
Odczuwamy ją codziennie, robiąc nawet drobne zakupy, tankując paliwo czy goszcząc w kawiarni. Jest pozornie cicha, ale za to bardzo konsekwentna. Bezlitośnie drenuje nam portfele, kieszenie i konta. To dziś pani naszych finansów. Inflacja, bo o niej mowa, stale
rośnie, a wraz nią ceny. Rządzący nas uspokajają, twierdząc, że za wzrost inflacji nie odpowiadają, ale za to mają ją pod kontrolą. Tymczasem eksperci są zupełnie innego zdania.
Wiadomo, że w każdej gospodarce rynkowej ceny się zmieniają. Jedne rosną, inne spadają i zależy to od wielu czynników, często tak banalnych jak np. sezon. Ale gdy mamy do czynienia z powszechnym wzrostem cen, zaczyna się mówić o inflacji. Nie wdając się w specjalistyczne szczegóły, inflację oblicza się, porównując ceny tych samych produktów i usług w różnych, następujących po sobie okresach. Np. miesiąc do miesiąca, albo rok do roku. Niewielka inflacja nie jest specjalnie odczuwalna dla konsumentów i nie budzi też niepokoju ekspertów. „Schody” zaczynają się, gdy inflacja systematycznie rośnie, a wraz z nią ceny.
Takiej inflacji nie było od 20 lat
Tak naprawdę całkiem sporo dorosłych Polaków nigdy nie miało do czynienia z takim poziomem inflacji, jaki mamy dziś. Oficjalnie władza informuje o 5,9 proc. inflacji. Tak naprawdę trudno powiedzieć, jaki jest w rzeczywistości wskaźnik wzrostu cen w Polsce. Dwudziestoparoletni dziś Polacy nigdy takiej sytuacji nie przeżywali. A to z tej prostej przyczyny, że inflacja od ponad 20 lat nie była na takim poziomie. Starsi Polacy natomiast pamiętają lawinowe wzrosty cen w PRL-u i na początku transformacji ustrojowej w Polsce. A także i to, że obywatele w odpowiedzi na to, kolokwialnie mówiąc, wychodzili na ulice.
Dziś Polacy też wychodzą na ulice, by protestować. Ale akurat nie z powodu rosnących cen. W każdym razie, na razie. Na razie, bo nastroje społeczne spowodowane szalejącą drożyzną są wśród Polaków coraz gorsze. – Ludzie kochani! To się w głowie nie mieści – denerwuje się w rozmowie z nami pani Krystyna, emerytka z Przemyśla.
– Chleb, mleko, masło, jajka, mięso i wędliny drożeją dosłownie z dnia na dzień! – wylicza. – Tak samo rachunki za prąd, gaz i wodę, o czynszu nie wspomnę. A lekarstwa? Szkoda gadać – irytuje się kobieta. – Ja tam się polityką nie interesuję, ale niechże ten rząd coś zrobi z tym! Za chwilę będę żyła po opłaceniu rachunków o chlebie i wodzie! Chociaż kto wie, czy mi, i na to starczy – zastanawia się.
NBP za późno podniósł stopy procentowe
Nie chcielibyśmy zmartwić takich osób, jak pani Krystyna – to znaczy liczących na to, że „rząd coś z tym zrobi”- ale mamy dla nich wiadomość i nie jest ona dobra. Otóż ten rząd zrobił właśnie wszystko, by inflacja wzrosła do obecnego poziomu i robi wszystko, by rosła dalej. We wrześniowym wywiadzie dla dziennika „Fakt” premier Mateusz Morawiecki przyznał co prawda, że martwi go poziom inflacji w Polsce i nazwał ten poziom „rzeczą naprawdę niefortunną w naszym rozwoju gospodarczym”. – Liczę na to, że zgodnie z analizami Banku Centralnego zacznie ona niedługo opadać – powiedział wówczas dziennikowi M. Morawiecki. Tu się, niestety dla nas, pan premier mocno przeliczył. „Niefortunna rzecz w naszym rozwoju gospodarczym” zamiast opaść wzrosła mimo tego, że Narodowy Bank Polski na początku października dość nieoczekiwanie podniósł stopy procentowe. Zdaniem Dominika Łazarza, ekonomisty z Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, ten ruch NBP niewiele dał, bo został wykonany po prostu za późno. – Kraje z podobną lokalną walutą jak nasza, czyli np. Węgry czy Czechy, podniosły u siebie stopy procentowe wcześniej i u nich powoli powinno to przynieść pozytywny efekt – zauważa specjalista od ekonomii. – U nas to już „musztarda po obiedzie” – stwierdza.
