
– Żarty się skończyły. Jeśli rząd nie spełni naszych postulatów, polskiej służbie zdrowia grozi zapaść. Konsekwencje poniosą pacjenci, bo to do nich nie dojedzie karetka, to oni zostaną pozbawieni profesjonalnej opieki lekarskiej i pielęgniarskiej, a moralną odpowiedzialność za tragedie, do których będzie dochodzić, ponosił będzie polski rząd – przestrzegali medycy podczas sobotniego protestu w Warszawie. Wg organizatorów, wzięło w nim udział 30 tys. osób z całej Polski.
„Publiczna służba zdrowia kona” – pod tym hasłem w sobotę w Warszawie odbył się protest zawodów medycznych. To pierwszy tak duży marsz tej grupy zawodowej w historii. Pierwszy raz pod postulatami protestujących podpisali się przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych i niemedycznych, które tworzą polską służbę zdrowia.
Ulicami Warszawy przeszli: lekarze, pielęgniarki i położne, ratownicy medyczni, diagności, fizjoterapeuci, pracownicy radiologii, a także pracownicy niemedyczni ochrony zdrowia oraz wspierający medyków rolnicy i hodowcy trzody chlewnej zrzeszeni wokół Agrounii.
Kilkaset godzin miesięcznie w karetce
Przyjechali z całej Polski, z dużych miast i małych miasteczek, aby po raz kolejny zamanifestować swój sprzeciw wobec polityki polskiego rządu, który, zdaniem protestujących, doprowadza do załamania polskiej służby zdrowia. – Jesteśmy tutaj dzisiaj, bo my także będziemy kiedyś pacjentami, i jak mało kto wiemy, co nas wtedy czeka – mówił Piotr Dymon, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych. – W tej chwili w Gdańsku 50 procent zespołów jeżdżących na karetkach ma status „niegotowy”. W wielu miejscach Polski ratownicy złożyli wypowiedzenia, w tej chwili albo już nie pracują, albo wypowiedzenia wchodzą właśnie w fazę realizacji i ich nie ma w pracy. Jeżeli dojdzie do jakiejkolwiek śmierci pacjenta, który nie doczekał się na pomoc zespołu pogotowia, to moralna odpowiedzialność spadnie na ministra zdrowia, który zapewniał publicznie, że mają wszystko pod kontrolą – dodał.
Przewodniczący OZZRM podkreślił też, że ochrona zdrowia jest głównym filarem bezpieczeństwa państwa i poinformował, że jeśli rząd nie spełnił postulatów ratowników, akcję masowego składania wypowiedzeń powtórzą.
Pacjenci w niektórych miastach już odczuli protest ratowników. Tam, gdzie brakuje obsady na karetki, do potrzebujących wysyłani są strażacy lub śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. – Pracujemy po kilkaset godzin w miesiącu na kilku etatach, a nie trzeba chyba przypominać, że wykonujemy bardzo odpowiedzialną pracę. Ratownictwo jest jednym z ogniw, od którego zależy ludzkie zdrowie i życie – podkreślali protestujący ratownicy.
W proteście udział wzięli także ratownicy z Podkarpacia. – Wypracowujemy tyle godzin nie tylko aby godnie zarobić, ale dlatego, bo nas jest po prostu za mało – mówi nam Tomasz Chudio, ratownik z 20-letnim stażem, członek OZZRM na Podkarpaciu. Wśród postulatów ratowników są m.in.: podwyżki wynagrodzeń, zwiększenie załogi karetki z dwóch do trzech osób, umowy o pracę dla wszystkich ratowników oraz utworzenie ustawy o zawodzie ratownika medycznego. – To upokarzające, że musimy walczyć o to na ulicy – komentuje Tomasz Chudio.
Praca ponad siły, na kilku etatach
Protestujący pracownicy służby zdrowia podkreślali, że mają już dość pracy ponad siły. – Wypracowujemy ponad 300 godzin w miesiącu – mówiła Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Przypomniała, że średnia wieku polskiej pielęgniarki to 53 lata, a średnia wieku, w jakim umierają polskie pielęgniarki, to 60 lat. – Personel jest przemęczony i przeciążony obowiązkami, a młode osoby nie garną się do pracy, bo za granicą zarobią trzy razy więcej. Zamiast zajmować się pacjentem, musimy wypełniać stosy dokumentacji. Medyk to nie jest urzędnik. W pierwszej kolejności powinien dbać o dobro pacjenta – mówiła przewodnicząca.
Strajk generalny w całej służbie zdrowia?
