
Przysłuchują się najbardziej prywatnym rozmowom. Poznają rodzinne sekrety. Choć mają możliwie szybko przewieźć pasażera we wskazane miejsce, w praktyce ich praca wiąże się z czymś więcej. Sami o sobie mówią, że są jak barman, terapeuta i spowiednik w jednym. Rzeszowscy taksówkarze opowiadają o tajnikach swojej profesji oraz pasażerach, których nigdy nie zapomną.
Przysłuchują się najbardziej prywatnym rozmowom. Poznają rodzinne sekrety. Choć mają możliwie szybko przewieźć pasażera we wskazane miejsce, w praktyce ich praca wiąże się z czymś więcej. Sami o sobie mówią, że są jak barman, terapeuta i spowiednik w jednym. Rzeszowscy taksówkarze opowiadają o tajnikach swojej profesji oraz pasażerach, których nigdy nie zapomną.
– Pani zamówiła taksówkę do Boguchwały. Była godzina 2 lub 2.30 nad ranem z soboty na niedzielę, dwa lata temu. Podjechałem. Wyszła starsza kobieta ubrana w czarny strój, z torebką pod ręką. Poprosiła o kurs do Częstochowy. Gdy dojechaliśmy, miałem zaczekać na nią możliwie najbliżej sanktuarium. Pomodliła się godzinkę, po czym wsiadła z powrotem i wróciliśmy do Rzeszowa – relacjonuje Miłosz Biłas.
Mimo że jazda była długa, przed wyjazdem nie zapytał o pieniądze.
– Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym wziął od klienta zaliczkę. Wszystkich traktuję poważnie i zawsze płacą – zapewnia kierowca z Super Taxi Rzeszów. W zawodzie od 6 lat.
– Miałem kursy na lotnisko w Krakowie, do Warszawy. Jestem otwarty na każdą trasę i wszędzie dowiozę pasażerów. Nie ma barier. Może z wyjątkiem morza. Tego nie przeskoczymy (śmiech)!
Drobna kobieta w wielkim aucie
Kobieta w branży taksówkarskiej to nadal niecodzienny widok. – Ktoś zamawia taksówkę. Gdy podjeżdżam, klient wsiada do środka, a tam ja. Ponieważ nie jeżdżę zwykłym samochodem, tylko 9-osobowym busem, to dodatkowy szok. Powiedziałabym, że dziwią się głównie kobiety. Zadają standardowe pytanie: „Czy się pani nie boi?”, a potem dodają: „Mam nadzieje, że nie jeździ pani nocami”. Na co odpowiadam: „Oczywiście, że jeżdżę! W weekendy obowiązkowo”
– śmieje się Małgorzata Kura. Nigdy nie spotkała ją przykra sytuacja, która mogłaby zmusić do zastanowienia nad zmianą zawodu. – Świat się kręci w stereotypach. Najwyższy czas je łamać! Ten zawód jak najbardziej jest dla kobiet. Trzeba tylko lubić jeździć samochodem, bo spędza się w nim pół dnia, a czasem cały – podkreśla. Odkąd zrobiła prawo jazdy, jej praca wiązała się z przemieszczaniem autem. Na taksówce jeździ 2 lata, od 1,5 roku w Super Taxi Rzeszów.
Mówi, że po mieście jeździ już od jakiegoś czasu, więc zdania pt. „A co taka drobna kobieta robi w takim wielkim samochodzie?” słyszy coraz rzadziej. – Są też sytuacje, kiedy na przykład wsiadają dwie panie i twierdzą: „Czujemy się bezpieczniej, że będziemy wracać z kobietą, bo trochę wypiłyśmy”. Albo ludzie cieszą się, że to ja byłam najbliżej i podjechałam. Podkreślają: „Pani Małgosiu, już wiem, że dziś będę miał dobry dzień”.
– Zazwyczaj kręcę się w obrębie strefy miejskiej. Tak zwane wycieczki zdarzają się naprawdę rzadko. Ale miałam okazję zawieźć kogoś do Warszawy czy do Balic. Nawet jeżdżąc po Rzeszowie i trafić na kurs do Łańcuta to już fajna odmiana – nie ma wątpliwości Małgorzata.
