„Nikt nam Jej nie zastąpi”

Fot. Archiwum RMF FM

Pracowita, dokładna, sumienna. Prywatnie dusza towarzystwa, wulkan pozytywnej energii, ale też pełna empatii osoba,
która dla każdego znalazła dobre słowo. Kochała życie, Sanok, Nową Hutę i hokej. Edyta Bieńczak, redaktorka i wydawczyni w RMF FM,
zmarła w wieku 37 lat wskutek choroby wątroby, na którą od lat się leczyła.

O śmierci Edyty Bieńczak poinformował w czwartek, 30 września, Marek Balawajder, dyrektor pionu informacji radia RMF FM. O godzinie 10 w radiu zamiast serwisu informacyjnego wyemitowano komunikat o śmierci dziennikarki.
– „Zadzwoniłaś ze szpitala. We wtorek około 17.00. „Cześć Marek, tu Bieńczak” – cztery słowa. Głos był trochę słaby, lekko zmęczony, ale ten sam. Głos Edi. „Wiesz, trochę źle się czuję, potrzymają mnie tu dwa, trzy dni i wracam do pracy” – wyszeptała. Ok, Edzia czekamy. Trzymaj się i niczym nie przejmuj – krótka to była rozmowa. Edi i my czekamy. Zasiedziałaś się pewnie w innej redakcji. Gdzieś tam, nie wiadomo gdzie. Może wysoko, a może blisko tuż-tuż? Tego jeszcze nie wiemy. Ale jest pewność, że piszesz tam o ukochanym hokeju, o cudownym Sanoku, o Nowej Hucie, która stała się twoim drugim domem. Edka, nie siedź tam zbyt długo, bo nam tutaj, u nas jesteś bardzo potrzebna. I nie tańcz gdzieś na imprezach w zaświatach, bo parkiet u nas czeka na Ciebie. I nie uśmiechaj się tylko do Pana Boga! On ma dużo takich cudownych aniołów, my mieliśmy cię tylko jedną” – napisał Marek Balawajder w pożegnalnej notce zamieszczonej na stronie RMF FM.

Nie miała sobie równych

Edyta miała 24 lata, kiedy pierwszy raz przekroczyła próg redakcji radia RMF FM. Był 2008 rok, w rozgłośni wystartował nabór na radiowy staż. O miejsce ubiegało się wiele osób, jedną z nich była Edyta.
– Byłam w grupie dziennikarzy, którzy przygotowali program praktyk i prowadzili nabór na staż w radiu RMF FM. Podczas jego trwania mieliśmy wyłonić osoby, które rozpoczną z nami współpracę, zostaną w newsroomie. Najpierw był test, potem rozmowa i próby mikrofonowe. Edyta, Edka, Edytka, Edi, Kreweta – bo tak najczęściej się do niej zwracałam – napisała ten test najlepiej, zdobyła najwięcej punktów. Podczas rozmowy zrobiła na nas też bardzo dobre wrażenie. Miała naprawdę sporą wiedzę, mówiła piękną polszczyzną, co wcale nie jest takie oczywiste nawet u absolwentów dziennikarstwa, czy polonistyki. Nie miała może radiowego głosu, ale całą sobą mówiła „chcę tutaj pracować, chce spróbować, dajcie mi szansę”. Zaczęła staż i szła jak burza. Była najlepsza z grupy. Została z nami. Pracowała jako wydawca Faktów RMF FM, współpracowała z reporterami i korespondentami, pisała dla RMF24.pl – wspomina Monika Kamińska, redakcyjna koleżanka Edyty.