Największa delegacja pielęgniarek i położnych pojechała do stolicy z Podkarpacia, w sumie ponad pół tysiąca osób. – Jechałyśmy z bojowymi nastrojami i z takimi wracamy – powiedziała nam Danuta Bazylewicz z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Rzeszowie. – To, że po raz pierwszy we wspólnym proteście zjednoczyli się przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych świadczy o tym, że żarty już się skończyły i sytuacja jest naprawdę poważna – dodała nasza rozmówczyni. Do Warszawy pojechały pielęgniarki i położne m.in. z: Rzeszowa, Przemyśla, Jarosławia, Stalowej Woli, Kolbuszowej i Sanoka. – Wśród protestujących było czuć ogromne rozgoryczenie, ale i wielką solidarność i determinację. Rozmawiałam z medykami z całej Polski i nastroje są takie, że nie będzie zgody na odwlekanie w czasie działań rządu, bo my temu rządowi zwyczajnie nie ufamy. Jeśli sytuacja się nie zmieni, jesienią dojdzie do strajku generalnego całej służby zdrowia, chyba nie muszę więc mówić, czym to się może skończyć – powiedziała nam Małgorzata Sawicka, przewodnicząca Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z sanockiego szpitala, z którego w proteście udział wzięło ponad 70 pielęgniarek i położnych.
– Nie pierwszy raz byłyśmy w Warszawie i nie pierwszy raz na ulicach walczymy o swoje. Jesteśmy już pod murem – nie ma odwrotu, jesteśmy gotowe na wszystko – dodaje Danuta Bazylewicz.
„Białe Miasteczko 2.0”
Zaraz po zakończeniu manifestacji w sąsiedztwie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów ruszyła budowa „Białego Miasteczka” na wzór tego, które 19 czerwca 2007 roku utworzyły przed gmachem KPRM pielęgniarki i położne walczące o podwyżki wynagrodzeń. Miasteczko powstało wówczas spontanicznie po tym, kiedy ówczesny premier Jarosław Kaczyński odmówił spotkania z przedstawicielkami protestujących. Twarzą protestu była wówczas pielęgniarka Dorota Gardias, była szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, dzisiaj przewodnicząca Forum Związków Zawodowych. To ona w sobotę oficjalnie otworzyła „Białe Miasteczko 2.0”. – Panie premierze, zrobił pan wszystko, a może i więcej, ażeby doprowadzić medyków do granicy wytrzymałości – powiedziała, zwracając się poprzez media do szefa rządu. – Medycy są na granicy, a stan wyjątkowy trwa w polskich szpitalach od bardzo długiego czasu. Nie zdziwiłabym się, gdyby rozwinął pan wokół szpitali drut kolczasty, a w mediach dziękował medykom za ich pracę. To byłoby w pańskim stylu – dodała, nawiązując do sytuacji przy białoruskiej granicy. – Nie ma już czasu na pobieżne, kartonowe reformy, nie ma już czasu na polityczne przepychanki, na PR-owe zagrywki. Liczy się każda sekunda – podsumowała Dorota Gardias.
Z protestującymi medykami nie spotkał się podczas protestu ani premier Mateusz Morawiecki, ani minister zdrowia Adam Niedzielski, ani żaden inny przedstawiciel rządu.
Postulaty medyków
Jak zapowiadają organizatorzy protestu, „Białe Miasteczko 2.0” będzie trwało aż do skutku, czyli do czasu, aż zostaną spełnione ich postulaty, a najważniejsze z nich to: natychmiastowa zmiana ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych, podwyżki wynagrodzeń, wzrost wyceny świadczeń medycznych oraz ryczałtów o 30 proc. oraz dobokaretki o 80 proc. od 1 października 2021 r., zatrudnienie dodatkowych pracowników obsługi administracyjnej i personelu pomocniczego (sekretarki medyczne, rejestratorki, opiekunowie medyczni) oraz wprowadzenie norm zatrudnienia uzależnionych od liczby pacjentów, zapewnienie zawodom medycznym statusu funkcjonariusza publicznego i stworzenie systemu ochrony pracowników przed agresją słowną i fizyczną pacjentów, wprowadzenie urlopów zdrowotnych po 15 latach pracy zawodowej oraz uchwalenie ustaw o medycynie laboratoryjnej, zawodzie ratownika medycznego i innych zawodach medycznych.
Minister zaprasza na rozmowy
Protest medyków trwa od kilku miesięcy. Dotychczasowe rozmowy z resortem zdrowia zakończyły się fiaskiem. Ministerstwo stoi na stanowisku, że rządu nie stać na realizację postulatów protestujących. Minister zdrowia Adam Niedzielski w sobotę kilka godzin przed protestem medyków opublikował na Twitterze wpis, w którym podał „szacunkowe wyliczenia skutków finansowych wdrożenia postulowanych rozwiązań”.
Z szacunków tych wynika, że spełnienie postulatów medyków w tym roku kosztowałoby łącznie 26,05 mld zł i 104,7 mld zł w przyszłym roku. Minister Niedzielski we wpisie zaprosił też przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Krystynę Ptok oraz wiceprezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Artura Drobniaka do rozmów. Spotkanie ma się odbyć w najbliższy wtorek, 14 września, o godzinie 14 w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” w Warszawie.
Martyna Sokołowska



26 Responses to "Wielki protest medyków"