
Po decyzji Amerykanów o wycofaniu wojsk z Afganistanu spełnił się najczarniejszy scenariusz. Talibowie błyskawicznie zajęli kraj. Dziś cały świat zastanawia się, jaka przyszłość czeka ten od lat targany przez wojny region. O tym, dlaczego Afganki palą swoje dyplomy i drżą ze strachu, o niezrozumieniu realiów kraju muzułmańskiego przez ludzi Zachodu, a także nowym „umiarkowanym” obliczu talibów rozmawiamy z dr Zofią Sawicką – arabistką i politolożką z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
– Przed 2001 r. Afganistan nie był krajem dla kobiet. Afganki były analfabetkami, większość doświadczyła przemocy…
– Za rządów talibów kobiety miały być w domu, opiekować się dziećmi i służyć mężczyznom. Nie mogły nawet same wychodzić. Dlatego dziś wśród nich jest tak duży strach. Bo o ile w wielu rzeczach republika budowana przez Stany Zjednoczone i część afgańskiego społeczeństwa zawiodła, to jednak duży nacisk położony na poprawę sytuacji kobiet przyniósł określony efekt. Już w samej konstytucji, którą uchwalono w 2004 roku, pozycja kobiety została zrównana z pozycją mężczyzny, powołano Ministerstwo do Spraw Kobiet, Komisję Praw Człowieka, na czele której przeważnie stały kobiety. Włożono ogromny wysiłek, żeby Afganki mogły się uczyć i spadł poziom analfabetyzmu. Wiele poszło na studia, podjęło pracę zawodową, założyło własne biznesy. Pojawił się też zapis, że 30 proc. miejsc w parlamencie powinny zajmować posłanki. Pytanie tylko, czy talibowie zechcą utrzymać taki stan rzeczy
– Rzecznik talibów powiedział mediom: „Nasza polityka jest jasna – mogą mieć dostęp do edukacji i pracy, to jedna sprawa. Kobiety mogą zajmować stanowiska, ale w świetle zasad islamu, więc istnieją dla nich ogólne ramy”. Co to oznacza?
– Kiedy 20 lat temu talibowie rządzili, pokazali, że islam w ich wykonaniu jest bardzo radykalny, odbiega od islamu sunnickiego wyznawanego w innych częściach świata. Jest bardzo nieprzyjazny dla kobiet. One same niczego dobrego się nie spodziewają. Niektóre Afganki mówią, że jeżeli będą musiały zakrywać włosy, czy nawet całe ciało, ale będą mogły uprawiać swoją aktywność zawodową, uczyć się – są w stanie się z tym pogodzić. Żyją w muzułmańskim kraju, więc pewne z góry wyznaczone zasady mogą przyjąć. Inne obawiają się jednak, że na tym się nie skończy i zakaże im się wychodzenia z domu bez mężczyzny, a także podejmowania pracy. Dwie dekady temu miały prawo wyłącznie do medycznych zawodów, bo w interpretacji islamu przez talibów kobieta nie mogła udać się do męskiego lekarza.
– Świat obiegły doniesienia o tym, że Afganki palą swoje dyplomy, pracownice banków nie przychodzą do pracy. Wymazywanie kobiet z życia społecznego już się rozpoczęło. Czy one wyprzedzają te kroki?
– Afganistan jest dużym, podzielonym na prowincje krajem. Talibowie też nie są jednorodną organizacją. Media publikowały zdjęcia kobiet ze stolicy, które wyszły na ulice, by zaprotestować. W ręku trzymały kartki z napisami: „Nie oddamy swoich praw. Chcemy się uczyć, pracować”. Talibowie się temu przypatrywali i nie podjęli żadnych kroków. Ale już z prowincji docierają sygnały, że inne oddziały proszą o listy kobiet w wieku od 12 do 45 lat, bo są traktowane jak łup wojenny i mają zostać żonami bojowników. W różnych częściach kraju może to inaczej wyglądać. Na pewno niektóre podejmują prewencyjne kroki, bo boją się o swoje życie. Pojawiały się informacje, że wizerunki kobiet na witrynach sklepów i salonów piękności zamalowywali sami mieszkańcy, po to, żeby uprzedzić reakcję talibów. Tam panuje ogromne napięcie. Wiele działań podejmują sami Afgańczycy, którzy chcą przeciwdziałać ewentualnej agresji. Choć to, że pracownice nie wracały do banków było też tłumaczone tym, że placówki nie podjęły jeszcze pracy. Czekają, aż talibowie ogłoszą, według jakiego systemu będzie funkcjonował kraj. Już teraz mówią, że nie będzie to demokracja, ale system oparty na prawie szariatu.
– Dla nas brzmi to strasznie. Ale czy dla Afgańczyków też?
