
„Siostro, jest tu chłopak ukąszony przez węża. Cały opuchnięty, z oczu leje mu się krew. Leży tak 4 dni” – relacjonuje pielęgniarz. „Rodzina nie ma pieniędzy. Co robić?” – pyta dyrektorki szpitala w Helocie. „Przywoź go natychmiast! Nie zostawimy chłopaka na śmierć” – odpowiada bez wahania siostra Justyna Chudzio. A potem razem walczą o życie mężczyzny. Jedna dawka surowicy kosztuje połowę miesięcznej pensji. Ale człowiek jest cenniejszy. Podają trzy. W togijskiej lecznicy takich sytuacji jest dużo więcej. Tam właśnie od blisko 30 lat ratuje ludzi pochodząca z Buszkowic k. Przemyśla misjonarka…
Po ukończeniu liceum medycznego w Przemyślu, chciała wstąpić do sióstr felicjanek, jednak szybko pomyślała: „Skoro będę pielęgniarką, czemu by nie pojechać na misje?”.
– W 3 klasie poznałam nieżyjącego już księdza Franciszka Rząsę. Prowadził w Sośnicy koło misyjne. Tam spotkałam jednego z ojców werbistów z Brazylii. Opowiadał o Siostrach Służebnicach Ducha Świętego, które pracują w Ameryce Południowej – wspomina siostra Justyna Chudzio. Zapytała go, czy w Polsce też jest takie zgromadzenie. Powiedział, że tak. – To był moment, kiedy stwierdziłam: „To zakon dla mnie” – wyznaje.
Bała się kazań i… ryżu
Do klasztoru wstąpiła w 1984 r. – Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że kiedyś wyjadę. Byłam bardzo nieśmiała, zawsze schowana z tyłu. Kiedy byłam w nowicjacie, zmarła moja babcia. Odmawiałam za nią drogę krzyżową i poprosiłam: „Babciu, wyproś mi łaskę, żebym pojechała na misje.” I tak się stało. Wyjechałam jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych – uśmiecha się zakonnica. W 1992 r. wysłano ją do Ghany, a stamtąd do Togo.
Pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Afryce mogło być tylko jedno. – Upał! – śmieje się nasza rozmówczyni. – Powiedziałam do siostry, która ze mną wysiadła: „Ale tu gorąco! Mam wrażenie, jakbym stała przy lokomotywie parowej”. Na co ona: „W końcu jesteś w Afryce, nie?” (śmiech). Przyleciałyśmy w nocy, więc niewiele było widać. Kiedy obudziłam się rano, za oknem zobaczyłam olbrzymie kwitnące na niebiesko drzewo. Potem usłyszałam śpiew ptaków. Było pięknie. Jak w raju – przypomina sobie.
Siostra Justyna mówi, że przed wyjazdem nie miała żadnych oczekiwań. Zawsze podchodziła do wszystkiego z ciekawością. Ale były dwie rzeczy, których się obawiała. – Wydawało mi się, że jeśli jedzie się na misje, to trzeba głosić katechezy, ewangelizować, a ja miałam kłopot z publicznymi wystąpieniami. Poza tym spodziewałam się, że w Afryce będę musiała cały czas jeść ryż, którego nie lubiłam – wyznaje. – Na miejscu okazało się, że ryż jest tylko od święta. A od głoszenia kazań są księża (śmiech).
„Pan Bóg mi powiedział!”
Misjonarka – zgodnie z zawodem – poświęciła się pracy w szpitalu. Dziś nim kieruje, lecz nie siedzi za dyrektorskim biurkiem. Czasem pracuje w aptece. Na co dzień jest pielęgniarką, a ponieważ w całym kraju brakuje lekarzy, w zasadzie wykonuje ich obowiązki: ustala rozpoznanie i decyduje o leczeniu.
Dziennie w placówce udziela się pomocy kilkudziesięciu pacjentom: dzieciom, dorosłym, kobietom ciężarnym. Działa tu skromne laboratorium, gdzie wykonuje się podstawowe badania, także apteka dysponuje najbardziej potrzebnymi lekami.
