Nie powinno być „cesarek” na życzenie

Cesarka to ingerencja chirurgiczna o średnim ryzyku, ale, jak każda operacja, niesie z sobą możliwość powikłań. Fot. Archiwum

Aż 43 proc. porodów w Polsce odbywa się dziś przez cesarskie cięcie i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie, znacząco wyższy od średniej wynoszącej 25 proc. – alarmuje resort zdrowia w najnowszej propozycji „Rządowego programu kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce na lata 2021-2023 r.” Zgodnie z zaleceniami WHO, odsetek cięć cesarskich powinien wynosić maksymalnie 10-15 proc. Tymczasem, jak podaje MZ, w Polsce na początku lat 90. osiągnął on 16 proc., w 2010 już 33,9 proc.,
a obecnie w siedmiu województwach, w tym na Podkarpciu, zaczyna przekraczać 50 proc. Dla porównania, najniższy odsetek CC występuje w Islandii (14,8 proc.), krajach skandynawskich (ok. 17 – 22 proc.), a najwyższy na Cyprze (niemal 57 proc.).

Skąd taka popularność cesarskich cięć? Według położników, wzrost liczby „cesarek” to zjawisko światowe, konsumpcyjne nastawienie, chęć decydowania o sposobie leczenia, strach przed bólem, wygoda. – Który ginekolog odmówi zrobienia „cesarki” gdy na pozór młoda, zdrowa kobieta przyniesie zaświadczenie od okulisty, że wysiłek przy porodzie może jej grozić ślepotą? – mówi dr n. med. Bogdan Ostrowski, ordynator oddziału ginekologii i położnictwa w Szpitalu Miejskim w Rzeszowie.

Lekarze boją się kar…

O ile wysoki odsetek „cesarek ” może mniej dziwić w szpitalach w Rzeszowie, bo są to placówki o trzecim stopniu referencyjności, gdzie trafiają pacjentki z patologiami, z ciążami zagrożonymi albo mnogimi, to nic nie przemawia za podobnie wysokim odsetkiem porodów operacyjnych w szpitalach powiatowych, gdzie rodzą kobiety nie zagrożone powikłaniami. Częściowo tłumaczą to dane Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, z których wynika, iż najwięcej spraw toczących się na przestrzeni ostatnich lat dotyczy głównie zbyt późno wykonanego cięcia cesarskiego, niewykonania cięcia cesarskiego, złej opieki nad kobietą ciężarną i rodzącą, nieprecyzyjnych opisów badań USG i uszkodzenia okołoporodowego noworodków. Częściej też zapadają wyroki za zbyt późne lub w ogóle nie wykonane cięcia.

Uwaga na powikłania… po „cesarkach”

Cięcie cesarskie jest operacyjnym rozwiązaniem ciąży i polega na przecięciu powłok brzusznych: skóry, mięśni, otrzewnej i mięśnia macicy, a następnie wydobyciu dziecka oraz łożyska. Jak czytamy na stronach Fundacji Rodzić po Ludzku: „Cesarskie cięcie jest poważną operacją brzuszną, którą powinno się wykonywać tylko wtedy, gdy są ku temu istotne medyczne powody. Nie jest to ułatwienie dziecku przyjścia na świat. Każde dziecko jest tak wyposażone przez naturę, że poród fizjologiczny jest dla niego najlepszym rozwiązaniem, ponieważ stymuluje procesy adaptacji do nowych warunków poza ciałem matki”.
Wiele wyników badań naukowych świadczy o tym, że poród operacyjny (mimo że w trakcie zabiegu jest bezbolesny), niesie większe ryzyko dla matki i dla dziecka niż poród siłami natury. Podczas operacji mogą zdarzyć się różne powikłania, np.: infekcje, uszkodzenie naczyń krwionośnych w macicy, uszkodzenie pęcherza moczowego lub jelit, duża utrata krwi czy zakażenie rany. Dziecko, które nie przeszło przez drogi rodne, może mieć problemy z układem oddechowym i jest bardziej narażone na wystąpienie astmy w przyszłości. Dochodzenie matki do pełnej formy trwa dłużej, a blizna na macicy może być przyczyną komplikacji w kolejnej ciąży. Fundacja podkreśla jednak, że gdy poród drogami natury jest niemożliwy, to wtedy cięcie cesarskie jest jedynym sposobem na ukończenie ciąży.

Anna Moraniec

3 Responses to "Nie powinno być „cesarek” na życzenie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.