– Niedawno jechałem do Krakowa, bo kierowca ciężarówki, który ładował się w jednej z rzeszowskich firm, zostawił teczkę z dokumentami. Przypomniał sobie o niej tuż przed stolicą Małopolski. Zamiast zawracać, zdecydował się skorzystać z taksówki, która przywiozła mu potrzebne papiery – opowiada Miłosz Biłas.
Najlepszy kurs? Niekoniecznie daleki, bo przy takim klienci negocjują ceny i trzeba dać rabat. – Opłacalne są jazdy z jednego końca miasta na drugi, czy poza jego granice, np. na lotnisko. Ale każdy jest ważny – czy to za 9 – 10 zł czy 50. Dla mnie to taka sama jakość przejazdu – przekonuje kierowca.
Dziś ludzie już raczej nie oszukują, by mieć darmową „podwózkę”. Zarówno Małgorzatę, jak i Miłosza spotkało to tylko raz. – Zgłosiłam to na centralę i płatność została uregulowana – opowiada kobieta. Nierzetelny klient trafia na czarną listę i nie skorzysta już z usług korporacji. Bywa jednak, że ktoś chce zapłacić, ale nie może. – Czasem w nocy banki mają przerwę techniczną i wyłączają tę opcję. W takich sytuacjach z reguły klient przekazuje mi swój numer telefonu. Kontaktuję się z nim następnego dnia i reguluje płatność. Albo podaję swój numer konta i dostaję przelew – tłumaczy.
Gdy na tylnym siedzeniu jest… posel
Pasażerowie, których nigdy nie zapomną? – Bardzo utkwiła mi w pamięci przejażdżka z posłem Grzegorzem Braunem. To była dosyć długa trasa. Zdążyliśmy sobie porozmawiać, wymienić opinie na różne tematy. Było bardzo przyjemnie – wspomina Miłosz Biłas. Polityk znany jest ze swojej erudycji i przemówień. Jak się okazuje, to nie są wyuczone mowy. – W rzeczywistości jest bardzo sympatycznym człowiekiem. Potrafi się podzielić swoją wiedzą w taki sposób, że naprawdę chce się go słuchać – potwierdza kierowca.
Kilka lat temu jego pasażerem był też wokalista Budki Suflera – Krzysztof Cugowski. – Występował na Stali Rzeszów. Ekipa zamówiła dla niego taksówkę i trafiło na mnie. Odwoziłem go do hotelu Rzeszów. Zamieniliśmy kilka słów. Wziąłem od artysty autograf – relacjonuje. A przy okazji był świadkiem zakulisowych rozmów. – Piosenkarz jechał z dwiema innymi osobami. Rozmawiali o wpadce, jaka przytrafiła im się podczas koncertu. Z kontekstu wynikało, że udało im się z tego sprytnie wybrnąć – śmieje się.
Małgosi nie zdarzyło się wieźć nikogo znanego. – A przynajmniej nie zauważyłam – śmieje się. – Samochód jest spory. Dwie osoby mogą usiąść obok mnie. Reszta z tyłu. Nawet nie zwracam uwagi, jak wyglądają, gdzie siedzą. Moim zadaniem jest przecież przewieźć kogoś z punktu A do B
– tłumaczy.
W weekendy bardzo często zlecenia dotyczą wieczorów kawalerskich tudzież panieńskich. Żartuje, że bardziej zapamiętuje uczestników tych pierwszych. – Kiedy mężczyźni wypiją, ich poczucie humoru wchodzi na „poziom expert” – stwierdza. I mogą doprowadzić do łez…
– W zeszłym roku przewoziłam grupę panów z Rynku do jednego z klubów. Kolega, który miał się żenić zaczął żartować: „A czy pani jest wolna? Bo my mamy wolnego kolegę”. Jechaliśmy raptem 10 min, a oni w tym czasie zdążyli wszystko zaplanować. Od ślubu, po przyjęcie. Za salę weselną mieli zapłacić moi rodzice, ale za wódkę już – rodzice pana młodego
– wspomina. – Popłakałam się ze śmiechu i powiedziałam, że więcej z nimi nie pojadę, chyba że będę miała kosmetyczkę, która poprawi mi makijaż.
Od dawna mówi się, że samochody taksówkarzy są jak konfesjonały. – To prawda. Jesteśmy drugimi spowiednikami. Nieraz klienci opowiadają nam swoje życiowe historie. Zazwyczaj mówią o chorobach, pobytach w szpitalach, czasem rozwodach – potwierdza Miłosz Biłas. – Staram się dyplomatycznie do tego podchodzić, żeby nikogo nie urazić. Unikam rozmów na tzw. wrażliwe tematy – kościelne, polityczne, bo przy tak krótkim kontakcie trudno wyczuć, jakiej ktoś jest opcji politycznej, orientacji seksualnej, nie wspominając już o wyznaniu.
