
11 dzień w trasie. Bułgaria. 50 stopni Celsjusza w cieniu. Nie ma wiatru. Przychodzi potężny kryzys. Droga przed nim jest prosta. – Staję na pedały, a rower stoi w miejscu. Zastanawiam się, czy to nie przez zaciśnięte hamulce. Sprawdzam. Wszystko w porządku. Psychicznie jestem silny. Chcę ruszać dalej, jednak mięśnie nie dają rady. Zmuszony, robię przerwę – opowiada Bartosz (25 l.) z Rzeszowa. Dzwoni do dziewczyny i mamy. „Bartek, dasz radę!” – słyszy. Na odległość dmuchają mu w plecy. Powoli rusza dalej. Do Gruzji jeszcze kawał drogi.
O tej wyprawie myślał od 3 lat. – Wybrałem się wtedy z dziewczyną rowerem nad morze. To był spontaniczny wyjazd. Pożyczyliśmy sakwy, spakowaliśmy się, ustawiłem nawigację na Gdańsk i ruszyliśmy w drogę. Bez planu. Podróż trwała 5 dni – wspomina Bartosz Motyka z Rzeszowa. Gdy wrócił, wiedział, że musi to powtórzyć. Na znacznie dłuższym dystansie.
Tak narodził się pomysł, by pojechać do Gruzji, a przy okazji pomóc rzeszowskiej Fundacji Pro Spe, która tam prężnie działa. Kiedyś działał tam jako wolontariusz. Trasa miała biec przez: Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię. Dalej przez Bułgarię i Turcję, aż do Tbilisi. Łącznie 3500 km.
– Chyba oszalałeś, jeśli chcesz się wybrać w taką podróż! Do tego sam! – znajomi nie kryli dezaprobaty, gdy dowiedzieli się o jego planach. – Starałem się nie myśleć o obawach. Nie chciałem, żeby mnie rozpraszały. Uznałem, że to będzie dla mnie i mojej duszy wyzwanie. Po 2 latach przygotowań i motywowania samego siebie stwierdziłem: jadę! I stało się – uśmiecha się.
Wyruszył 5 sierpnia. Chciał zdążyć na święcenia znajomego, więc dziennie planował przejechać ok. 100 – 120 km. Było przyjemnie… do pierwszego obiadu za Miejscem Piastowym, kiedy złapała go mocna ulewa. – Założyłem płaszcz przeciwdeszczowy, który miał chronić też ręce i nogi. W efekcie miałem wrażenie, jakbym miał na sobie spadochron. Prędkość, z jaką się poruszałem była deprymująca, ale powtarzałem sobie: „Nie poddawaj się! To dopiero pierwszy dzień!” – (śmiech).
Mocno zmoknięty dojechał na pierwszy nocleg. Potem miało być już lepiej.
W największym mieście w Europie
Dla własnego bezpieczeństwa i możliwości regeneracji Bartosz poza Gruzją wybierał hostele i pensjonaty. Rozglądał się za nimi na bieżąco. – Patrzyłem na mapę, zastanawiałem się, gdzie mogę dotrzeć następnego dnia, czy dam radę pokonać ten dystans i wtedy szukałem konkretnego noclegu. Z reguły w ten sam dzień, czasem godzinę wcześniej. W Stambule zrobiłem rezerwację 5 minut przed tym, gdy byłem już w hostelu – zaznacza podróżnik. – Wcześniej nalazłem nocleg na znanym portalu, ale wynajmujący odmówił. Był w odległości kilometra od celu. – Godzina 21, telefon do mamy: „Dziś śpię pod chmurką w największym mieście w Europie!”. Była przerażona – wspomina dziś już ze śmiechem. Na szczęście, cudem, znalazł coś innego.
– Znajomi uprzedzali: „Uważaj, w Turcji jest niebezpiecznie”, „To już praktycznie Azja”, „Tam jest inna religia”. Dla mnie ten kraj był najlepszym do podróży. Czułem się bezpiecznie, a ludzie byli niezwykle pomocni – ocenia. Podkreśla, że nie chciał przejechać przez dane państwo. Starał się rozmawiać z miejscowymi o ich kulturze, o tym, jak wygląda ich życie. A oni byli ciekawi chłopaka z brodą i w okularach, który ze sporym bagażem pedałował po ich drogach. – Zaczepiali mnie, zgadywali skąd jestem, częstowali różnymi trunkami, ale ja nie zawsze chciałem kosztować – żartuje. Praktycznie każda napotkana osoba pytała, czyją flagę, bo przecież nie Polski, ma przyczepioną do bagażnika. – Tłumaczyłem, że spełniam swoje marzenie, ale też zależy mi na tym, by nagłośnić działalność Fundacji Pro Spe, opowiedzieć, jak pomaga dzieciom chorym i niepełnosprawnym w Gruzji, a poprzez misjonarzy – na całym świecie – tłumaczy. W Tbilisi, oprócz stacjonarnych projektów, ważne jest zapewnienie edukacji oraz posiłków w przedszkolach. Na rehabilitację do ojców kamilianów przyjeżdża około setki dzieci. Fundacja zapewnia im dowóz do ośrodka i rehabilitację. W Khizabavrze powstało dodatkowo centrum rehabilitacyjno-lecznicze, które najmłodszym zapewnia edukację, ale jest też miejscem, do którego mogą przyjechać dzieci i dorośli z mniejszych wiosek na rehabilitację. Fundacji można pomóc, wspierając ją finansowo, wpłacając na środki na ogólne konto lub wybrać konkretny cel, np. lokatę przedszkolaka. Można też jako wolontariusz przyjechać do Gruzji, by pomóc np. w remoncie budynków. – Niestety, nie wszędzie żyje się tak pięknie, jak w Polsce – nie ma wątpliwości Bartek.
