
Sędzia z Krakowa, Waldemar Żurek, w piątek (10 września) ponownie wybiera się do Rzeszowa, by stanąć tu przed Sądem Dyscyplinarnym przy miejscowym Sądzie Apelacyjnym. Prawnik jest przez rzeczników dyscyplinarnych, zgodnie z oczekiwaniem władzy, obwiniony o „naruszenie godności sędziego”. To już drugie podejście do sprawy „grillowania” przez władzę niepokornego sędziego Żurka, który po prostu nie godzi się na upolitycznianie polskich sądów i sędziów. Na poprzedniej, majowej, rozprawie nie stawili się… rzecznicy dyscyplinarni, jawnie kpiąc w ten sposób z wymiaru sprawiedliwości i podatników.
Waldemar Żurek orzeka w krakowskim Sądzie Okręgowym. Sędzia od początku był przeciwny „deformie” polskiego wymiaru sprawiedliwości, jaką przygotowała dla Polski ekipa rządząca. Wiedział, że ma to na celu tylko i wyłącznie upolitycznienie sądów i podporządkowanie sobie sędziów. Nie godził się na to i miał odwagę głośno o tym mówić. Jak się należało domyślać, władza nie ma zamiaru puścić tego Żurkowi płazem. Zaangażowano wiele sił i środków państwowych, by znaleźć na krakowskiego sędziego jakiegoś „haka”. Jednak ku wściekłości rządzących – nie udało się. Żurek był „czysty” i nie można było oskarżyć go o cokolwiek, pozbawiając wcześniej immunitetu.
Zakup wykazał, płacić nie musiał, ale… jest obwiniony
Ta władza jest jednak modelowym przykładem na powiedzenie, że „jeśli chce się psa uderzyć, kij się zawsze znajdzie”. Skoro nic na sędziego z Krakowa nie ma, to trzeba coś znaleźć. Cokolwiek, by tylko postawić go przed Sądem Dyscyplinarnym i zrobić „szoł”, że oto ten sędzia tak walczący z „reformą” wymiaru sprawiedliwości coś ma na sumieniu. Trudno było, ale przecież ta władza nie odpuszcza. Wreszcie „się udało”. Otóż w 2014 roku sędzia Żurek kupił sobie traktor (rocznik 1977) i nie zapłacił od tej transakcji, którą skrupulatnie wykazał w swoim oświadczeniu majątkowym, podatku. Nie zapłacił go, bo według prawa nie musiał, ale mimo to władza uznała, że oto ma wreszcie tak upragniony „hak” na niepokornego sędziego z Krakowa. Rządzący uczepili się zatem sławetnego traktora jako „ostatniej deski ratunku”, a raczej ostatniej szansy na zdyskredytowanie sędziego. Prokuraturze polecono zbadać tę sprawę, włączono w nią także CBA. Prokuratura nic nie wskórała, bo fiskus nic do sędziego Żurka nie miał i niczego odeń nie chciał. Sędzia nie musiał płacić ok. 800 złotych podatku od zakupu traktora, a nawet gdyby musiał i nie zapłacił, to sprawa i tak już uległaby przedawnieniu.
Funkcjonariusze CBA pofatygowali się aż w Bieszczady, by wieczorem odwiedzić znajomego Żurka, który odeń ten nieszczęsny traktor kupił, ale to też nic nie dało. Nie dało się go postawić przed sądem powszechnym za wykroczenie skarbowe, to go postawiono przed Sądem Dyscyplinarnym za rzekome „uchybienie godności sędziego”. Rozprawę wyznaczono w Sądzie Dyscyplinarnym przy Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie na koniec maja.
Nie przybyli, a tłumaczą się, że… nie wiedzieli?!
O sprawie było głośno w mediach, także tych prorządowych, gdzie nieudolnie usiłowano dowieść, że skoro krakowski sędzia ma stanąć przed sądem, to coś jest na rzeczy. Tym większe było zatem zaskoczenie, gdy okazało się, że mający występować jako strona obwiniająca Żurka zastępca Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych Michał Lasota nie zjawił się w Sądzie Dyscyplinarnym w Rzeszowie. Wywołało to niemałe zaskoczenie przewodniczącego składu orzekającego, sędziego Sądu Apelacyjnego, Grzegorza Zarzyckiego, który zarządził krótką przerwę. Po niej sędzia pozwolił na udział w rozprawie przedstawicieli mediów oraz organizacji społecznych i na wstępie poinformował o absencji Michała Lasoty oraz o tym, że podczas rozmowy telefonicznej z pracownikami biura rzecznika dyscyplinarnego nie udało się ustalić przyczyn jego nieobecności. Sędzia Zarzycki jednak drążył temat i raz jeszcze kontaktował się się z biurem rzecznika dyscyplinarnego. Tym razem otrzymał informację, że owo biuro nie otrzymało zawiadomienia o terminie rozprawy W. Żurka. Tymczasem potwierdzenie doręczenia tego zawiadomienia znajdowało się w aktach sprawy, jak podkreślił sędzia Zarzycki. – Mamy pokwitowanie opatrzone pieczęcią Krajowej Rady Sądownictwa i ręcznym podpisem osoby, której nazwisko nie jest do końca czytelne z dnia 21 kwietnia 2021 roku – wygłosił sędzia Zarzycki.
W tej sytuacji obrońcy Waldemara Żurka: adwokat z Rzeszowa Justyna Borucka, adwokat z Warszawy Mikołaj Pietrzak – dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie oraz sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie, Maciej Czajka, wnieśli o odroczenie, a przy tym mec. Pietrzak nie omieszkał zauważyć, że nieobecność strony obwiniającej jego klienta jest przejawem co najmniej lekceważenia, a tłumaczenie się niewiedzą o terminie rozprawy jest co najmniej zastanawiające.
