
Wiosną, jak kwiaty na łące, pojawiają się na ulicach zupełnie świeże panienki. Porównanie to nie jest tu zastosowane dla taniego efektu, tym bardziej że felietony te nigdy nie słynęły z kwiecistego, literackiego języka. I tym razem chodzi wyłącznie o to, że jest wśród nas zarówno tylu zbieraczy kwiatów i ziółek, co i kolekcjonerów dziewczyn. I ci drudzy właśnie, podobnie jak pierwsi, raz trafiają na kwiatek, raz znów na ziółko, nie mówiąc już o chwastach.
Andrzej W., jak wynika z akt sprawy, przerzucił w życiu tyle partnerek, że daj mi Boże chociaż połowę. Ten Andrzej to był wuefmen, czyli pan od gimnastyki, czego notabene także można mu pozazdrościć. Pracował na powietrzu przeważnie, ćwiczył klasy żeńskie, ale sprawiedliwie trzeba dodać, że uczennice omijał. Miał dobre zasady i nie lubił wychylać się na własnym podwórku, a tym bardziej szkolnym. Nie będziemy go zatem oceniać jako nauczyciela, zwłaszcza że od kilku lat zerwał z tym zawodem całkowicie, przerzucając się na działalność trenera-instruktora. Przed sądem zeznał uczciwie, że nie lubił życia ustabilizowanego, które go po prostu wprawiało w nostalgię. Pracował uczciwie i zbijał forsę wyłącznie po to, aby w przyszłości prysnąć w świat, nie na stałe, lecz wyłącznie w celach turystyczno-rozrywkowych.
Rzetelną pracą uskładał na fiata, najmniejszego zresztą z tej zacnej rodziny, a wkrótce także założył „konto A”, na którym uciułał trochę dolarów. Nie bez znaczenia był tu fakt, że w Holandii miał on ciotkę, samotną i zamożną.
Wszystko było więc na najlepszej drodze do spełnienia marzeń, gdy nagle pech chciał, że Andrzej W. zakochał się jak szczawik jakiś. Obiektem jego słodkich wzruszeń została Aneta C. lat 19, a trzeba wiedzieć, że Andrzej był już po trzydziestce, czego zresztą można się już było domyślić z wcześniej tu zacytowanej informacji o nim – tej mianowicie, że przerzucił on w życiu trochę damskiego towaru. Miłość to była prawdziwa i wkrótce trzeba się było ożenić, żeby zachować ogólnie przyjętą kolejność uroczystości, a więc naprzód ślub, a dopiero potem chrzciny, czyli nadanie imienia w USC. Tym sposobem, po krótkiej dość znajomości, Aneta C. została żoną Andrzeja. Żyli ze sobą krótko i szczęśliwie…
W jakiś czas po zawarciu małżeństwa Andrzej W. poinformował żonę, że właśnie nadarza mu się okazja do wyjazdu zagranicznego, a jeśli idzie o szczegóły, to do Holandii. Oczywiście, z największą przyjemnością pojechałby tam z własną żoną, lecz ta ewentualność nie wchodzi w rachubę, bowiem to jest wyjazd służbowy, a poza tym Aneta jest w stanie, który wyklucza dalekie podróże. To mogłoby po prostu zaszkodzić ich przyszłemu dziecku. Więc będzie najlepiej, jeśli ona pójdzie na ten czas – bardzo krótki zresztą, bo miesiąc zaledwie – do własnej mamusi. Tyle lat tam była, że jeszcze ten miesiąc, to chyba nie jest sprawa.
Żona nie była zachwycona takim obrotem rzeczy, ale w końcu przystała i Andrzej W. odjechał…
Po dwóch tygodniach otrzymała pierwszą kartkę, ale data nadania wskazywała na to, że korespondencja została wysłana tuż po przyjeździe. Słowa były czułe, a w kąciku pocztówki wyrysowane serce przebite strzałą. Potem Andrzej poinformował, że chciał spotkać się ze swoją ciotką, ale byłoby z tym za dużo roboty, bo ciocia właśnie przed miesiącem zmarła. I takie różne holenderskie przygody opisywał w swych listach, wysyłanych regularnie co dwa dni, mimo drożyzny w kapitalizmie.
Nigdy jednak nie podał swego adresu, więc Aneta nie mogła powiadomić go o najważniejszym, a zarazem najbardziej smutnym wydarzeniu. Otóż w trakcie jego nieobecności utraciła płód…
Andrzej W. wrócił w planowanym terminie i bardzo zmartwił się stanem żony. Pocieszał ją jednak, wręczył prezenty, ale był jakiś nieswój i widać było, że czeka tylko, aby wyrwać się z domu. Mówił o konieczności załatwienia ważnych spraw służbowych.
Po jego wyjściu – z kobiecej ciekawości – Aneta zajrzała do podróżnej torby męża i wśród brudnej bielizny znalazła kilka zdjęć. Andrzej był na nich w stroju bardzo niekompletnym, a na dodatek w towarzystwie równie nieubranej damy. Ta dziewczyna z fotografii to była… koleżanka Anety.
Żony mają pewne zdolności detektywistyczne, nic więc dziwnego, że również małżonka Andrzeja szybko odkryła, że jej mąż był w tej Holandii z dziewczyną, na dodatek jej najbliższą przyjaciółką, którą wziął sobie z kraju. Mogłaby mu zapewne wybaczyć zdradę gdzieś tam, daleko od Polski, ale kobieta bardzo nie lubi, gdy wiedzą o tym znajomi, a szczególnie jej bliskie koleżanki. Podejrzewam, że to zadecydowało o wniesieniu pozwu rozwodowego, który został zresztą rozstrzygnięty po myśli powódki.
Jan Miszczak



2 Responses to "Gimnastyk"