Jak przemyślanin występował z gwiazdami

W zespole Koman Band Wojtek Tarczyński (trzeci od prawej) grał na kongach i śpiewał. Fot. Monika Kamińska

Dla każdego ma dobre słowo i czarujący, rozbrajający uśmiech. Idąc ulicami Przemyśla ciągle odpowiada na pozdrowienia „Hej Wojtku” ,„Szacunek mistrzu”, „Miłego dnia”, a on przyjaźnie kiwa głową, macha ręką… Co czyni go tak rozpoznawalnym? Wojciech Tarczyński to perkusista, i wokalista i kompozytor – jedna z gwiazd Koman Bandu, który grał i śpiewał z takimi sławami jak: Krystyna Prońko, Czesław Niemen, Marek Grechuta czy Zdzisława Sośnicka…

Na spotkanie przyszedł ubrany jak zwykle: jeansy, koszulka i tenisówki. Długie siwiejące włosy też jak zwykle zebrane w kucyk. Spod brwi patrzą oczy, mądre, doświadczone. Widać, że sporo już widziały, ale chcą zobaczyć więcej; łagodne i bystre. Przed nim na stoliku leżą odtwarzacz i płyta. Wygląda na nową…- Jest nowa – wyjaśnia nam Wojtek Tarczyński, przemyślanin, z zawodu muzyk, z zamiłowania też. – Trudno mi było w to uwierzyć, ale naszą płytę Koman Bandu wznowiono po…43 latach – opowiada. – Jest na niej kilka moich autorskich utworów, w moim wykonaniu – zdradza.- Naszych fanów zachęcam oczywiście do jej nabycia – uśmiecha się. Jest jeszcze coś: krótki, ale wzruszający opis talentu Wojtka. O tym jednak za chwilę

Znalazł go Antoni Kopff

Z muzyką zawsze był za pan brat. Zaczynał z kolegami, ćwicząc i grywając w garażach i na działkach. – Wzmacniacze takie maleńkie mieliśmy, że dziś komórki mają mocniejszy dźwięk – śmieje się Wojtek. – A i tak sąsiedzi skarżyli się, że za głośno, ale człowiek chciał grać. Grać, śpiewać, wygrać i wyśpiewać tę naszą młodość, pasję, co nam w duszy grało i w sercu – wspomina. Wojtek muzykował z kolegami tu i tam w domach kultury, na minikoncertach, aż gdzieś wypatrzył go, a raczej usłyszał Antoni Kopff. Ten muzyk (klawiszowiec) postanowił stworzyć pierwszy w Polsce zespół grający muzykę gospel. I stworzył. Podobnie jak w Przemyślu Wojtka Tarczyńskiego, w Gorzowie Wielkopolskim znalazł młodziutką wówczas wokalistkę, Krystynę Prońko. – I tak się z Krysią poznaliśmy ponad 40 lat temu
– opowiada dziś Wojtek. A. Kopff stworzył zespół o nazwie Respekt. – Poza Krystyną śpiewały tam też Zosia Borca, Ela Linkowska – wylicza muzyk. Wkrótce zespołem Respekt zainteresował się nie kto inny, tylko sam Czesław Niemen. – To była wtedy megagwiazda – przypomina Wojtek Tarczyński. – Był niesamowity! Dla mnie, który miałem nieco ponad 20 lat, ogromną nobilitacją było grać z nim na koncertach. To było tak, że jedną część robiliśmy my, a drugą Czesław. Na zawsze pozostanie dla mnie nie tylko niezwykłym artystą, ale też po prostu cudownym człowiekiem i autorytetem muzycznym – podkreśla. – Tworzył wokół siebie niezwykłą atmosferę, także poza sceną! Atmosferę tajemniczości, taką jakąś mistyczną.