– Sąd nie ma zwyczaju upewniać się, czy strony pamiętają o terminach rozpraw – przyznał sędzia Zarzycki i wobec tej sytuacji ogłosił odroczenie rozprawy do 10 września. – Takie postępowanie zastępcy rzecznika dyscyplinarnego pana Lasoty wygląda po prostu na lekceważenie Sądu Dyscyplinarnego i sądów w ogóle, ale także na lekceważenie zwyczajnych Kowalskich i Nowaków – podkreślił po opuszczeniu sali rozpraw w rozmowie z nami sędzia Żurek. – Zarówno bowiem ja, jako obwiniony jestem czynnym sędzią, tak i członkowie składu orzekającego Sądu Dyscyplinarnego są sędziami pracującymi w swoich sądach! Dziś każdy z nas mógłby orzekać w sprawach zwyczajnych ludzi, którzy chcą swoje sprawy w sądach zakończyć jak najszybciej. Tymczasem straciliśmy wszyscy, łącznie z moimi, także bardzo zajętymi obrońcami czas, bo pan zastępca rzecznika nie przyjechał na rozprawę – zauważył sędzia Żurek. Nie krył też, że szczerze wątpi w zapomnienie przez Lasotę o terminie rozprawy, czy w niezawiadomienie go o nim przez biuro. – To wygląda na celowe działanie – powiedział W. Żurek wprost. – Moja sprawa jest głośna, o terminie rozprawy informowały różne media – przypomniał. – To jest zwyczajnie takie „grillowanie” mnie, przeciągnie sprawy, bym czekał w napięciu, co będzie dalej – stwierdził sędzia Żurek. – Taka metoda na „zmiękczenie” mnie, ale spokojnie, ja się nie poddam – zapewnił wówczas sędzia W. Żurek. Teraz w piątek (10 września) sędzia i jego pełnomocnicy, ale także sędziowie tworzący skład orzekający muszą zawiesić na kołku swe normalne sprawy, w których orzekają i znów zająć się sprawą traktora, w której nic się nie stało, ale jest przecież „hakiem” na sędziego Żurka.
Czekają nas potworne kary za łamanie prawa UE
Czy tym razem obwiniający wiedzą o rozprawie i czy się stawią w sądzie, nie wiemy. Wiemy natomiast coś innego. Otóż w lipcu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w sprawie Izby Dyscyplinarnej, czyli ciała nadrzędnego nad sądami dyscyplinarnymi, stworzonego przez obecną władzę po to, by móc karać nieprzychylnych jej sędziów za ową nieprzychylność. TSUE rozpatrywał tę sprawę na wniosek Komisji Europejskiej. Orzeczenie Trybunału było druzgocące dla polskiej władzy. – System odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów w Polsce, który nie zapewnia niezależności Izby Dyscyplinarnej, nie jest zgodny z prawem Unii – stwierdził w ogłoszonym wyroku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. TSUE uwzględnił wszystkie zarzuty podniesione przez Komisję Europejską i stwierdził, że Polska uchybiła swoim zobowiązaniom wynikającym z prawa UE. Uzasadniając swoją ocenę w TSUE zauważył, że proces powoływania sędziów Sądu Najwyższego, w tym tych orzekających w Izbie Dyscyplinarnej, w dużym stopniu zależy od Krajowej Rady Sądownictwa „którego struktura została poddana bardzo dużym zmianom przez polską władzę wykonawczą i ustawodawczą i którego niezależność może wzbudzać uzasadnione wątpliwości”. Zdaniem Trybunału, problematyczne jest także to, że według ocenianych przepisów Izba Dyscyplinarna ma składać się wyłącznie z nowych sędziów, którzy nie zasiadali dotychczas w Sądzie Najwyższym, a także to, że sędziom tym przysługuje „bardzo wysokie wynagrodzenie i szczególnie wysoki stopień autonomii organizacyjnej, funkcjonalnej i finansowej” w porównaniu z warunkami panującymi w pozostałych izbach tego sądu. Prosto rzecz ujmując, TSUE uznał, że Izba Dyscyplinarna nie ma racji bytu i Polska ma natychmiast zrezygnować z tego organu. – Z uwagi na całościowy kontekst refom, którym niedawno został poddany polski wymiar sprawiedliwości, a w który wpisuje się ustanowienie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, oraz z powodu całokształtu okoliczności towarzyszących utworzeniu tej nowej izby, izba ta nie daje w pełni rękojmi niezawisłości i bezstronności, a w szczególności nie jest chroniona przed bezpośrednimi lub pośrednimi wpływami polskiej władzy ustawodawczej i wykonawczej – ogłosił Trybunał. TSUE jednocześnie wydał zabezpieczenie, na mocy którego zawiesił m.in. działanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Oznaczać to miało, że nie może ona orzekać zarówno w sprawach dyscyplinarnych, jak i immunitetów sędziowskich. Tymczasem Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej w odpowiedzi na działania TSUE orzekł, że tego typu środki tymczasowe są niezgodne z polską konstytucją.
Koniec końców Polska działalność Izby Dyscyplinarnej nie zawiesiła, czego najlepszym dowodem jest choćby sprawa sędziego Waldemara Żurka. Komisja Europejska zwróciła się do TSUE o nałożenie w związku z tym kar na nasze państwo. Jeśli te kary staną się faktem, zapłacimy je my – podatnicy.
Monika Kamińska



15 Responses to "Izba Dyscyplinarna jest nielegalna, ale…jest"