– Lubię rozmawiać z ludźmi. To odskocznia od własnych problemów. Ktoś pożartuje, opowie dowcip czy nawet sam będzie miał gorszy dzień i się wygada. Czasem pasażerowie mają potrzebę, by się zwierzyć. Opowiadają o rozstaniu lub cieszą się, że kogoś poznali – wylicza Małgorzata. – Śmieję się, że taksówkarz to psycholog połączony z barmanem i terapeutą. To trudne. Są tematy, których nie da się zbyć, albo przemilczeć. Kiedy na przykład pani mówi, że w krótkim czasie pochowała męża i syna, nie można powiedzieć czegokolwiek. Trzeba się dobrze zastanowić, co jej odpowiedzieć – nie ma złudzeń.
Po latach jazdy kierowcy mają swoich stałych klientów. – Z niektórymi jesteśmy na „ty”, z innymi na „per pan”, ale znamy się bardzo dobrze. Pasażerowie często rozmawiają przez telefon i chcąc nie chcąc, słyszymy, co mówią. Znamy rodzinne koligacje, ustalenia, a nawet tajemnice – nie kryje.
– Nigdy jednak nic nie wychodzi poza drzwi taksówki.
Co można zapomnieć
99 proc. klientów to spokojne i bezkonfliktowe osoby. – Są i takie, które sprawiają problemy z różnych powodów – złego humoru, czy upojenia alkoholowego – ale to znikome przypadki.
– Zdarza się, że klient przed podaniem adresu docelowego,… zaśnie. Trudno go dobudzić. A gdy już się to uda, zastanawia się, gdzie jest i dziwi, że siedzi w taksówce – zauważa Miłosz. – Muszę do niego jakoś dotrzeć. Mam przewagę, bo jestem trzeźwy, więc z reguły się to udaje.
A czego w ich królestwie robić nie wolno? – Najbardziej irytujące są sytuacje, kiedy klient wsiada z piciem i jedzeniem np. hamburgerem czy kebabem. Staramy się utrzymać w samochodzie czystość, a niestety przy spożywaniu takich posiłków zawsze coś wypadnie czy nakapie na siedzenie. Trzeba zjechać do domu czy na myjnię i to wyczyścić, żeby móc podjąć kolejnego klienta. A to zabiera czas
– argumentuje Miłosz. Wielu tuż po zatrzaśnięciu drzwi pyta, czy może zapalić. Właściciele taksówek mają jedną odpowiedź. – Ja nie palę i nie akceptuję, by robili to pasażerowie. Proponuję, że możemy się gdzieś zatrzymać i zaczekam – mówi nasz rozmówca. – Pomimo iż sama jestem paląca, nigdy nie robię tego w samochodzie i nie pozwalam na to klientowi – podkreśla natomiast Małgosia. – Jeśli zauważam, że jest za bardzo wstawiony, nie zgadzam się też, by otworzył lub dokończył piwo. Bo jeśli je wyleje, konieczne będzie czyszczenie. Więcej zakazów nie wprowadzam. Nie mam np. kłopotu z transportem zwierząt – zauważa.
Niektórzy nie zgadzają się też na używanie mocnych perfum, bo zapach może się nie spodobać kolejnym pasażerom. – Często się zdarza, że wiozę spóźnioną panią, która jeszcze się czesze, maluje oraz używa perfum. Nie mam nic przeciwko – zapewnia Miłosz. – Gorzej w drugą stronę – jeśli wsiada spocony pan i też go czuć…
Zapominalscy pasażerowie to norma. – Zostawiają wszystko. Począwszy od zapalniczki i papierosów, poprzez parasole, aż po komórki. Jeżeli zbierałbym cudze telefony, spokojnie wytapetowałbym sobie nimi mieszkanie – żartuje właściciel taksówki. Kiedyś w swoim samochodzie znalazł laptopa jednej z wykładowczyń Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jednak najdziwniejszą rzeczą, jakiej ktoś nie zabrał, był… telewizor. – Klient kupił go w jednym z rzeszowskich sklepów. Razem zapakowaliśmy do bagażnika. Pojechaliśmy do Błażowej. Tak się zagadaliśmy, że pan zapłacił za kurs, trzasnął drzwiami i poszedł. Ja też o tym zapomniałem. Odjechałem. Chwilę później dostałem telefon z centrali: „Pan zostawił u ciebie telewizor”. Wróciłem i oddałem nowy nabytek.