„Inna bajka” z Grechutą

Tak się jakoś jednak stało, że zespół Respekt się rozpadł. Nim do tego jednak doszło, Wojtek i paru innych członków zespołu przed komisją w ministerstwie kultury zdążyli zdać egzamin państwowy i zostali zawodowymi muzykami w świetle prawa. – Miałem tylko nieco ponad 20 lat – śmieje się dziś Wojciech Tarczyński.
– To było niesamowite!
– dodaje. Po rozpadzie Respektu młody Wojtek – zawodowy muzyk wrócił do rodzinnego Przemyśla. Jednak nie na długo, bo wkrótce odezwał się doń menadżer samego Marka Grechuty i zaproponował współpracę. – Trochę się wahałem – przyznaje Wojtek. – Jasne, że to był prestiż grać z Grechutą, ale też szło o całkiem inny rodzaj muzyki – podkreśla. – Ja jestem z „bajki” rockowo-jazzowej, a Marek, wiadomo, ballada. Ale postanowiłem spróbować i jakoś to szło, choć czasem, jak mi Marek mówił „o tu mi Wojtek zrób takie szelesty”, to mnie w głowie szeleściło – uśmiecha się. Jak się pracowało z Grechutą? – Trudno. To był bardzo specyficzny człowiek, niechętny do negocjacji, tak bym to ujął – mówi delikatnie Wojtek. Muzycy rozstali się jakiś czas później. – Bez kwasów i żalu – mówi przemyślanin.

„Jest taki gość, Janusz Koman”

Znów na chwilę wrócił do rodzinnego miasta, ale znów nie na długo, bo znów zadzwonił telefon i tym razem dzwoniła „stara” koleżanka z Respektu, Krystyna Prońko. – Powiedziała mi „Wojtek, słuchaj, jest taki gość, nazywa się Janusz Koman i robimy band. Nie może cię zabraknąć” – opowiada muzyk. – No i nie zabrakło – dodaje. W Koman Bandzie Wojtek Tarczyński grał na kongach i śpiewał oraz także komponował. Niedawno ukazało się wznowienie płyty formacji pt. Koman Band Continuation. Cały materiał został zremasterowany z oryginalnych taśm z archiwum Polskiego Radia. W przygotowaniu jest wersja winylowa. – Dla mnie to doprawdy ogromne zaskoczenie i wzruszenie – podkreśla W. Tarczyński. Na płycie znajdują się utwory wykonywane przez Wojtka jak „Dom złej dziewczyny”, „W kraju milczenia” i „Okno ciemnych spraw”. Warto tu wspomnieć, że ten pierwszy utwór śpiewali potem Andrzej Zaucha i Fiesta. – Z Koman Bandem zjeździliśmy Polskę jak długa i szeroka kilka razy – opowiada Wojtek. – Zawsze było wesoło, czasem nerwowo, jak to w naszej branży – uśmiecha się. Kilka razy z zespołem Wojtek odwiedzał swój rodzinny Przemyśl. – Zawsze z ogromnym sentymentem – dodaje. Koman Band, a wraz z nim Tarczyński współpracował także z takim gwiazdami jak Stan Borys i Zbigniew Wodecki.
Potem Koman Band się podzielił i Wojciech Tarczyński oraz kilku innych muzyków rozpoczęli współpracę z Haliną Frąckowiak. – Było fajnie, spokojnie, Halinka to urocza osoba – zauważa. Tu Tarczyński współpracował też z Renatą Lewandowską. – Była niezwykle utalentowana i subtelna. Taka drobniutka, z ogromną szopą blond włosów. Podczas koncertów nierzadko żartowaliśmy, że nie możemy stać zbyt blisko siebie, bo się potem nie rozplączemy. Ja wówczas miałem czarną, gęstą czuprynę afro – śmieje się. – Reni w Polsce jakoś nie doceniono nigdy należycie, a szkoda – wzdycha. – Niedawno, nie bez zaskoczenia, odebrałem paczkę z USA. Zdziwiłem się, gdy w paczce znalazłem płytę i list. Pisała Renia, że posyła mi tę swoją płytę, którą ktoś za oceanem wydał. Wzruszyłem się i zaraz zadzwoniłem pod podany w liście numer telefonu. Pogadaliśmy od serca, jakby nie dzieliły nas tysiące kilometrów i dziesiątki lat. Chciałem zachęcić Renię, by jeszcze śpiewała, ale powiedziała mi „Wojtek, już nie ten czas”. Rozumiem ją i cieszę się, że w Stanach jest szczęśliwa i spełniona.