– W Afgańczykach samo słowo szariat nie budzi strachu. Islam rządzi się własnymi prawami. Szariat to prawo normujące życie muzułmanów, które powstało na podstawie zapisów Koranu. Za pomocą szariatu przepisy islamu są wdrażane w życie codzienne wyznawców tej religii. Ponieważ mamy różne szkoły prawne, przepisy te są różnie interpretowane. To wielki problem tej religii i trudne do zrozumienia dla człowieka Zachodu. W katolicyzmie na czele Kościoła stoi papież, mamy jedną wykładnię, uznane święte księgi i wiemy, jak wszystko interpretować. W islamie tego nie ma, bo uważa się, że pomiędzy Bogiem a człowiekiem nie powinno być żadnego pośrednika, więc na dobrą sprawę jest duża dowolność. Podobnie jest z prawem szariatu. W zależności od wyznawanej szkoły inaczej będzie ono interpretowane przez imama w afgańskiej wiosce, inaczej przez taliba, a jeszcze inaczej przez kogoś w zupełnie innej części świata. Wiadomo, że wśród talibów nie ma miejsca dla kobiet, więc można się spodziewać wyłącznie stylu patriarchalnego, gdzie najważniejszą rolę przypisuje się mężczyźnie.
– Z drugiej strony talibowie będą chcieli międzynarodowej legitymizacji. Czy to może być argument do tego, by nie wracali do praktyk sprzed 2001 r. – takich jak obcinanie rąk czy kamienowanie?
– Kamienowanie czy obcinanie rąk jest wykonywane jako kara za określone czyny w innych państwach islamskich, w których obowiązuje szariat- choćby Iranie czy Arabii Saudyjskiej, a państwa te są przecież uznawane międzynarodowo, więc trudno powiedzieć. Zauważmy, że talibski rzecznik udzielił wywiadu afgańskiej dziennikarce. Rozmawiał z nią prawie pół godziny, więc to jest zmiana. Nie zapominajmy też, że to nie są ci sami ludzie, którzy przed 20 laty, zdobywali władzę. Są dużo lepiej wykształceni, znają języki obce, świetnie posługują się mediami społecznościowymi, potrafią kreować swój wizerunek. Myślę, że mają dużo lepsze rozeznanie w polityce międzynarodowej, w związku z czym prowadzona przez nich strategia może być bardziej racjonalna. Ale też trudno powiedzieć, czy jak przewidują niektórzy, nie jest to chwilowe i czy kiedy uzyskają kredyt zaufania, a opinia publiczna przestanie się interesować Afganistanem, nie powrócą do swoich praktyk. A wtedy będą to uzasadnić tym, że ukamienowanie czy obcięcie ręki funkcjonują w innych uznanych międzynarodowo państwach. To duży znak zapytania, na ile ta ich „umiarkowana twarz” jest na potrzeby marketingu, a na ile to faktyczna zmiana.
– Inne jest pokolenie talibów, ale i samych Afgańczyków – przynajmniej w dużych miastach wielu z nich miało wolność słowa, dostęp do edukacji, kultury, mediów społecznościowych. Wydaje się, że trudniej będzie ich sobie podporządkować.
– Przy obecnym rozwoju informacji nie da się wszystkiego ukryć. Jeżeli dojdzie do masowego łamania praw człowieka i działań sprzecznych z obecnymi deklaracjami, świat się o tym dowie. Pytanie, jak zareaguje i czy będzie chciał zareagować. Niestety, sytuacja jest podbramkowa. Nawet jeśli talibowie będą łamać postanowienia katarskie, to co się wydarzy? Kolejna interwencja? Przecież Stany Zjednoczone już powiedziały, że tam nie wrócą. Jakie sankcje można nałożyć na Afganistan, żeby były odczuwalne przede wszystkim dla talibów, a nie tylko pogłębiały nędzę społeczeństwa afgańskiego? Kto wejdzie do tego kraju, mając przed oczami porażkę sił Zachodu? Afganistan nie dał się podbić ani Rosjanom, ani Brytyjczykom, ani Amerykanom, więc kolejna szybka interwencja w tym kraju jest bardzo wątpliwa.
– „Fundamentalnie nie rozumieliśmy Afganistanu. Nie wiedzieliśmy co robimy i co chcemy osiągnąć. Nie mieliśmy nawet mglistego pojęcia o tym, czego właściwie się podejmujemy” – to słowa eks-generała Douglasa Lute’a, wieloletniego nadzorcy wojny w Afganistanie, opublikowane przez „Washington Post”.
