
Zatem rozprawa sędziego Waldemara Żurka znów odroczona. Tym razem nie dlatego, że obwiniający nie dotarli do rzeszowskiego sądu. Poprzednie odroczenie wiązało się ze zbulwersowaniem, iż nie dotarli, bo taki zwyczajny prokurator nie może ot tak sobie nie przyjść na rozprawę i odpowiedzieć, że nie wie dlaczego, ale powiadomienie doń nie dotarło. Chociaż teraz to może i może, zależy czy to jest „właściwy” oskarżyciel, to znaczy pokorny władzy. Nieważne, że skład orzekający, jeden z obrońców sędziego Żurka i sam Waldemar Żurek są czynnymi sędziami i gdy nie ma ich w miejscu pracy „spada” sprawa jakiego szarego „Kowalskiego”, nieważne, że takie niepotrzebne odroczenia kosztują podatnika. Jeśli ktoś jest człowiekiem władzy, za roztargnienie i niestawienie się w pracy nie grożą żadne konsekwencje. Wystarczy napisać, że się nie wiedziało, nie dostało zawiadomienia i nie zawiniło, i sprawa załatwiona. Mniejsza jednak o to…
Teraz bowiem już zastępca rzecznika dyscyplinarnego sędziów dotarł do sądu. Tyle, że znacznie wcześniej, bo ponad miesiąc, dotarł tam wniosek obrony o to, by sąd sprawą się nie zajmował wcale, zawiesił ją, albo skierował do Izby Karnej SN. A wszystko to głównie z powodu, o którym głośno od dawna: z powodu orzeczenia TSUE o tym, że Izba Dyscyplinarna działa niezgodnie z prawem i jako taka powinna swych działań natychmiast zaprzestać. Ten wyrok wydano 15 lipca, a za nieprzestrzeganie go grożą nam surowe kary w UE. Nasza władza w związku z tym „straszy” Polaków polexitem, ale tak naprawdę już po wyroku TSUE zamierzała się z Izby Dyscyplinarnej rakiem wycofać…
No dobrze, ale co się tak naprawdę stało w piątek w Sądzie Dyscyplinarnym przy Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie? Otóż można by stwierdzić, że nie stało się nic przecież…No sąd potrzebuje więcej czasu na rozpatrzenie wniosku obrony, to się naprawdę w sądach zdarza! I owszem, zdarza się…Tylko że na analizę i rozpatrzenie tego konkretnego wniosku sąd miał ponad miesiąc. I choć zawiera on wiele stron i wiele skomplikowanych zdań napisanych „po prawniczemu”, to jego analiza sprowadza się w zasadzie do jednego. Mianowicie do tego, czy ten sąd uznaje wyrok TSUE za obowiązujący, czy też nie.
Niełatwe zadanie ma tu ten konkretny skład sędziowski powołany wszak „po nowemu”, czyli, zdaniem TSUE, z naruszeniem prawa. Decydować bowiem musi nie tylko o samym sobie, jako ciele z „nadania” aktualnej władzy, ale też musi opowiedzieć się, czy w sporze TSUE aktualna władza stoi po stronie TSUE czy też władzy. Oczywiście sąd mógł wniosek obrony oddalić i otwarcie po stronie władzy stanąć, ale po pierwsze zaraz pojawiłyby się kolejne wnioski obrony, a po drugie zarzucano by mu brak niezależności. Sąd więc zrobił to, co mógł, by nie podejmować decyzji, twarz zachować, a z władzą nie zadrzeć za bardzo: wymówił się potrzebą głębszej analizy i dłuższego na nią czasu. Dyplomatycznie było to przewidywalne, ale mistrzowskie zagranie – fakt. Jednak nie zmienia to faktu, że sąd teraz ma w zasadzie wybrać, po której staje stronie: TSUE czy ministra Ziobry
– pana i władcy obecnego wymiaru sprawiedliwości, co czeka tych. Co otwarcie stają po stronie TSUE wiemy, bo przekonał się o tym częstochowski sędzia Adam Synakiewicz wspomniany przez sędziego Żurka. Otóż został zawieszony za uznawanie wyroku TSUE. To spotka każdego, kto tak postąpi. Ale można przecież zwyczajnie poczekać…A obecna władza choć nadyma się i wymachuje szabelką – także w stronę UE – chwieje się coraz bardziej na glinianych nogach. Nie ma większości w Sejmie i przy każdy głosowaniu musi coś komuś obiecać, żeby było po jej myśli. Być może już wkrótce przestanie być władzą…Ciekawe, na jak długo realnie sąd odroczy sprawę W. Żurka. Może aż do wyborów?
Redaktor Monika Kamińska



19 Responses to "Nad czym musi zastanowić się sąd?"