Niezwykle rzetelna, pracowita, odpowiedzialna

Jak opisuje nasza rozmówczyni, Edyta była rzetelną, odpowiedzialną i zaangażowaną dziennikarką. Do tego niezwykle pracowitą i bardzo dokładną, co zresztą podkreślają wszyscy, którzy z nią pracowali. – Jeśli nie była czegoś pewna, tak długo szukała, dopytywała, drążyła, aż wszystko było jasne. Była niezwykle skrupulatna, dbała o najdrobniejsze szczegóły, czy gdy chodziło o przygotowanie serwisów radiowych, czy informacji na portal. Musiało być nie tylko merytorycznie, pięknie stylistycznie, ale i po prostu ładne wizualnie. Nawet jej maile do nas, do zespołu, wyróżniały się sposobem pisania. Miała swoją ulubioną czcionkę (Century Gothic), a list zawsze kończyła licznymi uśmiechami i dopiskiem: spokojnego dnia, pozdrawiam, causy! – opowiada Monika Kamińska.

Podpora zespołu

W liście pożegnalnym przygotowanym przez redakcyjnych kolegów Edyty czytamy, że już od samego początku wyróżniała się nie tylko ambicją, znajomością świata polityki, kultury, czy sportu i świetnym przygotowaniem, ale miała też „to coś”, co sprawiało że świetnie odnalazła się w zawodzie dziennikarki. – Co w niej ceniłam? Wiedzę i pewność, że zrobi wszystko tak, by było najlepiej. Pracując z nią, czułam spokój, bo mogłam jej powierzyć każde zadanie, właściwie każdy temat: od intrygujących ciekawostek, przez świat show biznesu i sportu na kwestiach związanych z praworządnością, sądownictwem czy Trybunałem Konstytucyjnym, kończąc. Była bardzo wrażliwa na krzywdę innych, biło od niej szczere zaangażowanie w sprawy społeczne. Mocno je przeżywała – wspomina dla Super Nowości Monika Kamińska.
Ale była emocjonalna. Potrafiła okazać zachwyt, ale i złość. Radość i wkurzenie. Była nieustępliwa i mocno broniła swoich racji. Konsekwentna i uparta, ale nie głucha na argumenty innych.
– Gdy uważała, że popełniła błąd, albo coś przeoczyła mówiła: „Ale ze mnie Kreweta, ależ się „skreweciłam” Oczywiście „skrewecić” się mogli też inni. Ale Kreweta była jedna – podkreśla redakcyjna koleżanka Edyty.
– Radio i ludzi z newsroomu traktowała jak rodzinę. Spotykaliśmy się – niestety w pandemii niezwykle rzadko – także poza Kopcem. Byłyśmy na wielu zjazdach integracyjnych, radiowych imprezach, czy urodzinowych zabawach. Uwielbiała tańczyć. To ona zaczynała każdą zabawę na parkiecie. Wchodziła pierwsza, schodziła ostatnia. Wielokrotnie zastanawiałam się, skąd ona ma tyle energii – wspomina nasza rozmówczyni i dodaje. – Edyty nie sposób zapomnieć. Promienna, uśmiechnięta, chętna do pomocy, piękna. Jej strata to naprawdę duża wyrwa w naszym zespole. To radio, nasz zespół po jej tragicznej śmierci nie będą już takie same – podsumowuje Monika Kamińska.