Misjonarka spod Przemyśla przez 29 lat obserwowała rozwój tamtejszej służby zdrowia. – Kiedy przyjechałyśmy do małej, położonej w buszu na północy kraju, wioski Helota właściwie niczego tu nie było. W promieniu 40 km funkcjonował jeden szpital. Teraz jest 7 różnych przychodni, przy czym lekarz przyjmuje wyłącznie w tej oddalonej placówce. Żeby przeprowadzić operację, trzeba pojechać jeszcze 30 km dalej, do lecznicy prefekturalnej – u nas powiedzielibyśmy wojewódzkiej – tłumaczy.
Tubylcy mają zaufanie do ośrodków prowadzonych przez katolickich misjonarzy. – Przychodzą do nas, bo wiedzą, że ich nie odrzucimy, nawet jeśli nie mają pieniędzy. W prywatnych placówkach jest bardzo drogo. Państwowe pomogą, ale czasami jeśli nie wyciągnie się pieniędzy, nic nie zrobią – przyznaje dyrektorka.
Podkreśla, jak trudne jest jednak utrzymanie szpitala. – Musimy wypłacić pracownikom wypłaty, kupić leki, środki czystości, uregulować bieżące rachunki za wodę, prąd – wylicza. – Czasem budzę się w nocy i zastanawiam, z czego ja zapłacę ludziom pensje. Jest ciężko, ale staram się realizować różne projekty, pisać prośby o wsparcie. Czasem dostanę np. 2 tys. euro. To niewiele, jeśli ok. 5 tys. euro miesięcznie wydajemy na same lekarstwa oraz odczynniki do laboratorium – nie ukrywa siostra. Aż do maja bilans placówki był na minusie. Dopiero w czerwcu okazało się, że jest pozytywny. – To dzięki pomocy od różnych organizacji, nawet z Polski. Na co dzień jest ciężko, tym bardziej że ludzie nie mają pieniędzy – nie ma wątpliwości s. Justyna.
Choćby chciała, nie może wszystkim pomagać za darmo. – Jeżeli wiem, że kogoś stać, staram się, żeby pokrywał koszty. Kiedyś pewien mężczyzna miał zapłacić 4,5 tys. tutejszych franków, czyli około 8 Euro). Podał mi 2 tys., mówiąc: „To wszystko co mam, siostro”. Zażartowałam: „Ja tam widzę u pana w kieszeni 10 tys.!” Spojrzał na mnie zdziwiony. Włożył rękę do kieszeni i wyjął 10 tys. „Skąd siostra wiedziała?” – zapytał. „Pan Bóg mi powiedział!” – odparłam. Czasem ludzie biorą na serio takie żarty – śmieje się.
Każde wyzdrowienie to cud
Głód i choroby to codzienność mieszkańców togijskich wiosek. Najczęściej zmagają się z: malarią, infekcjami dróg oddechowych, grypą, pasożytami, problemami przewodu pokarmowego, AIDS, różnymi ranami, które nie chcą się goić. Zdarza się, że są w nich nawet robaki.
To brak świadomości, że nawet z małym skaleczeniem trzeba udać się do szpitala. – W Afryce przemycie zwykłą wodą nie wystarczy, bo znajduje się w niej mnóstwo bakterii. A po zwykłym ugryzieniu komara, jeśli się drapie, tworzy się ropiejąca rana, niezależne od tego, czy się ją przemyje. Konieczna jest antybiotykoterapia, tylko że ludzie nie mają pieniędzy. Myślą że „samo przejdzie”, a kiedy nie mogą już chodzić, przychodzą do lecznicy – rozkłada ręce pielęgniarka.
Zdarzają się bardzo trudne przypadki. – Kiedyś trafiła do nas kobieta z sączącą się od kostki niemal do kolana – raną. Prawie było widać kości. Pacjentka już nie chodziła. Leczyła się w przychodni w wiosce i skierowano ją do szpitala, w którym jest lekarz. Rodzina wiedziała, że oznacza to ogromny wydatek, dlatego zamiast tam, przyszli do nas. Trzeba było oczyścić ranę i powycinać wszystkie martwe tkanki. Na koniec podać antybiotyki – relacjonuje s. Justyna. – Moi pielęgniarze ocenili: „To wygląda bardzo źle. Nie poradzimy sobie.” „Chłopaki, spróbujcie, dacie radę! Miałam gorsze przypadki” – przekonywałam. Wiedziałam, że jeśli nie zajmiemy się tą kobietą, ona nigdzie nie pójdzie i trzeba będzie amputować nogę – kontynuuje.