– Człowiekowi Zachodu, który nie zna realiów, podstaw kultury Afganistanu bardzo trudno się w nim poruszać. Tam jest mnóstwo zależności. To kraj, w którym główną rolę odgrywają relacje, nieraz bardzo skomplikowane, pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi czy plemionami. Żeby efektywnie zarządzać Afganistanem, konieczne jest umiejętne rozpoznanie i wykorzystanie tych wszystkich układów. Jeżeli ktoś – bez znajomości lokalnych zwyczajów, tradycji, kultury – próbuje budować podstawy nowego systemu, z góry jest skazany na klęskę. Na początku interwencji Amerykanów wielu afganologów mówiło, że to nie może się udać. Proponowane przez nich rozwiązania nigdy nie były proste i szybkie do wprowadzenia, dlatego politycy nie chcieli ich słuchać. Tymczasem nie da się zbudować czegoś trwałego na fundamentach z piasku. To niemożliwe, jeśli nie mamy wiedzy o rejonie świata, w którym działamy, jednocześnie mając przekonanie, że to, co próbujemy wprowadzić, jest lepsze, a konsultacja z drugą stroną nie odbywa się na partnerskich zasadach. Wejście do Afganistanu było związane z akcją odwetową. Chodziło o to, by dopaść Osamę bin Ladena. Kiedy służby amerykańskie go zlikwidowały, uzasadnienie obecności Amerykanów było wątpliwe. Skoro osiągnęli cel wojskowy, po co tam zostali? Już wcześniej pokazali, że również w krajach na Bliskim Wschodzie nie udało im się wprowadzić Pax Americana. Powinni zacząć uczyć się na swoich błędach.
– Powiedzmy wprost, zachodnia polityka i próba budowania państwa demokratycznego nie wszędzie się sprawdza.
– Myślę, że nie. W demokracji podstawową wartością jest wolność. W tamtych rejonach – sprawiedliwość. Czy demokracja jest ustrojem sprawiedliwym? Komuś, kto nie został wychowany w tych wartościach, trudno zrozumieć, że 51 procent ma rację, a pozostałych 49 już niekoniecznie. Można jednak pomyśleć o demokracji w stylu bliskowschodnim. Bo kiedy u nas byli jeszcze królowie i absolutyzm, tam już mieli coś na kształt instytucji, które moglibyśmy uznać za demokratyczne – radę starszych, która podejmowała decyzje w oparciu o zebrane informacje, przekazywała swoją opinię wyżej i dopiero wódz, król, przywódca wioski, czy klanu na jej podstawie podejmował decyzję. To nie jest więc tak, że oni nie mają własnych mechanizmów, które mogłyby zostać udoskonalane. Przede wszystkim trzeba jednak powiedzieć, że żołnierze nie wprowadzą demokracji, bo wojsko nie jest od tego. Nawet jeżeli Amerykanie przynoszą wartości, trzeba się zastanowić, kto ma być ich odbiorcą. Jeżeli mamy budować sprawny system polityczny, trzeba wykształcić kadry, które będą potrafiły nim zarządzać. Nie ma demokracji bez edukacji i społeczeństwa obywatelskiego. Zaczynamy od końca – narzucamy system ludziom, którzy w nim nigdy nie funkcjonowali i każemy szybko się przystosować. Jeśli nie wychodzi, wycofujemy się, a ci, którzy nie potrafią się odnaleźć, dalej sami mają prowadzić ten eksperyment. To się nie uda.
– Dziś za klęskę oskarża się afgańską armię.
– Przecież ona była przez kogoś szkolona. Amerykanie świetnie sobie zdawali sprawę z tego, że nie jest to jednostka gotowa bronić kraju przed talibami. Wielką bolączką Afganistanu jest korupcja i nepotyzm, dlatego często żołd nie trafiał do żołnierzy, tylko do kieszeni wyższych oficerów. Głodny i nieopłacony człowiek nie będzie walczył. Prosty żołnierz nie był też ćwiczony w bojowych akcjach. To były raczej służby wartownicze, policyjne. Gdy więc już doszło do bezpośrednich starć, bez pomocy lotnictwa wojsk amerykańskich, z góry było wiadomo, że armia afgańska będzie skazana na porażkę. Przez powiązania klanowe talibowie bardzo dobrze ją zinfiltrowali i umieli docierać do żołnierzy – prośbą albo groźbą. Ci porzucali posterunki, bo bardziej martwili się o życie bliskich niż państwo, które nie zawsze też traktowali jak swoje.
– Pandższir wciąż się broni. O czym świadczą te walki?
