
Do domu samotnie mieszkającej 74-letniej Heleny S. włamał się złodziej, który skradł jej przechowywaną w… spiżarce (w słoju po ogórkach!) biżuterię, dwie złote monety, zegarek jej nieżyjącego już męża wykonany z tego samego kruszcu oraz parę innych jeszcze wartościowych i pamiątkowych przedmiotów. W tym czasie Helena S. była, jak zwykle, na wieczornym nabożeństwie w pobliskim kościele.
Z tego powodu policjanci zakładali, że sprawcą kradzieży z włamaniem musiał być ktoś, kto znał zwyczaje starszej pani i wiedział, kiedy wychodzi z domu. Podejrzenie padło na 62-letniego Bogdana L., kuzyna poszkodowanej, notorycznego przestępcę, wielokrotnie już karanego.
Funkcjonariusze odwiedzili zatem trefnego krewnego, zrewidowali mu mieszkanie i… niczego nie znaleźli. W tej sytuacji postanowili sprawdzić jeszcze lombardy oraz znanych im paserów, ale to także nie przyniosło pożądanego rezultatu.
Wydawało się zatem, że sprawcą włamania jest ktoś inny i odzyskanie skradzionego mienia może okazać się trudne, a nawet niemożliwe. Tylko jakiś zbieg okoliczności mógł sprawić, że złodziej zostanie namierzony, choć już zapewne bez łupu. I właśnie taki nadzwyczajny splot wydarzeń odnotowano tym razem głównie dzięki 47-letniemu Stanisławowi G., który jako zapalony grzybiarz wybrał się do lasu w jeden z jesiennych weekendów.
Idzie sobie borem, lasem, zaglądając pod pnie czasem i nagle pod jednym z takich pni, obficie obrośniętym mchem i otulonym ściółką, widzi coś wystającego spod ziemi. Z daleka mogło to nawet wyglądać jak grzyb, ale z bliska okazało się fragmentem jakiegoś zawiniątka. Stanisław wygrzebał znalezisko z ziemi i był to plastikowy worek. Zajrzał do środka i oniemiał. Wewnątrz błysnęła mu biżuteria, złote monety, zegarek i inne przedmioty, warte niemal tyle, co dorodna trufla, czyli dużo.
Stanisław G. powiadomił policję, a ta już wiedziała, że są to rzeczy skradzione Helenie S. i postanowiła zastawić pułapkę. Cenne precjoza wróciły do szczęśliwej właścicielki, zaś do woreczka włożono kamyki i ukryto go w tym samym miejscu, a obok zamontowano kamerę i śledzono, kto przyjdzie po zawiniątko. W kilka dni potem na ekranie monitora pojawił się… Bogdan L., idący z koszykiem niby to na grzyby.
Jako doświadczony recydywista ukrył bowiem łup w lesie, by przeczekać, aż sprawa nieco przycichnie. Gdy znalazł się obok pnia, to wykopał z ziemi torbę, wrzucił ją do koszyka i nie zaglądając nawet do środka zaczął się pośpiesznie oddalać.
Daleko się jednak nie oddalił, bo z oddali policjanci nadjechali i Bogdana zatrzymali.
JAN M.



11 Responses to "Grzybobranie na ekranie"