
Pewnej jesiennej nocy jeden z mieszkańców wioski N., skracając sobie drogę, szedł przez pola buraczane i nagle potknął się o coś, co przeraźliwie zapiszczało. Przestraszony rzucił się do ucieczki, nie oglądając się za siebie. Do domu wpadł oblany zimnym potem, żona przejęta jego wyglądem zapytała o przyczynę przerażenia.
– Diabeł, diabeł… Albo ja wariat – wymamrotał zdyszany mężczyzna.
– Raczej to drugie – powiedziała małżonka, bo dobrze znała męża, a poza tym była ateistką.
– Tam w polu – powiedział małżonek – wśród buraków leży… żywe dziecko!
Żona popatrzyła na niego wzrokiem nie wróżącym zgodnego pożycia na najbliższych parę dni i zapytała z kim pił i ile. On jednak nie zwracał już na nią najmniejszej uwagi, wyszedł z domu i udał się do chaty sąsiada. Wyszli po chwili razem i udali się w kierunku pól buraczanych. Po pewnym czasie wrócili, niosąc ze sobą niemowlę płci męskiej, mogące liczyć sobie najwyżej tydzień życia.
Nazajutrz sprawą zajęły się organa Milicji Obywatelskiej i prokuratury, które w krótkim czasie wyjaśniły tę nieludzką i tajemniczą historię.
Marianna W. była dorodną, siedemnastoletnią dziewczyną, która śmiertelnie zakochała się w przystojnym agronomie Władysławie P. Rodzice Marianny – która im wiele dobrego o Władysławie naopowiadała – byli zachwyceni wprost taką „partią” dla córki, bo to i przystojny był ten Władysław, i majętny ponoć, a przede wszystkim z zawodem nie do pogardzenia.
Ojciec więc kompletował już butelki ze spirytusem. matka gromadziła wiktuały, prosięta czuły zbliżającą się śmierć, podobnie jak jagnię i kapłony. Wesele miało być niezwykle wprost wytworne i pozostać na długo w pamięci mieszkańców wioski. Niestety – z winy pana młodego – stało się inaczej.
Pewnego dnia Marianna zakomunikowała rodzicom, iż spodziewa się potomka. Teraz przygotowania do wesela ruszyły pełną parą.Najdziwniejsze jednak we wszystkim było to, że narzeczony, młody agronom Władysław nie oświadczył swej woli rodzicom Marianny, ani nawet jej samej. Ojciec panny młodej postanowił więc pomówić z przyszłym zięciem i zapytać, co właściwie on sam o tym wszystkim myśli – a nie trzeba chyba dodawać, że wypowiedź ta w tym układzie miała dość zasadnicze znaczenie.
Przyszły zięć, zapytany o swe najbliższe wobec Marianny zamiary, zdziwił się niesłychanie i odrzekł, że z szanowną córeczką, nigdy nie łączyło go żadne, najmniejsze choćby uczucie i w związku z powyższym nie zamierza zmuszać się do pokochania Marianny, a tym bardziej dzielenia z nią doli i niedoli przez całe, długie życie. Owszem, wie o tym, że Marianna biega za nim – lecz on nie zwraca na to żadnej uwagi.
Ojciec Marianny srogo zmarszczył brwi i odrzekł, nie bez racji, że jeśli jego córka nawet za panem agronomem biegała, to musiała go jednak dogonić, skoro on właśnie ma być ojcem jej przyszłego dziecka. Poza tym wesele jest już prawie przygotowane i wyjścia innego poza ślubem nie ma. Nie chce chyba pan agronom zniszczyć życia Mariannie W. Potem może się przecież z nią rozwieść (tatuś mu nawet ułatwi to finansowo), ale ożenić się trzeba i wstydu uniknąć.
Władysław P. ze zdziwienia szeroko otworzył oczy i odparł zdumionemu ojcu, że zaszło widać ogromne nieporozumienie, gdyż on z córeczką nigdy nie miał żadnego bliższego kontaktu i ojcostwo jego jest stanowczo wykluczone. Marianna musiała na bujać rodziców i Władysław radzi, aby ojciec z córeczką porozmawiał w cztery oczy.
Marianna zapytana groźnie przez tatę, co właściwie to wszystko oznacza, zapłonęła rumieńcem i ze łzami w oczach wyznała, że w ciąży nie jest i nigdy nie była – a mówiła tak jedynie dlatego, by zdobyć pięknego agronoma, którego pokochała miłością płomienną, choć, niestety, nieodwzajemnioną.
Ojciec zaklął brzydko, wytłumaczył jej błąd przy pomocy namoczonej w wodzie skórzanej uprzęży. Darowano życie zwierzętom rzeźnym i przystąpiono w wąskim domowym gronie do degustacji weselnych trunków, żeby się nie zmarnowały i szkłem nie przeszły.
W kilka miesięcy później Marianna wyjechała z rodzinnej wioski i powróciła dopiero po upływie dłuższego czasu – mówiąc w domu, iż przebywała u ciotki w śląskim miasteczku. Tej samej jeszcze nocy znaleziono w sąsiedniej wiosce leżące wśród pastewnych buraków małe, kwilące dziecię.
Marianna W. oskarżona o porzucenie własnego dziecka i usiłowanie spowodowania jego śmierci, przyznała się od razu do winy i wyjaśniła, że dziecko to było owocem jej miłosnej przygody z przypadkowo spotkanym mężczyzną, którego nazwiska nie pamięta. Później zaś, bojąc się gniewu ojca, chciała winę zrzucić na cieszącego się powszechnym szacunkiem agronoma Wacława P. Kiedy jednak nie udało się jej tego uczynić wyjechała do miasta, szukając pomocy u lekarzy. Było już jednak za późno.
Po urodzeniu dziecka, wyrodna matka, w obawie przed gniewem ojca i wiejskiej opinii publicznej – porzuciła niemowlę, skazując je na śmierć. Przypadek tylko zrządził, że dziecko ocalało…
Jan Miszczak



3 Responses to "Matka"