Rząd dodrukował mnóstwo pieniędzy
Na rosnącą drożyznę i irytację nią społeczeństwa nasza władza odpowiada, że za to… nie odpowiada. Propaganda PiS w tym zakresie oparta jest na powtarzaniu w kółko, że wszystko drożeje, bo wszędzie wzrosła cena paliwa i mamy pandemię COVID-19, a za to przecież nie można winić rządu Mateusza Morawieckiego! Dla części polskiego społeczeństwa to całkiem logiczne tłumaczenie. Problem w tym, że jest ono rodzajem manipulacji. – Wzrost cen paliwa na światowych rynkach niewątpliwie ma wpływ na cenę paliwa w Polsce, a tym samym i na ceny produktów i usług – przyznaje Dominik Łazarz. – Nie można tym jednak tłumaczyć aż takiego wzrostu cen, z jakim mamy do czynienia i aż takiej dynamiki tego wzrostu – zastrzega ekonomista. Zdaniem Łazarza, rosnąca lawinowo inflacja w Polsce ma swoje źródło nie gdzie indziej, a właśnie w działaniu obecnej władzy. – Rząd nie poradził sobie z sytuacją pandemii i wybrał najgorszą z ekonomicznego punktu widzenia drogę ratowania gospodarki. Mianowicie ogromny dodruk pieniędzy – wyjaśnia ekonomista. – Warto wspomnieć, że ok. 400 mld zł, na które w ostatnich latach obecny rząd zadłużył Polskę, w tym również poprzez dodruk pieniądza, to kwota poza budżetem, poza kontrolą parlamentu – tłumaczy. Polacy w średnim wieku i starsi pamiętają, jak władze PRL-u dodrukowywały pieniądze, co doprowadziło do gigantycznej inflacji i ogromnego wzrostu cen.
Wyższa płaca minimalna to wyższa inflacja
Wiadomo, że ta władza nigdy nie przyznaje się do błędów, więc Polacy najpewniej nie usłyszą od niej „Przepraszamy, źle zrobiliśmy dodrukowując pieniądze”, ale nie to jest najgorsze i najperfidniejsze w działaniu władzy. Rządzący przekonują bowiem Polaków, że nie tylko nie odpowiadają za rosnącą drożyznę, ale jeszcze starają się obywatelom ulżyć w tej sytuacji, za którą wg władzy – co w mniej lub bardziej zawoalowany sposób stara się społeczeństwu wmówić – odpowiada Unia Europejska. Jak niby stara się ulżyć? Ano np. podnosząc systematycznie płacę minimalną. Przekaz jest prosty: ceny rosną, ale wasze pensje też rosną, zatem nie miejcie pretensji, bądźcie wdzięczni. Na niektórych – znów – taka propaganda działa, jednak wystarczy trochę pomyśleć, żeby zorientować się, że to ordynarne kłamstwo. – Sztuczne podnoszenie płacy minimalnej przynosi efekt wręcz przeciwny, niż deklarują rządzący – wyjaśnia Dominik Łazarz. – Zwiększenie kosztów zatrudnienia, a tym owocuje zwiększenie płacy minimalnej, powoduje wzrost cen produktów i usług, i jest to dość proste przełożenie, – tłumaczy ekonomista. – Jednocześnie jest to swoisty hamulec dla rozwoju firm i ich pracowników. Dzieje się tak dlatego, że przedsiębiorcy zmuszeni do płacenia wyższej płacy minimalnej, a to może w niektórych firmach wiązać się z rezygnacją z podwyżek dla osób na wyższych stanowiskach, bo zwyczajnie nie stać ich na nie
– kontynuuje specjalista. – W efekcie w niektórych firmach płace osób na wyższych stanowiskach zaczynają się zbliżać do płacy minimalnej – dodaje.
