Były uczone agresji, czy nie?

Fot. Archiwum

Trwa proces Mariusza S., 50-letniego przemyślanina, którego pies lub psy we wrześniu zeszłego roku zaatakowały i pogryzły na śmierć 12- letniego Kamila. Mężczyźnie za nieumyślne spowodowanie śmierci chłopca oraz bezpośrednie narażenie jego i 11-letniego Szymona, syna partnerki S., zdrowia i życia grozi do 5 lat pozbawienia wolności. Zeznania kolejnych świadków rzucają coraz szersze światło na całą sprawę. Oskarżony nie przyznaje się do winy.

Do tragedii doszło nieco ponad rok temu w niewielkim mieszkaniu w bloku na przemyskim Zasaniu. Tu na niewiele ponad 30 metrach kwadratowych mieszkał Mariusz S wraz ze swoją partnerką, jej 11-letnim synem oraz ich wspólnym malutkim dzieckiem. Poza ludźmi, żyły tu też dwa psy – 5-letnia Kataleja i 13–miesięczny Jocker. Oba są rasy american pitbull terier, uznawanej za groźną. Na posiadanie takich psów trzeba mieć pozwolenie. Mariusz S. nigdy go jednak nie miał. W śledztwie i przed sądem twierdził, że nie miał pojęcia o takim wymogu. Utrzymywał też, że nie miał świadomości, iż jego psy mogą być dla kogoś niebezpieczne.
28 września 2020 roku syn partnerki Mariusza S., 11-letni Szymon, wyszedł ze szkoły. Wracając do domu spotkał o rok starszego kolegę, Kamila. Chłopcy znali się jeszcze z czasów, gdy rodzina Kamila mieszkała niedaleko rodziny Szymona, uczęszczali też do tej samej podstawówki. Jak wynika z zeznań Szymka, Kamilowi miało zachcieć się po drodze pić i 11- latek zaprosił go do siebie, by mógł napić się wody. Na wniosek obrony zeznania Szymona i jego matki zostały wyłączone z jawności procesu. O tym, co zeznawali można wnioskować jedynie po pytaniach sądu, prokuratora, obrony i oskarżyciela posiłkowego.

Nie wiadomo, co było przyczyną ataku

Chłopcy poszli do mieszkania S., gdzie nie było nikogo. Były za to dwa wspomniane psy. Nie wiadomo, dlaczego jeden z nich, lub oba zaatakowały Kamila. Tu rozbieżność wynika z zeznań świadków. Mały Szymek miał zeznać, że jego kolegę zaatakował tylko samiec pitbulla – Jocker. Tymczasem sąsiadka, która usłyszawszy krzyki Szymka weszła do mieszkania S. zeznała, że Kamila szarpały i gryzły na pewno dwa psy, a Szymon usiłował osłonić go swoim ciałem. Również ratownicy medyczni, którzy udzielali Kamilowi pierwszej pomocy, mówili przed sądem, że obrażenia chłopiec miał po obu stronach ciała. Jak wielkie i drastyczne były, może zobrazować fakt, że jeden z ratowników, mający długi staż pracy w swoim zawodzie, zeznając przed sądem po ponad roku od tragedii, nie mógł powstrzymać łez i szlochał.
Nie tylko to, czy Kamila pogryzł jeden czy dwa psy jest na razie niewyjaśnione. Rozbieżności pojawiły się także w zeznaniach sąsiadek S. Jedne twierdziły, że psy były bardzo łagodne i gdy odwiedzały mieszkanie oskarżonego łasiły się i oczekiwały pieszczot, inne, że bały się psów i mijając je na klatce schodowej zawsze starały się zachować dystans od nich. Miał o to zresztą dbać sam S., albo 11- letni Szymek, który, jak wynika z zeznań sąsiadek, miał nierzadko wyprowadzać pitbulle na spacery. Jedna z sąsiadek S. opowiedziała przed sądem o sytuacji, która spotkała jej córkę. Jeden z psów S. miał uciec z mieszkania i po klatce schodowej gonić córkę zeznającej i jej kolegę. Dziewczynie udało się uciec na zewnątrz, chłopak zdołał wskoczyć na parapet okna znajdującego się na klatce. Pies miał usiłować do niego doskoczyć, na szczęście bezskutecznie. Kobieta dowiedziała się o tym wszystkim, gdy towarzyszyła nieletniej córce podczas jej zeznań na potrzeby śledztwa po tragedii z Kamilem. Wcześniej dziewczynka o tym matce nie mówiła. Znamienny był fakt, że prowadzący rozprawy sędzia Tomasz Kuźma w zasadzie wszystkie sąsiadki Mariusza S. pytał pod koniec ich zeznań, czy czują się zagrożone. Wszystkie zaprzeczyły. Nie można wykluczyć, że zainteresowanie sądu tą kwestią związane jest z faktem, iż oskarżony był już w przeszłości karany i to nieraz. Po tym, jak jego pies lub psy pogryzły Kamila, Mariusz S. został tymczasowo aresztowany, ale wkrótce zwolniono go z aresztu ze względu na stan zdrowia.

Jak traktowane były pitbulle?

