Urodziny Kina Zorza

Choć dziś trudno w to uwierzyć,
w Rzeszowie działały kiedyś aż 22 kina!
Najstarszym i wciąż istniejącym jest „Zorza”. Wyświetlane w niej seanse ściągały widzów
z całej południowo-wschodniej Polski.
W tym kinie po prostu wypadało być,
co jednak… wcale nie było takie proste.
Fot. Kino Zorza, Wit Hadło

8 września 1956 roku w kinie „Zorza” wyświetlono pierwszy seans. Był to dramat produkcji ZSRR, w reżyserii Sergeia Yutkevicha, „Otello”. Sala z 518 miejscami pękała w szwach, a zdobycie biletów graniczyło z cudem. Każdy chciał zobaczyć „wielkie kino”. Moment ten poprzedziły miesiące przygotowań.

Skrzypiące krzesła, zimno i błoto

– Projektantem „Zorzy” był inżynier Dutkiewicz, a instalację elektryczną projektował inżynier Kirszensztein, ojciec znanej lekkoatletki Ireny Kirszensztein-Szewińskiej. Od początku, przez wszystkie lata „Zorza” była kinem najwyższej kategorii. Stawiano ją za wzór innym placówkom w kraju – wspomina Antoni Marszałek, wieloletni pracownik i technik rzeszowskiego kina.
Już w 1955 r. ogłoszono konkurs na jego nazwę, która wg wytycznych miała zawierać lokalny akcent. Z 230 nadesłanych propozycji ostatecznie – z niewiadomych do dziś powodów – wybrano właśnie „Zorzę”. Ta pokonała: Waltera, Wisłok, Pokój, Przyjaźń, Młodą Gwardię, Uciechę, Grenadę czy Ty i Ja. Autorem zwycięskiej propozycji był Wincenty Styś z podrzeszowskiej Palikówki, a stosowny neon „KINO ZORZA KINO” wykonany w Stołecznych Zakładach Metalowych Przemysłu Terenowego zdobi wejście do budynku przy ul. 3 Maja po dziś dzień. – Tak, to jest oryginalny neon z 1956 r. – potwierdza Katarzyna Kozanecka z działu marketingu „Zorzy”.
Nowe kino zachwycało od samego początku, ale nie obyło się też bez kilku niedociągnięć. – Początkowo w „Zorzy” zainstalowano skrzypiące krzesła i zbyt mało kaloryferów, przez co w zimie temperatura w sali wynosiła zaledwie kilka stopni na plusie, a widzowie siedzieli w okryciach. (…) Żartowano, że w lokalu powinna być wypożyczalnia koców i pledów, a przy tak niskich temperaturach to chyba aż „zorza polarna świeci” – pisała Bernadeta Szarzyńska w artykule „Powstanie i działalność rzeszowskich kin…”.
Inną niedogodnością było i samo dotarcie do kina. O ile bowiem budynek prezentował się znakomicie, o tyle jego sąsiedztwo pozostawiało sporo do życzenia. W przypadku deszczowej aury, kinomaniacy musieli brnąć w błocie po kostki, gdyż z powodu braku funduszów, droga do budynku nie była niczym utwardzona. Nie odstraszało to jednak filmowych fanów, a z czasem zaczęli oni zjeżdżać z całej południowo-wschodniej Polski. Powód był oczywisty – nigdzie w okolicy nie było takiego kina.

Czy mury to wytrzymają?

Fenomen „Zorzy” tkwił m.in. w parametrach technicznych, które na ówczesne czasy były naprawdę znakomite. – Sala kina ma kształt wycinka koła, który gwarantuje dobre rozprzestrzenianie się dźwięku. Dźwięk, który był odtwarzany, po prostu był pochłaniany przez ściany, sufit i przez tył kabiny. Różnica między najgłośniejszym a najcichszym dźwiękiem wynosiła 10 decybeli. Dzięki temu widz niezależnie od tego, gdzie siedział, odbierał dźwięk o takim samym natężeniu – wspominał Antoni Marszałek w programie „Moje kino” wyemitowanym w 2010 r. przez TVP3 Rzeszów. To wszystko sprawiało, że „Zorza” w drugiej połowie XX w. należała do kinowej elity w Polsce. Dzięki temu do Rzeszowa trafiały najnowsze produkcje zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Tak było chociażby w przypadku „Krzyżaków”, którzy pod koniec lat 50. ubiegłego wieku byli grani w Rzeszowie… 24 godziny na dobę oraz „Bitwy o Midway” z 1974 r. Temu drugiemu filmowi towarzyszyły niezwykłe wręcz – jak na tamte czasy – efekty dźwiękowe. – Przed projekcją sprawdzano wytrzymałość akustyczną murów oraz konsultowano się z laryngologami. Ówcześni studenci WSP na zamkniętym pokazie zażyczyli sobie pokazanie filmu z maksymalną mocą głośników i do dziś wielu z nich pamięta drżącą dębową boazerię sali kinowej – opisuje Antoni Marszałek. Projekcję tego filmu doskonale pamięta Grażyna Deptuch. – Jeszcze zanim zaczęłam tam pracę, mój szwagier, chirurg, załatwił mi przez kasjerkę bilety na ten film. Wtedy poszłam z moją mamą, która uległa złudzeniu amerykańskiego bombardowania – wspomina prezes Regionalnej Fundacji Filmowej, która dziś prowadzi „Zorzę”

Jak być starszym i oszukać bileterkę?