Rozdawnictwo rządu zwiększa inflację
– Nie narzekajcie na ten rząd, bo on przynajmniej coś ludziom daje – napisała do nas pewna internautka. – Mamy teraz 500+, różne inne dodatki dla samotnych matek i biednych ludzi. Za poprzednich rządów tego nie było! Teraz człowiek może godnie żyć i nie musi harować za grosze, albo głodować z dziećmi
– stwierdziła. Ta postawa nieobca jest całkiem sporej grupie Polaków, którzy naprawdę mają przekonanie, że rządzący cokolwiek im „dają”. Tymczasem żaden rząd nigdy nic nikomu nie daje, bo nie ma swoich pieniędzy – co już dość dawno tłumaczyła była premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Rządy tylko dysponują pieniędzmi podatników i ich zadaniem jest dysponowanie nimi mądrze, także w zakresie minimalizowania inflacji. A czy nasz aktualny rząd dysponuje naszymi pieniędzmi tak, żeby ją minimalizować? – Niestety nie – przyznaje Dominik Łazarz. – Polityka socjalna władzy jest wręcz mordercza dla naszej gospodarki. A przy tym nie spełniła oczekiwań w kwestii demografii. Dzietność u nas nie wzrosła, ale zmalała. Za to niestety wzrosła liczba ludzi, którym kolokwialnie mówiąc, nie opłaca się pracować – zauważa ekonomista.
– Zaczyna brakować w Polsce rąk do pracy. Może nie jest to jeszcze tak bardzo widoczne u nas na Podkarpaciu, ale jest to ogólnopolski trend, który o ile polityka socjalna państwa zostanie utrzymana, będzie się nasilał – ostrzega specjalista. – W efekcie nie ma kto zarabiać na kolejne benefity, które rząd oferuje Polakom jako po prostu „kiełbasę wyborczą”. Oczywiście ta grupa społeczeństwa, która jest odbiorcą tych benefitów także dostrzega wzrost cen, ale nie wiąże go z rozdawnictwem, jakie stosuje rząd. Ta grupa oczekuje, że skoro ceny rosną, to benefity będą wyższe i tyle – wyjaśnia Łazarz. Aż strach pomyśleć co będzie, gdy władza przerażona tym, że beneficjenci „socjali” nie zechcą jej ponownie wybrać, zechce uczynić zadość ich oczekiwaniom i „da” wyższe benefity. Niewykluczone, że tak będzie i pieniądze na to zostaną zwyczajnie znów dodrukowane i inflacja znowu wzrośnie.
Nie zanosi się na poprawę
Obecnie oficjalnie jest na poziomie prawie 6 proc. Oficjalnie, bo z racji tego, że nie możemy mieć zaufania do obecnej władzy, trudno tak naprawdę powiedzieć czy i na ile zmanipulowano ten wskaźnik. Główny Urząd Statystyczny może bowiem dokonywać zmian w „koszyku inflacyjnym”, czyli brać w swoich statystykach pod uwagę różne produkty i usługi w różnych okresach. Nie da się tu jednak pominąć cen podstawowej żywności czy energii.
Choć władza i NBP tłumaczą, że inflacja od nich nie zależy, ale mają ją pod kontrolą i nie ma się czym martwić, eksperci są innego zdania. Jak podaje portal Money.pl, ekonomiści Banku Pekao zauważają, że wzrost cen dóbr i usług konsumpcyjnych „ma coraz szerzej zakrojony charakter”, a to nie są dobre wieści. Może się okazać, że spadek cen paliw na świecie, czy unormowanie cen energii wcale nie oznaczałoby automatycznego powrotu inflacji w ramy akceptowane przez NBP, a te, to inflacja na poziomie 1,5 – 3,5 proc.
Wszyscy będziemy „milionerami”
Tylko tak dalej, a wszyscy będziemy „milionerami”, jak przed 1 stycznia 1995 roku. Będziemy mieć w portfelach mnóstwo banknotów o wysokich nominałach, za które będziemy mogli sobie kupić np. zapałki.
Monika Kamińska



15 Responses to "Ceny rosną i…nadal będą rosły. Inflacja najwyższa od 20 lat"