Sąd pytał też świadków, czy spotykając psy na klatce schodowej, czy też widząc je podczas spacerów widzieli cokolwiek, co wskazywałoby na to, że zwierzęta były źle traktowane, bite, albo czy miały jakieś ślady wskazujące na to, że między nimi a innymi psami doszło do jakiejś walki. Wszyscy świadkowie zaprzeczali, by cokolwiek takiego widzieli. Jednak same pytania sądu w tym zakresie są zastanawiające. – Ja kiedyś słyszałem, że S. te swoje psy szkolił do nielegalnych walk psów
– zwierzył się nam pewien przemyślanin. – Ale czy to prawda, czy tylko głupia plotka, to nie wiem – przyznał. – S. jest znany „na mieście”, jedni go lubią, inni nie, a po tym wszystkim ludzie też gadają różne rzeczy – zdradził.
Sam Mariusz S., zeznając przed sądem na początku procesu przyznał, że stosował wobec swoich psów osobliwe kary. Mianowicie, o ile zwierzęta zachowały się jego zdaniem źle, zahaczał ich szelki o haki wbite we framugi drzwi. Ukarany tak pies pozostawał na krótkiej smyczy około 2 godzin. Zaprzeczał jednak, by jego psy kiedykolwiek bywały agresywne wobec innych zwierząt, czy też ludzi. Tymczasem w toku procesu „wypłynął” fakt, że jeden z jego psów miał pogryźć jego partnerkę. Na szczęście niezbyt dotkliwie.

Bezstronny świadek rzuca światło na sprawę

Nowe światło na sprawę rzuciły zeznania całkowicie postronnego świadka. Zeznający przyznał, że nie zna oskarżonego, a jedynie wie, kto to jest. – Widywałem go podczas spacerów z psem – wyjaśnił świadek. – On spacerował ze swoim, ja ze swoim – doprecyzował. Świadek – były zawodowy żołnierz – jest właścicielem kilkuletniej suki rasy owczarek niemiecki. Zwierzę jest przyjazne wobec ludzi, nie wykazuje też agresji wobec innych psów. – Mimo to zawsze jest wyprowadzana na smyczy i unikam sytuacji bezpośredniego kontaktu mej suki z innymi psami – opowiadał nam mężczyzna już poza salą sadową. Były żołnierz uczestniczy intensywnie w szkoleniach dla psów i ich właścicieli i właśnie wiedza zdobyta na tych szkoleniach sprawiła, że zaniepokoiło go zachowanie oskarżonego zaobserwowane podczas przypadkowych spotkań na spacerach z psami. Zdaniem świadka, Mariusz S. celowo wywoływał u swojego psa agresję wobec jego suki. – Gdy nas widział z daleka, już ściągał psa na krótką smycz – wyjaśniał przed sądem mężczyzna. – Pies się przez to „sadził” – stwierdził. Poproszony o wyjaśnienie tego pojęcia świadek tłumaczył: – Kiedy pies patrzy na jakiś obiekt, np. na człowieka, albo innego psa i zadaje mu się wówczas ból, np. podduszając obrożą, to pies ten ból kojarzy z obserwowanym obiektem – mówił świadek. Z zeznań mężczyzny wynikało, że doszło do tego, iż widząc z daleka S. z jego psem, on ze swoją suką oddalał się na drugą stronę ulicy, albo w przeciwnym kierunku. – Obawiałem się, że oskarżony będzie chciał naszczuć swego psa na moją sukę – przyznał mężczyzna. – Widać było, że celowo wzbudza w psie agresję i że doskonale wie, co robi
– stwierdził w rozmowie z nami mężczyzna.
– Robił dokładnie to, o czym na szkoleniach uczą, żeby tego nie robić pod żadnym pozorem – wyjaśnił. Podczas zeznań tego świadka oskarżony kilkukrotnie zaprzeczał temu co świadek mówił. Sędzia pouczył go, by nie przerywał, a jeśli chce się odnieść do zeznań, może złożyć wyjaśnienia uzupełniające po zakończeniu przesłuchania świadka. Oskarżony S. porozumiał się ze swoim obrońcą, który zadał świadkowi pytanie, dlaczego ten już nie służy w wojsku, wyjaśniając jednocześnie sądowi, że właśnie otrzymał od swego klienta niezwykle interesujące informacje dotyczące świadka. Zeznający eksżołnierz nie dał się zbić z pantałyku. – Nie wiem, co to ma do rzeczy, ale odpowiem na pytanie pana mecenasa – zadeklarował. – Z wojska odszedłem, bo skończył mi się kontrakt – wyjaśnił. Po wyjściu świadka z sali rozpraw S. złożył uzupełniające wyjaśnienia. Twierdził, że to nie on szczuł swego psa na sukę świadka, ale odwrotnie. Utrzymywał też, że prosił mężczyznę, by ten nie przechodził blisko niego i jego psa z owczarkiem niemieckim, bo pies tej rasy pogryzł jego psa, gdy ten miał 3 miesiące. – Powiedziałem mu to, ale on się tylko śmiał i mówił, że jego suka jest szkolona i nic się nie stanie – mówił przed sądem oskarżony. – To ja unikałem jego i jego suki na spacerach – przekonywał sąd S. – Bzdura! – skwitował to już poza salą rozpraw były żołnierz. – Nie wiem, po co takie głupie wymysły. Moja suka jest bardzo łagodna i dbam o to, by ona nie stała się przedmiotem agresji jakiegoś psa – podkreślił świadek. – Nie przyszłoby mi do głowy szczuć jej na jakiekolwiek zwierzę czy człowieka – zapewnia.
Na najbliższej rozprawie (22 października) zeznawać mają kolejni świadkowie. Być może także biegli behawioryści, którzy przeprowadzali badania nad psami Mariusza S., które po tragedii trafiły do Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w podprzemyskich Orzechowcach. Ich zeznania mogą być kluczowe, bo specjaliści potrafią ocenić nie tylko charakter psa, ale także wywnioskować, w jaki sposób był traktowany.
We wszystkich rozprawach uczestniczy pani Elżbieta, matka śp. Kamila. Pomimo że jest to dla niej bardzo trudne, chce wysłuchać zeznań wszystkich świadków. Mówi: – Jestem to winna synowi.

 

Monika Kamińska

2 Responses to "Były uczone agresji, czy nie?"

Leave a Reply

Your email address will not be published.