Po wymianie zdań pielęgniarze zadecydowali: „Dobrze, zrobimy to razem. My zajmiemy się opatrunkami, a siostra będzie mówić, co podawać.” Zabieg wymagał czasu i precyzji, ale zakończył się sukcesem. Pacjentka spędziła w szpitalu prawie 3 miesiące, lecz wyszła o własnych siłach. – Połowę leków daliśmy im za darmo, a i tak kwota, jaką musieli pokryć wynosiła tyle co dwie miesięczne wypłaty. Do dziś powoli spłacają dług – zauważa dyrektorka lecznicy.
Uważa siostra, że to był cud? – pytamy. – Dla mnie właściwie każde wyzdrowienie nim jest, bo to działanie Pana Boga. Cóż my możemy zrobić bez Bożej pomocy?
Gdy czarownik rzuci urok
Afryka, choć piękna, pełna jest niebezpieczeństw. Duże zagrożenie stwarzają węże. W Togo żyje jeden z bardzo jadowitych gatunków – żmija pyramidum. Jej jad atakuje układ limfatyczny, prowadząc do martwicy. Powoduje silny ból oraz krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne np. z nosa, uszu, oczu.
Kiedyś jeden z pielęgniarzy przywiózł ukąszonego chłopaka. – Kiedy go zobaczyliśmy, wyglądał okropnie. Jedno oko już mu wypływało – wspomina siostra. Zaczęli leczenie. Podali mu zastrzyk surowicy, potem drugi, trzeci… – Jedna dawka kosztuje połowę miesięcznej wypłaty. Dla takich ludzi to kolosalna suma. Ale kto patrzył na pieniądze? – pyta. Nie mogli przewieźć chorego na transfuzję krwi, bo z powodu pory deszczowej droga była nieprzejezdna. Zresztą pewnie nie przeżyłby transportu motorem. Poinformowali więc o przypadku tylko lekarza.
– Po tygodniu zawołał mnie pielęgniarz. Rozpłakał się: „Niech siostra sama pójdzie zobaczyć”. Wchodzę do sali, a chłopak leży spokojnie. Opuchlizna zeszła. Po wyleczeniu zbadaliśmy mu hemoglobinę. Miał dość mocną anemię, ale nie potrzebował transfuzji. Lekarz mocno się zdziwił – opowiada zakonnica. Sam pacjent był bardzo wdzięczy. – Powiedział wprost: „Gdyby nie siostra i pielęgniarze, ja już dawno byłbym w ziemi”. Zapłacili połowę, bo nie mieli więcej. Nikt się o to nie kłócił.
Bywa, że miejscowi wybierają zioła zamiast wizyty w szpitalu. Na Czarnym Lądzie nadal spotkać można leczących naturalnymi metodami znachorów. – Są nazywani „szarlatanami”, leczą ziołami. Mają swoje tradycyjne bóstwa czy przodków, którym składają ofiary – tłumaczy misjonarka. – Czasami, w przypadkach ukąszeń ich środki pomagają.