– Na tym terenie działa syn bohatera narodowego, Ahmada Szaha Masuda. On nie ma jednak charyzmy swojego ojca. Nie wydaje mi się, żeby był na tyle atrakcyjny dla Amerykanów, przyciągnął uwagę i fundusze, a potem stał się głównym znakiem oporu. Nie sądzę, by te walki miały większe znaczenie dla przebiegu konfliktu. Tym bardziej, że legitymację polityczną dał talibom rząd amerykański, kiedy zasiadł z nimi do rozmów w Ad-Dausze. Z drugiej strony jest takie przysłowie: „Ludzie Zachodu mają zegarki. Ludzie Wschodu mają czas”. Mówi się, że Amerykanie mieli zegarki, a talibowie czas. Ale słyszałam też, że Afgańczycy są bardzo cierpliwym narodem. Będą czekać na rozwój sytuacji, a kiedy dostrzegą swoją szansę, staną ponownie do walki i spróbują budować kraj na nowo.
– A jak Pani widzi najbliższą przyszłość?
– Pamiętajmy, że talibowie przejęli państwo upadłe. Nie mają pieniędzy na rządzenie, dlatego też chcą uzyskać międzynarodową rozpoznawalność. Jeśli nie będzie pomocy humanitarnej, nie będą w stanie zapewnić ludności choćby podstawowych środków do życia. Liczę, że znalezienie racjonalnych rozwiązań jest możliwe. Tam przez 40 lat nieprzerwanie toczył się konflikt zbrojny. Mam nadzieję, że Afganistan będzie mógł w miarę normalnie funkcjonować, a ludność, bo to nie tylko kobiety, ale też dzieci, starcy i wszyscy, którzy tam zostali – znajdzie chwilę wytchnienia.
– Nasz kraj też ma swój udział w tej wojnie. Czym to może skutkować?
– Afganistan jest na tyle daleko, że bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski nie ma. U nas raczej będą dywagacje o sile NATO oraz USA. Niestety, konflikt dotyczący ewakuacji Polaków czy osób z nimi współpracujących i uchodźców będzie wykorzystywany politycznie do przepychanek między rządem a opozycją.
– Dlaczego tak bardzo Polska czy Zachód boją się muzułmanów?
– Boimy się tego, czego nie znamy. W Polsce jest mniej niż 1 proc. muzułmanów, więc większość Polaków nigdy z nimi nie miała do czynienia. Natomiast obraz islamu w mediach jest fatalny. Mamy przekonanie, że muzułmanin to Arab, a jak Arab, to terrorysta. W rzeczywistości tylko 25 proc. wszystkich wyznawców islamu na świecie stanowią Arabowie. Na pewno na ten wizerunek mają wpływ sami muzułmanie, bo zamachy terrorystyczne są firmowane przez fundamentalistyczne organizacje muzułmańskie. Ale też trzeba podkreślić, że w całym islamie zaledwie 1 proc. to radykałowie. Poza tym w krajach takich jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy mniejszość muzułmańska jest naprawdę duża i nie zawsze jej zachowania są takie, jak byśmy oczekiwali. Ale to nie zawsze wynika ze złej woli muzułmanów. Jest również efektem błędnej polityki migracyjnej. Moim zdaniem, strach jest nakręcony medialnie przez pokazywanie jednej, bardzo negatywnej strony. Niestety, akcje takie jak „Nie w moim imieniu”, próba nawiązania dialogu przez muzułmanów, czy też pokazanie, czym naprawdę jest islam – nie przebijają się. Strach ma zawsze wielkie oczy. Przestaniemy się bać, kiedy będziemy mieć przynajmniej podstawy wiedzy.
– A czy muzułmanie również posługują się stereotypami, myśląc o ludziach Zachodu?
– Bardzo często. U nas wyprawy krzyżowe są zaprzeszłą historią. Tam nadal jest to żywe. Funkcjonuje poczucie, że człowiek Zachodu przychodzi i próbuje narzucać swoją religię, swoje wzorce. To ktoś nieokrzesany, kto chce wykorzystać ich bogactwa, ziemie, a z miejscowych zrobić swoich poddanych, bo są tylko pionkami w jego grze. Wprawni werbownicy organizacji terrorystycznych grają na tej nucie, wykrzywiając obraz człowieka Zachodu. Twierdzą, że nie ma w nim moralności. My mówimy, że kobietom dzieje się tam krzywda, bo muszą się zasłaniać. A oni pokazują nasze reklamy, gdzie prawie wszystko – od kostki brukowej po dachówki – reklamowane jest przez roznegliżowane panie. Pokazują, jakie jest zniewolenie kobiet. Nieudanymi interwencjami, czy nawet tym, jak się zachowujemy jako turyści, podróżując do muzułmańskich krajów, tylko utwierdzamy ich w przekonaniu, że ten wizerunek jest prawdziwy, a naszym słowom nie zawsze można ufać.
Rozmawiała Wioletta Kruk



20 Responses to "Afganki niczego dobrego się nie spodziewają"