Popularność rzeszowskiego kina sprawiała, że nieraz, aby zdobyć bilet, trzeba było odstać swoje w długich kolejkach. Szczęśliwcy, którym udało się nabyć wejściówki, nie byli pewni, że zobaczą film. Bilety, oprócz kasy kina, trafiały z czasem także do Biura Podróży Orbis i Rzeszowskiej Spółdzielni Fotografów. Stąd też dochodziło do sytuacji, w której sprzedano 3 sztuki na to samo miejsce.
Filmy przeznaczone dla widzów dorosłych były szczególną pokusą dla młodzieży, która imała się różnych sposobów, byleby tylko dostać się do sali. – Gdy byłem w pierwszej klasie szkoły średniej wbiłem się na seans „Kids”. To był niszowy, obrazoburczy, amerykański film, który nie wiem, jakim cudem był prezentowany. Produkcja była przeznaczona dla widzów dorosłych i bardzo skrupulatnie sprawdzano bilety, a ja przemknąłem w grupie dorosłych kolegów. Mój ówczesny wygląd faktycznie mógł sprawiać, że byłem postrzegany jako ten, który łączy subkulturę z rzeczywistością. Siedzące obok mnie starsze panie jakoś dziwnie spoglądały to na ekran, to na mnie – wspomina Hubert Gotkowski, rzeszowski reżyser filmów niezależnych.
Autorka książki „Kino, którego nie ma”, Katarzyna Hadała, tak z kolei opisuje tego typu sytuacje.: – Rzeszowscy nastolatkowie, chcąc dostać się na film dla dorosłych, pożyczali ubrania od starszych braci lub kolegów, ubierali buty w większych rozmiarach, przyklejali do twarzy plastry (przecież już się golą!) i palili papierosy przed wejściem do kina. Czasem tylko dzięki temu udawało się oszukać bileterki i dostać na seans taki jak np. film „Dzieciaki” z 1995 roku (zdecydowanie nie dla dzieciaków!).

Zapach, który przenosi w czasie

Na swoim Facebooku autorka „Kina, którego nie ma” dzieli się też wspomnieniami Macieja Piekarskiego, który podczas jej prac nad publikacją w niezwykłych słowach opisał klimat „Zorzy”. „Wnętrze dużej sali kina „Zorza” jest miejscem, w którym zapach trwa niezmiennie ten sam od kilkudziesięciu lat. Może Pani usiąść w fotelu, zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że przeniosła się Pani w czasie wstecz o np. 40 lat. Nie ma takiego drugiego miejsca w Rzeszowie. Przypominam sobie co najmniej dwa wnętrza, z zamkniętym w nich zapachem sprzed kilkuset lat. Oba znajdują się w Czechach: to biblioteka Klementinum w Pradze oraz teatr zamkowy w Czeskim Krumlowie. My nie mamy w Rzeszowie aż tak starych obiektów (…). Kino „Zorza”, przynajmniej dla mnie, jest właśnie miejscem, którego wyjątkowa klimatyczność jest powiązana z nieprzemijającym specyficznym zapachem boazerii na ścianach sali projekcyjnej”. I nie sposób się tą tezą nie zgodzić, bo „Zorza” to kino z duszą, a być może nawet i… duchem, który ponoć czuwa na tym miejsce i już nieraz pomógł mu przetrwać ciężkie chwile. A tych w historii kina nie brakowało.

Na trzecim zakręcie

Pierwszy raz na poważnym zakręcie „Zorza” znalazła się na początku lat 90. poprzedniego wieku, kiedy w naszym kraju nastała era kaset wideo. Owładnięte nimi społeczeństwo rezygnowało z chodzenia do kina na rzecz seansów domowych. Do czasu… Światowe produkcje, jak chociażby: „Jurassic Park”, „Titanic” czy „Pasja”, zapoczątkowały ponownie modę na kino. Na olbrzymich kinowych ekranach seanse te robiły po prostu zdecydowanie większe wrażenie niż na kilkunasto- czy kilkudziesięciocalowych domowych telewizorach. Kolejne trudne momenty „Zorza” przeżywała na początku XX w., gdy do Rzeszowa zawitały multipleksy. W ten właśnie sposób stolica Podkarpacia dziś jest nie tylko liderem powierzchni galerii handlowych, ale również miastem z największą liczbą sal kinowych w przeliczeniu na mieszkańca. Modernizacja „Zorzy”, utworzenie małej, kameralnej sali, a także coraz szersza oferta dla widzów pozwoliły jej przetrwać także i ten trudny okres.
Pandemia koronawirusa po raz kolejny zachwiała stabilnością najdłużej działającego kina w Rzeszowie. Widzowie nie zawiedli. Zorza przetrwała i wciąż cieszy swą obecnością na miejskim deptaku…

Źródła: „Kino, którego nie ma” – Katarzyna Hadała,
Facebook Kino którego nie ma, materiały Kina „Zorza”.
Tekst pochodzi z eksluzywnego magazynu
biznesowo-lifestylowego „Ludzie Biznesu!”.

One Response to "Urodziny Kina Zorza"

Leave a Reply

Your email address will not be published.