Gorzej, jeśli choroba ma swoje źródło w uroku rzuconym przez czarownika (franc. Sorcier). Ich działanie zawsze jest związane z mocami złego. – Banalny przykład. Chłopak związał się z dziewczyną. Chciał się z nią ożenić, ale jego siostra była przeciwna. Wolała, żeby był z jej koleżanką. Stanowczo odmówił, na co kobieta powiedziała: „Jeszcze zobaczysz” – opowiada pielęgniarka. – Kilka dni później jechał motorem, gdy coś ukłuło go w nogę. Zatrzymał się, rozejrzał, lecz nic nie znalazł. Było popołudnie. Wieczorem miał opuchniętą całą kończynę. Nazajutrz jego stan jeszcze bardziej się pogorszył. Po dwóch dniach zmarł. Nic się nie dało zrobić…
Dolegliwości, będące efektem czarów niełatwo zwalczyć. – Można je zaleczyć, ale wracają. Mieliśmy pacjenta, którego przez pół roku próbowaliśmy przywrócić do zdrowia. W końcu stwierdził: „Siostro, tego nie można tutaj leczyć”. „Dlaczego?” – zapytałam. „Bo mam z kimś rozrachunki”. „W takim razie idź to załatwić i wróć” – poleciłam. Poszedł, porozumiał się z osobą, która rzuciła na niego urok. Złożyli jakieś ofiary. Ponownie trafił pod naszą opiekę i po miesiącu był zdrowy – zapewnia.
Jak potwierdza misjonarka, takie przypadki się zdarzają. – Niektórzy w to nie wierzą. Ja tam jestem już 30 lat i widziałam wiele rzeczy. Wiem, że Pan Bóg jest mocny i diabeł Go nigdy nie przezwycięży, ale też może być silny – przyznaje zakonnica. – I mnie kiedyś próbowano podrzucić talizman grigri, żeby rzucić na mnie urok. Nie udało się. Wierzę, że Pan Bóg mnie strzeże. Wszystko, co robię, robię dobrze i w słusznym celu, dlatego nie czuję strachu.
Walka o przetrwanie
W wiosce, w której mieszka siostra Justyna, działają dwie szkoły. W obu pracuje po kilku nauczycieli. – My mamy szkołę zawodową dla dziewcząt, gdzie szkolą się z krawiectwa i tkactwa. Uczą je dwie osoby. Oprócz tego szpital ma 18 pracowników. Pozostali utrzymują się z rolnictwa, część uprawia bawełnę – tłumaczy.
A co z najmłodszymi? Praktycznie są pozostawieni sami sobie. Maluch, który ma 5 lat opiekuje się młodszym rodzeństwem. Siostry wzięły ich pod swoje skrzydła, zakładając przedszkole. Tym bardziej, że zauważyły do jak wielu przypadków malarii, ukąszeń przez węże, czy zranień dochodzi podczas prac polowych, gdzie nikt się nimi nie opiekuje.
Dziś dzieciaki mają zapewnione dwa posiłki, odpoczynek, edukację, a przede wszystkim bezpieczeństwo, podczas gdy ich rodzice robią wszystko, żeby przeżyć. Bo Afryka to nie miejsce, gdzie można przebierać w ofertach pracy. Najbardziej liczą się uprawy. Bywa nawet, że to, co zbiorą jest ważniejsze niż najmłodsi… – Pewien mężczyzna miał w chacie złożoną bawełnę. W środku bawiła się dwójka chłopców – 3- i 5-letni. Nie wiem, jak to się stało, ale się zapaliła. Gdy ich ojciec to zobaczył, zamiast najpierw wyciągnąć stamtąd dzieci, pobiegł po wodę, żeby gasić zbiory. Przypuszczam, że wystraszył się utraty całego dobytku, bo wtedy nie miałby z czego utrzymać rodziny – domyśla się misjonarka. – Gdy maluchy do nas trafiły, były potwornie poparzone! Na ich małych ciałach prawie nie było zdrowego fragmentu skóry. Myśleliśmy, że umrą, zwłaszcza ten młodszy… – przyznaje. Wszyscy się modlili, by udało się ich wyleczyć. – Pan Bóg nas wysłuchał. To był prawdziwy cud.
By każdy czuł się człowiekiem
S. Justyna Chudzio jest jedną z pierwszych sióstr ze zgromadzenia, które przyjechały do Togo. Spędziła tam 29 lat. Nieraz było bardzo trudno. – Kiedyś byłam chora. Leżałam w szpitalu w stolicy. Ludzie zamiatali śmieci i podpalali je na ulicy. W powietrzu unosił się swąd plastiku. Pamiętam, że miałam gorączkę. Z powodu wysokiej temperatury trudno było oddychać, ale nie mogłam otworzyć okna, bo przeszkadzał mi drażniący dym. Usiadłam na łóżku i zachciało mi się płakać. Pomyślałam: „Boże, Justyna, co Ty tu jeszcze robisz?” – wyznaje misjonarka. – Następnego dnia kryzys minął. I byłam na siebie zła za tamtą myśl.