Wierna kibicka STS Sanok

Edyta kochała rodzinny Sanok i gorąco kibicowała miejscowej drużynie hokejowej STS Sanok. Poświęcała wiele pracy relacjom z meczów, które później trafiały na antenę RMF FM. – Edytę poznałem w 2012 roku, kiedy hokeiści Ciarko STS Sanok zdobywali pierwsze w historii mistrzostwo Polski. To był ogromny sukces drużyny z Podkarpacia, a Edyta uczestniczyła w relacjonowaniu wydarzeń ukochanej drużyny, nie dało się jej nie zauważyć, gdyż żółty mikrofon dużej rozgłośni był widoczny z daleka – wspomina Sebastian Królicki, właściciel portalu hokej.net.
Prywatnie Sebastian wspomina Edytę jako ciepłą, miłą i bezkonfliktową osobę. Zawodowo – sumienną i bardzo pracowitą. – Czasem wydawało się, że aż za bardzo, gdyż często siedziała praktycznie do rana, aby przygotować i wyciąć materiały, które później szły do radia. Widać było, że kochała to, co robiła. Dawała z siebie wszystko – wspomina Sebastian.
Jej zaangażowanie i profesjonalizm cenili też hokeiści, którzy zawsze chętnie udzielali Edycie wywiadów, nawet jeśli wiązało się to z pozostaniem dłużej w szatni. – Była wielką fanką sanockiej drużyny hokejowej, kiedy tylko miała wolny weekend i była w Sanoku, bywała na meczach, często także z mamą. Bez wątpienia kochała hokej – podkreśla właściciel portalu hokej.net.
Kiedy media zaczęły informować o nagłej śmierci Edyty, telefon Sebastiana nie przestawał dzwonić. – Odezwali się do mnie byli hokeiści i osoby ze sztabu szkoleniowego z okresu, kiedy STS Sanok odnosił największe sukcesy. Doskonale zapamiętali Edytę i to, jaką była dobrą osobą. Sam nie mogłem w to uwierzyć… i do teraz ciężko jest mi to zrozumieć i przyjąć do wiadomości. 37 lat to bardzo młody wiek. Postanowiłem odszukać zdjęcia z wydarzeń w których braliśmy udział, aby przypomnieć wspólnie spędzony czas jak wyjazd do Budapesztu na mistrzostwa świata, turniej w Katowicach, czy Sylwester 2016 w Sanoku. I cały czas nachodzi mnie pytanie: dlaczego? I niestety wiem, że w takich sytuacjach nigdy nie ma właściwej odpowiedzi… – mówi nam Sebastian Królicki.
W niedzielę hokeiści STS Sanok przed meczem na własnym lodzie z Comarch Cracovią Kraków uczcili pamięć Edyty minutą ciszy.

„Nikt nam jej nie zastąpi”

– Edzię poznałam w II LO w Sanoku – wspomina Barbara.
– Chodziłyśmy do równoległych klas. Ale nie można powiedzieć, że już wtedy się zaprzyjaźniłyśmy. Po prostu znałyśmy się na „cześć” – opowiada.
Ich drogi ponownie zbiegły się już po studiach. – Zacieśniłyśmy naszą relację. Edyta miała tę niezwykłą zdolność słuchania innych. Nieważne kto mówił i o czym. – Ona słuchała. Nie wtrącała się w pół zdania, skupiała się na rozmówcy. W każdej sytuacji potrafiła znaleźć jakiś pozytyw. Zazwyczaj ludzie mówią: – „Ok, pomyślę nad tym i się odezwę.” i na tym się kończy. Nie u Edzi. Potrafiła zadzwonić w środku nocy z „eureką”! – wspomina nasza rozmówczyni.
A rozmawiały o wszystkim: o pracy, życiu, hokeju i facetach. – Nie zapomnę, jak wpadła do mnie na chwilkę, bo gdzieś się spieszyła. I wyszła o 6 rano… Nigdy nie kończyły nam się tematy rozmów – wspomina Barbara.
O śmierci Edyty dowiedziała się w pracy. Kolega podesłał link do informacji zamieszczonej na stronie RMF FM z krótkim opisem: „To chyba Twoja koleżanka”. – Przyznam, że początkowo to do mnie nie dotarło. Przeczytałam informację ze strony radia z myślą, że może to jakiś okrutny żart. Po kilku minutach i odsłuchaniu najpiękniejszego pożegnania na antenie Jej ukochanej stacji, jakie Edzia mogłaby sobie tylko wyobrazić, dotarło do mnie, że dzieje się to naprawdę. Serce pękło mi na milion kawałków. Zostawiła nas zbyt wcześnie i bez pożegnania. „Tak się Edziu nie robi!” pomyślałam.
Takich ludzi już nie ma. I nikt nam Jej nie zastąpi…

Martyna Sokołowska

Leave a Reply

Your email address will not be published.