Kajakiem przez Polskę

Fot. Archiwum

Zmagania z porywistym wiatrem i siłą natury. Wyczerpujący wysiłek, a po nim sen pod gołym niebem. Każdego dnia pokonywanie własnych słabości. Tak wyglądały ostatnie 3 tygodnie Jakuba i Mariusza, którzy kajakiem przepłynęli całą Polskę – od Bieszczad aż po Bałtyk. Wszystko po to, by pomóc małej Emily, która przyszła na świat z wieloma wadami wrodzonymi.

W tej historii jest kilku bohaterów. Pierwsi trzej to żołnierze. Mariusz Odziomek służy w 16. Batalionie Powietrznodesantowym, jest spadochroniarzem, ratownikiem medycznym, instruktorem wspinaczki. Jakub Ochnio – były wykładowca WSIiZ w Rzeszowie, to także m.in. żołnierz WOT, alpinista przemysłowy, ratownik wysokościowy i jaskiniowy oraz skoczek spadochronowy. Ostatnim z mundurowych jest Damian Adamski, spadochroniarz z 16. Batalionu Powietrznodesantowego, w przeszłości sam udzielał się charytatywnie. – Los przewrotnie postawił mnie po drugiej stronie barykady – przyznaje tata półtorarocznej Emily. Dziewczynka urodziła się bez paluszków jednej rączki, z dysplazją bioder oraz niezrośniętą szparą międzykomorową serduszka. Potrzebuje rehabilitacji i operacji przywrócenia funkcji chwytu w dłoni, która polega na przeszczepie kości ze stopy. – Emily musi przejść operację do 2. roku życia. Później przeszczep będzie zagrożony nieprzyjęciem się – mówi Damian Adamski. Koszt to ok. 40 – 50 tys. zł. – Nie jesteśmy w stanie zabezpieczyć tej kwoty z własnych środków, ponieważ skończyły się one już na etapie 1,5-rocznego życia dziecka – wyznaje ojciec dziewczynki. Pochłonęły je badania, rehabilitacja, ćwiczenia, zabiegi oraz leki. Rodzice postanowili uruchomić zbiórkę. – Okazało się, że dobro wraca – uśmiecha się Damian Adamski. Osoby, którym sam niósł pomoc, a także nieznani mu ludzie okazali wsparcie jego rodzinie.

1500 km do pokonania

Jakub i Mariusz zadedykowali dziewczynce wyprawę. I to jaką! Kajakiem przez całą Polskę – od wschodniej do zachodniej granicy. W przeszłości tę trasę pokonał słynny podróżnik – Aleksander Doba, choć na krótszym o ponad 200 km odcinku. Największy polski kajakarz wypłynął z Przemyśla.
Jakby tego było mało, panowie chcieli połączyć wyczyn z celem charytatywnym. Uznali, że skoro sami są żołnierzami, pomogą komuś ze swojego środowiska. Tak znaleźli córeczkę Damiana Adamskiego, a wyprawa „Śladami Aleksandra Doby” zmieniła się w „Kajakiem przez Polskę dla Emily”.
Śmiałkowie spakowali do kajaka cały ekwipunek, dzięki któremu byli samowystarczalni. Wyruszyli 20 lipca. Rozpoczęli od odcinka zamykającego Torfowiska w Tarnawie Wyżnej, znajdującego się w tzw. Bieszczadzkim Worku. Kierując się na północny zachód, przepłynęli przez Bieszczady, następnie Pogórze Środkowobeskidzkie, aż do Przemyśla. Jak wspominają Podkarpacie? – Były trudności techniczne, zwłaszcza na początku. Gdy jeden z pracowników lasów państwowych, dowiedział się, którym odcinkiem Sanu będziemy spływać, stwierdził, że w takich warunkach będzie bardzo niebezpieczne. Przyznał, że sam, mimo że dobrze zna tę rzekę, nie podjąłby się tego – opowiada Jakub Ochnio. Jak mówi, San jest mocno zróżnicowaną rzeką. – Teoretycznie za Przemyślem nie jest już klasyfikowany jako odcinek o charakterze górskim. Pracowaliśmy też na słabym kilometrażu, gdzie był oznaczony ptasi uskok, którego nawet nie zauważyliśmy w trakcie spływu. Z kolei nie został oznaczony próg pod mostem przed Jarosławiem, gdzie kilka lat temu zginął kajakarz – podkreśla nasz rozmówca.

