babcia. Mówiła na przykład: „Porozmawiaj z wnukami, opowiedz im coś”, lub też co bardziej nieśmiałych namawiała do przejęcia inicjatywy. Nic tak jednak dziadka nie ośmielało, jak śmiałość innych. Nie ten sam człowiek. Czasem sama babcia przysiadała na kanapie w przerwie od swojej mrówczej pracy i uruchamiała machinę żywej dyskusji z dziadkiem. Niestety, babcia Stanisława w 2016 roku zmarła. To był dla dziadka potworny cios, przeżyli razem 61 lat – opowiada G. Skórka-Król.
Jak to zwykle bywa z ludźmi o szczególnej odwadze, por. Łaba był skromny. – Nie opowiadał o swoim męstwie – podkreśla wnuk. – Jako dziecko, ale i później, uwielbiałem słuchać jego wspomnień, bo były pozbawione patetyzmu. Były takie z pozoru zwyczajne, proste, czułem, jakbym czytał po prostu ciekawą książkę o wojnie. A przecież postać z tej „książki” siedziała naprzeciwko mnie, jadła ze mną obiady, zajmowała się mną, rodzeństwem i kuzynostwem – uśmiecha się G. Skórka-Król. – Dziś, gdy dziadka już nie ma, wracam myślami do tamtych chwil, ale myślę też o tym, co tak naprawdę musiał przeżyć na froncie, i jak niełatwo było mu z tą traumą żyć. To był jednak twardy polski żołnierz, z charakterem, nigdy się nie poddawał – dodaje. Wnuk T. Łaby wspomina też, że jego dziadek nienawidził przemocy. – Gdy byliśmy mali, kategorycznie zabraniał nam oglądania filmów, w których były drastyczne sceny – zauważa.
Por. Tadeusz Łaba urodził się 28 listopada 1926 roku w Rudnikach. Dziś są one częścią miasta Mościska na Ukrainie opodal granicy z Polską, wówczas leżały na terenie II RP. Tu mały Tadzio skończył szkolę podstawową czy też, jak wówczas mawiano, powszechną, która nosiła imię marszałka Józefa Piłsudskiego. Na skończenie średniej szkoły, Liceum Ogólnokształcącego w Przemyślu musiał poczekać wiele lat, aż do 1952 roku, bo gdy Tadzio był nastolatkiem, wybuchła II wojna światowa. Gdy miał 17 lat, uznał, że czas zacząć walczyć za swą ojczyznę. Zgłosił się więc na ochotnika do komisji poborowej w Przemyślu i został przydzielony do 14. pułku piechoty w 6. Dywizji Piechoty 1. Armii WP, trafił do kompanii fizylierów. Brał udział w walkach na szlaku bojowym 1. Armii WP, uczestniczył w walkach o wyzwolenie Warszawy i przełamanie Wału Pomorskiego. Tu został w Nadarzycach ranny w boju w prawą rękę. Po rehabilitacji w szpitalu powrócił na front i brał udział w forsowaniu Odry i walkach o Berlin. W 1947 roku został zwolniony z wojska, a od 1954 roku pełnił służbę zawodową w Jednostce Wojskowej nr 2596 w Żurawicy. W roku 1973 przeszedł na emeryturę ze względu na stan zdrowia. Nim to się stało, 4 maja 1970 roku por. Tadeusz Łaba został przez ówczesnego marszałka Polski, Mariana Spychalskiego, odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy za Zasługi dla Obronności Kraju. Uhoronowano go także wieloma innymi odznaczeniami, jak m.in.: Orderem Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Za Zasługi dla Obronności Kraju, Krzyżem Walecznych, Medalem Za Warszawę, Medalem Za Odrę, Nysę i Bałtyk, Medalem Za Berlin, Srebrnym Medalem Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny czy Odznaczeniem Grunwaldzkim. Jednak nic nie mogło równać się z najwyższym odznaczeniem, jakie otrzymał.
Na emeryturze por. Łaba nie próżnował. Był aktywnym członkiem Związku Inwalidów Wojennych, w latach 1999 – 2008 pełnił rolę prezesa oddziału ZIW w Przemyślu. – Dziadek był z natury społecznikiem i idealistą – wspomina Grzegorz Skórka-Król. – Był inicjatorem budowy pomnika ku czci poległych i pomordowanych obywateli gminy Żurawica, oraz pomysłodawcą nadania nazwy jednemu z placów w Przemyślu Plac Inwalidów Wojennych, a także wykonania pamiątkowego obelisku z nazwą placu. Brał udział w licznych obchodach i upamiętnieniach rocznic zakończenia II wojny światowej organizowanych przez Zarząd Okręgowy Związku Kombatantów RP, gdzie w pasjonujący sposób opowiadał młodzieży o szlaku bojowym i żołnierskim życiu – opowiada wnuk bohatera. Poza tym, że Tadeusz Łaba dbał o rodzinę i udzielał się społecznie, miał też, dość niezwykłą, jak na żołnierza, pasję: mianowicie uwielbiał malować i szkicować, i przez wiele lat był związany z Klubem Plastyka Nieprofesjonalnego przy Centrum Kulturalnym w Przemyślu. Brał udział w wielu wystawach i plenerach malarskich. Tematami jego prac były pejzaże, architektura miast, a szczególnie Przemyśla, martwa natura i portret. – Dziadek malując jakby zatapiał się w innym świecie – opowiada wnuk T. Łaby. – A ja do dziś pamiętam zapach farby w jego domu – uśmiecha się. Poza malowaniem, a także rzeźbieniem drewnianych figurek, żołnierz w stanie spoczynku miał jeszcze jedno hobby: czytanie. – Dziadek zgromadził sporą kolekcję księżek i wydawnictw, głównie z okresu PRL-u – zdradza G. Skórka-Król. – O literaturze najchętniej rozmawiał z wnuczkami: z kuzynką i z moją siostrą, a o historii i polityce ze mną. Siostra jest utalentowana pisarsko, ale podobnie jak nasza śp. mama, po dziadku odziedziczyła także talent malarski – wyjaśnia wnuk por. Łaby.