Z Sośnicką po „Demoludach”

Później z kolei współpracę zaproponował mu będący jednocześnie menadżerem Zdzisławy Sośnickiej, jej mąż, Jerzy Bajer. – Znów miałem dylemat, bo to jednak inny rodzaj muzyki niż ta moja – przyznaje Wojtek. – Ale Jerzy Bajer przekonał mnie nieprawdopodobną organizacją naszej pracy. Miał wszystko dokładnie rozplanowane co do dnia na przykład cały rok. Dla muzyka taka pewność pracy to gratka – uśmiecha się. Ze Zdzisławą Sośnicką Tarczyński zwiedził wszystkie tzw. Demoludy, czyli państwa oparte na „demokracji ludowej”. – Nasze tournée po Związku Radzieckim trwało… 9 miesięcy – wspomina. – Jeździliśmy wszędzie, od Kamczatki po Odessę, od Tadżykistanu po Ural. Czasem było tak, że mieliśmy koncert zaplanowany na 18 na Syberii, a tu samolot doleciał z nami o 22. Nasz radziecki opiekun pyta „Do hotelu czy na salę koncertową” . Byliśmy zmęczeni i głodni jak cholera! Zatem chcieliśmy do hotelu, a ten nam mówi, że w sali ludzie na nas od tej 18 czekają, a tam tylko 14 stopni ciepła jest. No to nie mogliśmy zawieść. Pal sześć to zmęczenie i jedzenie. Potem się najemy i wyśpimy – śmieje się Tarczyński. – Z kolei w Dagestanie mieliśmy uroczą opiekunkę, Rosjankę, czy Ukrainkę. Mówi do nas „Panowie, tylko wy tu się nie oglądajcie za dziewczynami, bo miejscowi mogą za to wsadzić kindżał pod żebro. W razie potrzeby, to ja jestem” i zaraz się zaczerwieniła skonstatowawszy co powiedziała.

Nie przestaje pisać muzyki

Wszystko jednak kiedyś się kończy i ta współpraca Wojtka też się skończyła. Po 18 latach grania i śpiewania wrócił do Przemyśla i… założył bar. Też był, jak Wojtek, kultowy, ale już go nie ma. Dziś W. Tarczyński już nie gra, nie śpiewa, ale… – Coś tam sobie piszę muzycznie – zdradza. – Jak napiszę i będzie komu zaśpiewać, a marzę, żeby to była Krysia Prońko, z którą jestem cały czas w kontakcie, to się „pochwalę”- obiecuje. Kogo Tarczyński uważa za najlepszego polskiego żyjącego wokalistę? – Bardzo utalentowanym wokalistą o niezwykłej barwie i skali głosu jest Mietek Szcześniak, którego, według mnie polska scena nie docenia – uważa W. Tarczyński. – No i można lubić Perfect albo nie, ale Grzesiek Markowski to gigant – stwierdza. A instrumentalnie kogo kocha Wojtek Tarczyński? – Bezapelacyjnie Marcus Miller – mówi Tarczyński. – Tego amerykańskiego basisty nikt nie przebije – przekonuje.
No i porozmawialiśmy z muzyczną legendą z Przemyśla, o którym tak napisano w opisie płyty Koman Band Continuation: „Pochodzący z Przemyśla Wojciech Tarczyński zwracający uwagę grą na kongach i doskonałym afro. Zaśpiewane przez niego utwory – to małe dzieła sztuki. Jego głęboki mocny głos o niezwykłej ekspresji wynosi „Dom złej dziewczyny”, czy (a może przede wszystkim) „W kraju milczenia” na zupełnie nowy poziom. Powstały prawdziwe, funkowo-soulowe perły, które powinny występować w kanonie na równi z „Deszczem w Cisnej”, a sam Tarczyński – w czołówce polskich wokalistów. Los chciał inaczej”.

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.