Co ją motywuje? – Służba ludziom. Oni potrzebują, żeby być razem z nimi. Wiedzą, że zawsze mogą do nas przyjść. Siostry zakonne i księża mają w Afryce duży autorytet, ale ludzie podkreślają, że traktujemy ich na równi. To dla mnie ważne, aby każdy był doceniony, czuł się człowiekiem.
Zaznacza, że jest przede wszystkim misjonarką.
– Przed wyjazdem obawiałam się głoszenia kazań czy katechez, a w czasie mojej służby przekonałam się, że wcale nie musimy głosić kazań, ale świadczyć swoim życiem – przekonuje.
Wspomina, jak 15 lat temu przyszła do niej 60-latka. Przyjęła ją w gabinecie, zapytała, co jej dolega. „Nie jestem chora. Chciałam z siostrą porozmawiać” – odparła. A konkretnie zadać pytanie: „Jak to robicie, że przychodzi do was tylu ludzi, ciągle pracujecie, jesteście zmęczone, a jednocześnie zawsze jesteście uśmiechnięte i życzliwe dla innych?” Misjonarka nie miała wątpliwości: „Bo każdy człowiek jest bratem i siostrą. A po drugie, Pan Bóg nas tu przysłał, żeby o Nim świadczyć. Naszym zadaniem jest przekazanie miłości Bożej dla innych”.
Kobieta zapytała „Gdzie się tego można nauczyć?” Czy kiedykolwiek była pani w kościele?” Zaprzeczyła. Siostra wytłumaczyła, że obok jest kaplica, w której odbywają się msze. Powiedziała, że jeśli ma ochotę, niech przyjdzie w niedzielę porozmawiać z katechistą i posłuchać, o czym mówi Ewangelia. – Niedawno przyjechałam do jej miejscowości. Patrzę, a w kościele, w pierwszej ławce siedzi ta babcia. Została ochrzczona i jest jedną z najbardziej gorliwych katoliczek. Dla mnie to znak, że moja misja – choćby dla tej jednej osoby – została wypełniona – stwierdza s. Justyna.
I szybko dodaje: – Mam jeszcze jedno radosne wspomnienie. Czasem jeździłam do wioski na szczepienia, czy spotkania. Pewnego dnia przyszedł do mnie 12-letni chłopiec. Przygotowywał się do chrztu. Zapytał: „Czy taki chłopak jak ja mógłby kiedyś zostać księdzem?” „Czemu nie?” – odpowiedziałam. „Ale to nie jest proste. Trzeba się modlić, żeby zrozumieć, czy Pan Bóg cię powołuje” – wyjaśniłam mu. Kilkanaście lat później zaprosił ją na swoje prymicje. – Powiedział mi wtedy, że słowa usłyszane ode mnie w dzieciństwie tak trafiły do jego serca, że od tamtego momentu myślał o tym, by zostać duchownym. Wcześniej sądził, że to możliwe tylko dla białych. Nazywa mnie nawet swoją mamą duchową i mówi, że to dzięki mnie został kapłanem – przyznaje.
Po 30 latach czuje się w Togo jak u siebie – Wiem, że nie jestem w stanie do końca zrozumieć ich mentalności, ale czuję się jedną z nich. Nie zauważam, że mam inny kolor skóry. Czasami patrzę na zdjęcia i dziwię się, że jestem taka biała – śmieje się s. Justyna Chudzio. – Nigdy nie żałowałam czasu spędzonego w Afryce i na razie nie czuję, że to czas, abym wróciła do Polski. To chyba znaczy, że Pan Bóg mnie nadal potrzebuje. Może mam do zrobienia coś, o czym jeszcze nie wiem…
Wioletta Kruk



5 Responses to "Jaka jest cena życia w Afryce?"