W innym świecie

Por. Tadeusz Łaba był wojennym bohaterem, ale przede wszystkim był mężem, ojcem i dziadkiem. – Bardzo cenił sobie życie rodzinne – mówi. G. Skórka-Król. – Dom dziadków to było takie nasze rodzinne spoiwo, miejsce, gdzie zawsze można było wrócić – zauważa. – Nie tylko dla nas i dla naszej nieżyjącej już mamy czy dla jej siostry i jej rodziny, ale i dla dalszych krewnych. Każdego zawsze witano z otwartymi ramionami, a drzwi stały otworem. Tego, poza samym dziadkiem, po jego śmiercu brakuje mi najbardziej – przyznaje 37-latek. – Tym bardziej, że kilka miesięcy przed stratą dziadka, straciliśmy z rodzeństwem mamę – dodaje smutno.
Wszyscy kiedyś odejdziemy. I zawsze to odejście będzie bolesne dla bliskich. Jednak gdy odchodzą ludzie tacy, jak por. Łaba – świadkowie tego, co większość z nas zna tylko z książek i filmów, rodzi się jeszcze inny żal. Żal, że się nie dowiedziało więcej, nie zapytało dokładniej, może i nie zapamiętało dobrze tego, co ktoś taki mówił. Por. T. Łaba zostawił po sobie maszynopis zawierający jego wspomnienia. Grzegorz Skórka-Król obiecał, że pozwoli nam się z nim zapoznać. – Dziadek lubił się dzielić wszystkim co miał, wspomnieniami także – podkreśla wnuk bohatera wojennego.

Oddać myśli, siły i krew

Jak wspominał, śp. por. Łaba: „Wraz z kolegami po sforsowaniu Wisły maszerowaliśmy ulicami zburzonej Warszawy, przeżywaliśmy trudne chwile w sosnowym lesie Iłowca, przedzierałem się przez płonący Kołobrzeg, forsowałem Odrę, witałem się z żołnierzami amerykańskimi nad Łabą. (…) W przeżytym trudzie, głodzie, zmęczeniu, niebezpieczeństwie dominowały uczucie miłości do Ojczyzny, które kazało oddać jej swe myśli, siły, krew, a nawet życie.” Najtrudniejsze chwile na froncie przeżywał pod Nadarzycami, gdzie stoczono jedną z najcięższych bitew o przełamanie Wału Pomorskiego. „W gęstym, nieznanym nam terenie lasu nastąpiło zetknięcie się z wrogiem, który był dobrze uzbrojony i dobrze znał teren. Zostaliśmy przywitani silnym ogniem z broni maszynowej i moździerzy z dobrze zamaskowanego schronu. Ażeby uniknąć okrążenia ,dowódca rozkazał wycofanie się z lasu. W trakcie wycofywania się posypał się w naszym kierunku grad pocisków. Poczułem nagle silny ból w prawym ramieniu. Zimny pot oblał całe ciało. Upadłem na śnieg. Próbowałem się podnieść, ale zabrakło mi sił. Zacząłem wołać pomocy. Dowódca usłyszał moje wołanie i wezwał sanitariuszkę, która opatrzyła mi krwawiącą ranę i zaprowadziła do domku, gdzie było już kilku rannych”. Po rehabilitacji powrócił na front i brał udział w forsowaniu Odry i walkach o Berlin. Na tym odcinku, jak sam opisuje, odniósł największy sukces na polu walki:
„Gdy czołgi zbliżyły się na odpowiednią odległość, chwyciłem za granat i ile starczyło sił rzuciłem w ich kierunku. Rzut był celny. Buchnął ogień z trafionego czołgu, a pozostałe czołgi zwróciły”.

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.