Drobna roślina, duży problem

Gdy śmiałkowie opuścili nasz region, powitała ich królowa polskich rzek – Wisła. – Aż do Warszawy płynęło nam się świetnie. Nurt rzeki pomagał. A wiatr był albo słaby, albo nie było go w ogóle. Za to od stolicy dostaliśmy już mocny podmuch. I nie miało znaczenia, czy płyniemy na północ, północny zachód czy północny wschód. Zawsze wiało w twarz – opisuje Jakub. Gdy dotarli do Kanału Bydgoskiego, pojawiła się inna trudność… rzęsa. – Była bardzo gęsta. Na śluzach powiedziano nam, że nie wiadomo, czy w ogóle przepłyniemy – opowiada. Faktycznie, podczas gdy wcześniej dziennie pokonywali 90 km, drobna roślina wodna skróciła ten dystans o połowę.
Kapryśne okazały się następne rzeki, z jakimi przyszło im się zmierzyć, czyli Warta i Odra. – Bardzo przyjemne z punktu widzenia nurtu i bardzo nieprzyjemne z punktu widzenia wiatru – ocenia Jakub. – Warto wspomnieć o dwóch miejscach na Odrze. Na zalewie Dąbie dostaliśmy silny wiatr tworzący około metrową, ale krótką falę. Z kolei Zalew Szczeciński – poza górskim odcinkiem Sanu – był potencjalnie najniebezpieczniejszym miejscem. Gdybyśmy mieli boczny wiatr, kajak na powstających falach niemal na pewno by się przewrócił. Na szczęście nas to nie spotkało – zaznacza Jakub. Mariusz zwraca uwagę na inne zagrożenie: – Wprawdzie nie płynęliśmy przy samym porcie, ale jednak w pobliżu pełnomorskich statków. A te wytwarzały bardzo dużą falę, która również mogła wywrócić kajak.
– Potem było już tylko gorzej. Na rzece Dziwna pojawił się tak silny podmuch, że po raz pierwszy musieliśmy się zatrzymać – opowiadają panowie. Ostatni dzień był nagrodą za kilkunastodniowy wysiłek. Przy dobrej pogodzie i o wiele wcześniej niż się spodziewali, bo 6 sierpnia, wpłynęli na morskie wody. Co czuli? – Smutek, rozczarowanie, złość… dlatego, że ta przygoda dobiegła końca. Ale przede wszystkim wielką radość. Cali i zdrowi dotarliśmy do celu, a teraz możemy snuć plany na kolejne wyprawy – wyznaje Mariusz. – Wszystko odbyło się według planu. No, może poza utratą mapy i kompasu na samym początku. A jeżeli chodzi o kontuzje, musimy zaczekać, aż maść przeciwbólowa przestanie działać – żartuje Jakub.

Śladami Aleksandra Doby

To, co zapamiętają, to z pewnością niezwykłe spotkania. W ciągu kilkunastu dni kajakarzy odwiedzali: znajomi, przyjaciele albo obcy ludzie, którzy dowiedzieli się o ich inicjatywie. Prosili o lokalizację noclegu i wpadali na ognisko. Wielu z nowo poznanych szczególnie zapadło im w pamięć. – Za śluzą we Włocławku założyliśmy wspólny biwak z Mariuszem, przedsiębiorcą z Warszawy, który płynął trasą Warszawa – Gdańsk. W Ujściu natrafiliśmy na ekipę profesjonalnych kajakarzy z Poznania. Jeden z nich zdobył miejsce na podium w maratonie kajakowym. Bardzo miło spędziliśmy czas, rozmawiając o tajnikach wiosłowania – opowiadają. W samej przystani Binduga Keja poznaliśmy fantastycznego bosmana – wspomina Jakub. – Zaoferował nam schronienie i talerz pysznej grochówki. Rzadko można się spotkać z tak ogromną, bezinteresowną gościną – przekonuje Mariusz. To właśnie tam trafi jedna z dwóch flag przygotowanych na spływ.
Natrafili tam też na ślad po podróżniku, którego trasą podążali. – Spaliśmy obok kajaka z podpisem Aleksandra Doby. To był niezwykły zbieg okoliczności. Na pewno tam wrócimy, żeby się nim przepłynąć na pamiątkę naszego spływu – deklarują panowie.
Obaj mówią, że gdyby dziś mieli podjąć decyzję, nie wahaliby się zrobić to po raz drugi. – Nawet pomimo tego, że nie było czasu na celebrację porannej kawy i musieliśmy zrezygnować z wielu wygód – przyznaje Mariusz. – Zmieniłbym tylko jedną rzecz – przywiązałbym mapę do kajaka, żeby lepiej przygotować się do wywrotki – dodaje Jakub. – Może staralibyśmy się także nieco lepiej dobrać porę płynięcia, żeby nie musieć zmagać się z aż tak mocnym wiatrem, jednak to było bardzo trudne do przewidzenia – zaznacza.
Skład nie podlega dyskusji. – Myślę że dobraliśmy się charakterami – podkreśla Jakub. – Obaj mamy umiejętności wyciągnięte z MON-u czy działań prywatnych, które pozwalają nam przez 3 tygodnie obozować bez uszczerbku na zdrowiu i z w miarę wysokim morale.
Nie ukrywają jednak, że mieli momenty kryzysowe. – Pojawiały się za każdym razem, gdy dostawaliśmy podmuch w twarz, a że te powtarzały się non stop, takich chwil było sporo – przyznaje Kuba. – Należało się przestawić na tryb wyprawowy. Niektórym wydaje się, że płynięcie kajakiem to czysta przyjemność, popijanie soków na trasie. A to wielki wysiłek, który nadwyrężył nasze mięśnie i spowodował bóle pleców oraz stawów – zauważa Mariusz.
Udało im się je przezwyciężyć. – To, że kiedyś zatrzymamy się przy brzegu, było wystarczającym powodem do tego, by płynąć dalej – stwierdza Jakub. Najbardziej motywowała ich jednak myśl, że mogą pomóc małej Emily. – To było dla nas najważniejsze, dlatego przerwanie wyprawy w ogóle nie wchodziło w grę – zapewniają panowie. Nie zastanawialiśmy się, czy, ale kiedy dopłyniemy.

Wioletta Kruk

2 Responses to "Kajakiem przez Polskę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.