Tylko raz poczuł się zagrożony
Za najbardziej niebezpieczne państwo na swojej mapie uważał Gruzję. – Dostawałem nawet wiadomości: „Wielki szacunek, że odważyłeś się tam jechać, ponieważ ten kraj ma nieobliczalnych kierowców”. Faktycznie. Trzeba było mocno trzymać kierownicę, bo chwilami jechali w milimetrowej odległości ode mnie. Robią, co chcą, trąbią. Mają potężne klaksony. Nieraz tak się wystraszyłem, że myślałem, że spadnę z roweru – opowiada Bartek. – Na początku to było przerażające. Zastanawiałem się, czy jadę złą stroną lub robię coś nie tak. W końcu zobaczyłem, że kierowcy trąbią, ale zza szyb mi machają. U nas klakson to raczej sygnał złości, tam informacji: „Uwaga, nie wjeżdżaj teraz na drogę”, albo grzeczności: „Witaj, fajnie, że jedziesz!” – tłumaczy.
Tylko raz poczuł się zagrożony. – To była Rumunia. Wieczór. Zatrzymałem się w malutkiej wiosce. Dostrzegłem klub – coś na kształt kasyna. Przed nim stało wielu ludzi. W pewnym momencie zaczepił mnie mężczyzna siedzący w pickupie. Był potężny, dobrze zbudowany. Wypytywał: „Skąd jesteś? Jedziesz w pojedynkę? Co tu robisz?” – opowiada. Początkowo się przeraził. W końcu był sam. – Pojawiła się myśl: „Może on mi zrobi krzywdę albo chce mnie śledzić”. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że zagadał z ciekawości. Rozmowa skończyła się podaniem ręki. Myślę, że ci ludzie bardziej bali się mnie – obcego, niż ja ich – ocenia rzeszowianin. I szybko dodaje: – Starałem się jechać z pozytywnym nastawieniem. Gdyby było odwrotnie, pewnie bym się chował, omijał wszystko, a nie o to chodziło.
Istotą był odkrywanie świata i spotkania – również z innymi „sakwiarzami”. – To byli Francuzi, Holendrzy, nawet Algierczyk. Najbardziej zapadł mi w pamięć. Poznaliśmy się w Gruzji i spędziliśmy 4 ostatnie dni trasy. Nocowaliśmy razem pod namiotem. On – Afrykanin, muzułmanin. Ja – Europejczyk, katolik. Wychowani w zupełnie odmiennej kulturze, innej religii. To było niezwykłe doświadczenie. Poznaliśmy siebie nawzajem. Dowiedzieliśmy się, jak wygląda nasza wiara, codzienne życie w ojczystych krajach. Nie było miejsca na udawanie. Do dziś jesteśmy w kontakcie – przekonuje.
Poznawanie obcej kultury i innych ludzi – dla Bartka to właśnie jest sensem podróży. – Takie znajomości, które zostają na całe życie. Po drodze spotkałem też chłopaka z Francji, który nawet nikomu o tym nie mówi, a objeżdża na rowerze świat – zauważa i przyznaje, że rowerzyści z całego świata nadają na tych samych falach.
Jak go przywitała Gruzja?
– Najpierw natknąłem się na krowy na drogach – co tam jest normalne, potem ścigały mnie psy, a w końcu doświadczyłem niesamowitej gościnności Gruzinów. Kamilianie w Tbilisi przywitali mnie chlebem i, jak to Gruzini, lokalnym winem oraz tamtejszymi smakołykami – cieszy się Bartosz. Po krótkim, wieczornym odpoczynku zabrał się do pracy jako wolontariusz – pomagając w drobnych pracach, zakupach czy technicznej pomocy.
Wielu nadal dziwi się Bartkowi: „Przecież mógł jechać samochodem, motorem, dlaczego wybrał rower?” – Ze względu na idealne tempo. Pieszo jest za wolno, a samochodem – za szybko. Człowiek zamknie szyby, włączy klimatyzację, radio. Nie dostrzega tego, co dookoła. To tak, jakby oglądać telewizję – nie ma wątpliwości podróżnik. Sam wracał z Gruzji autem i przyznaje, że nie zobaczył praktycznie nic. – Na rowerze można poznawać świat inaczej. Jestem w stanie dużo zaobserwować, zatrzymać się, kiedy mam ochotę. Mam kontakt z ludźmi, przyrodą. Słyszę jej odgłosy, czuję zapachy. Kiedy mogę odczuwać to, co wokół pełnią siebie, wiem że żyję!






Wioletta Kruk