Taksówkarze często sami robią zakupy na zamówienie. Zwykle chodzi o alkohol, papierosy, czasem artykuły spożywcze. – Ostatnio miałem kurs z restauracji z chińskim jedzeniem. Zupkę za 32 zł zawiozłem do Kielnarowej – opowiada.
Jak udrożnić ruch?
– Kiedyś mi powiedziano, że grono taksówkarzy jest dość wąskie. Rzeczywiście, kiedy przyszłam, na początku patrzono na mnie z daleka, zastanawiając się, „kto to się pojawił na mieście?”. Dziś mamy koleżeńskie relacje. Panowie sami podchodzą, zagadują. Czasem ja to robię, albo zadzwonię, bo wiem, że ktoś mieszka w określonej okolicy i mogę podpytać o trasę.
Znajomość topografii miasta w tej branży jest kluczowa. Gdy ktoś stara się o licencję, musi wiedzieć, którędy najszybciej dojechać z jednego końca miasta na drugi. – Naszym obowiązkiem jest jechać do celu możliwie najkrótszą drogą – tłumaczy Miłosz. Gdy na drodze dojdzie do wypadku lub innych utrudnień i pojawiają się korki, jest w stanie zwizualizować sobie w głowie mapę i zaproponować pasażerowi alternatywną trasę.
Z perspektywy kierowcy miejskie ulice wyglądają inaczej. – Poza wakacjami, kiedy ludzie odwożą dzieci do szkoły, a sami jeżdżą do pracy Rzeszów jest zakorkowany. Mamy kilka newralgicznych punktów, które potrafią zablokować pół miasta. I trzeba by nad nimi popracować, żeby udrożnić ten ruch – nie ma wątpliwości Miłosz Biłas. – Nie jestem ekspertem, ale na pewno wiele rzeczy bym zmienił, np. wydłużyłbym lewo- i prawoskręty. W niektórych miejscach w ogóle ich nie ma, mimo że są możliwości, żeby je dobudować. Warto też zastanowić się nad organizacją świateł, bo niektóre działają bardzo mozolnie – wylicza.
Małgosia zwraca uwagę na aspekt, który wielokrotnie był tematem debat wśród mieszkańców – buspasy.
– Zwykłego rzeszowianina mogą denerwować, bo utknął na pasie obok. Jeśli jednak ktoś przemieszcza się komunikacją miejską czy taksówką zrozumie, że to dobre rozwiązanie – przekonuje. – Ulice nam się nie poszerzą, więc korki będą, ale, według mnie, żeby zobaczyć korki, trzeba się przejechać np. do Krakowa, gdzie stoi się już na autostradzie, przy wjeździe do miasta – obojętnie z której strony – stwierdza Małgorzata.
Okazuje się, że również o podkarpackich kierowcach można wiele powiedzieć. W środowisko funkcjonują pewne stereotypy. – Tak naprawdę z każdego powiatu można wyciągnąć rejestrację, którą gdziekolwiek by się dostrzegło na drodze, można rozpoznać. Ostatnio jechałam prywatnie nad Solinę przez Brzozów. Stwierdziłam, że na powrocie chyba będę potrzebowała relanium – przyznaje Małgorzata. – Światło zmienia się na zielone, a kierowca stoi. „Bardziej zielone nie będzie!” – myślę (śmiech). Ale sądzę, że i rzeszowianom zdarzy się zagapić, czy wjechać pod prąd, bo np. zostanie zmieniona sygnalizacja – dodaje.
Niedzielni kierowcy, utrudnienia na drodze, czy pogoda nie są jednak czymś nie do pokonania, bo jak mówią nasi bohaterowie, ich zawód to pasja.
– Najbardziej lubię jazdę samochodem. To dla mnie największa frajda
– wyznaje Małgorzata. – A jeśli przy okazji z kimś porozmawiam, pośmieję się i jeszcze mi za to płacą, to czy można mieć lepszą pracę?
Wioletta Kruk



4 Responses to "Gdy zatrzasną się drzwi taksówki"