Trollowanie po przemysku

Fot. Archiwum

Piszą posty, publikują informacje, hejtują i podgrzewają atmosferę w wywołanych przez siebie dyskusjach. Nie wahają się napisać czegokolwiek o kimkolwiek, bo czują się zupełnie bezkarni, a to dlatego, że osoby, które wykreowali w sieci, tak naprawdę przecież… nie istnieją. Mowa tu o trollach internetowych, czyli ludziach, którzy potrafią nieźle żyć z hejtowania innych samemu i „nakręcania” hejtowania innych. Ich ofiarą może być teoretycznie każdy. Największe jednak na to „szanse” mają ci, którzy nie są przychylni władzy. Zatrudnienie trolla wymaga bowiem pieniędzy…

Niedawno w „Newsweeku” ukazał się bardzo interesujący tekst dziennikarki, która zatrudniła się w pewnej firmie, która tak naprawdę jest tzw. farmą trolli. Co to znaczy? To znaczy, że istnieją firmy zajmujące się oficjalnie promocją, PR-em i temu podobnymi usługami, które zatrudniają ludzi mających w sieci tworzyć fikcyjne byty. Te fikcyjne byty natomiast mają za zadanie wywoływać reakcje prawdziwych ludzi, wzbudzać w nich emocje…
Mają też nierzadko jeszcze jedno kluczowe zadanie: hejtować tych, których niszczenie zleci zleceniodawca. Jak opisała w „Newsweeku” dziennikarka Katarzyna Pruszkiewicz, kariera trolla nie jest wcale łatwa. Pruszkiewicz odpowiedziała na ogłoszenie o pracy w jednej z ogólnopolskich firm zatrudniającej osoby niepełnosprawne, co pozwala jej na proponowanie swoim klientom ulg podatkowych w postaci odpisów na Państwowy Fundusz Osób Niepełnosprawnych. Brzmi niewinnie, prawda? Owszem, a poza tym, o firmie niewiele wiadomo. Wkrótce z dziennikarką kontaktuje się mailowo pracownica firmy. Okazało się, że aplikacja K. Pruszkiewicz została zaakceptowana.

Jak się rodzi troll

Kobieta dostaje instrukcje: ma stworzyć fejkowe konta na Twitterze i Facebooku, które mają wyglądać na konta realnej osoby. Jak się to robi? Otóż, będąc w miarę sprytnym, dość łatwo! Trzeba tylko, używając fejkowego konta, dołączyć do kilku grup, a następnie wysłać zaproszenia do innych jej członków. Zwykle przynajmniej kilka na kilkadziesiąt osób takie zaproszenia do grona znajomych akceptuje. Mając, powiedzmy setkę znajomych tak zdobytych, można uzbierać ich kolejnych kilka setek, wysyłając zaproszenia do znajomych znajomych. Wielu z nas, otrzymując zaproszenie od kogoś kogo sobie nie przypominamy akceptuje je, widząc, że mamy z tą osobą wspólnych znajomych. Do tego trzeba opublikować regularnie coś „od siebie”, na przykład zdjęcie swej nowej kanapy, czy świeżego manicure. Cały czas chodzi o to, by uwiarygodnić fejkowe konto na tyle, by nikt nie domyślał się, że należy do kogoś, kto …nie istnieje.

Troll to ktoś aspołeczny

A potem już można udając realną osobę siać w sieci prawdziwy zamęt. Dziennikarka „Newsweeka” drobiazgowo opisała, jak w swej karierze trolla pięła się coraz wyżej i otrzymywała kolejne wytyczne i zadania. Oczywiście nie miała i nadal nie ma pojęcia dla kogo tak naprawdę pracowała tworząc posty, publikując treści, uczestnicząc w dyskusjach. Firmy – farmy trolli są bowiem „do bólu” dyskretne i chronią interesy swoich klientów zlecających im tę „pracę”. Ktoś mógłby powiedzieć: „Po cóż tu cudzysłów? Praca jak praca. Każdy chce zarobić”. Otóż okazuje się, że to jednak zajęcie dla specyficznych osób. Mowa tu oczywiście o prawdziwych trollach, a nie o osobach, które jedynie infiltrowały ich środowisko jak dziennikarka „Newsweeka”. – Ktoś, kto podejmuje się takiego zajęcia, musi mieć określoną osobowość – zauważa dr Marcin Florkowski, psycholog, terapeuta i wykładowca akademicki. – Taka osoba przede wszystkim musi odrzucać normy społeczne, jako sobie obce. Czasem wręcz nienawidzi tych norm i dlatego podejmuje się zajęcia całkowicie z nim sprzecznego – wyjaśnia specjalista.
– Do tego poczucie anonimowości w Internecie daje takiej osobie przekonanie o bezkarności za swoje poczynania – podkreśla. – Są to zwyczajnie osoby czerpiące radość z tego, że kogoś krzywdzą, albo też obojętne wobec faktu, że kogoś krzywdzą – dodaje.
Jak skrzywdzić może hejt, mieliśmy, niestety, okazję się przekonać, gdy zabity został śp. Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, który wcześniej był celem zmasowanego ataku, także hejterskiego. Czy troll nie zdaje sobie sprawy, że jego działania mogą doprowadzić do tragedii? – Niektórzy z nas mają tendencję do umniejszania swej winy – tłumaczy dr Florkowski. – Taki hejter sam siebie okłamuje, że przecież nie robi nic takiego, ot, pisze coś tam w sieci. A gdyby on nie pisał tego na zlecenie, robiłby to kto inny. Okłamywanie siebie dotyczy też skutków takiego działania. Troll myśli: „to nic takiego, tylko słowa, nie mogą realnie skrzywdzić”. Jednak nawet okłamując samych siebie w głębi duszy, w podświadomości, wiemy, że się okłamujemy. Tak więc, owszem, troll czy hejter zdają sobie sprawę z możliwych tragicznych skutków swego działania – rozwiewa wątpliwości psycholog.

Zasada nr 1: „nie karm trolla”

Trolle i hejterzy są w sieci wszędzie. Nie sposób się przed nimi obronić… – Nieprawda – pociesza dr Florkowski. – Skuteczną obronę przed nimi już dawno odkryto – uśmiecha się. – Nazywa się „nie karm trolla” i jest to bardzo proste: należy trolle i hejterów ignorować. Wszelka reakcja na ich działanie nie pomaga temu, kto jest celem ich ataków i coraz bardziej nakręca spiralę tego działania – ostrzega psycholog. – O jaki mechanizm chodzi, pokazuje bardzo jaskrawo przykład zupełnie z trollowaniem czy hejtowaniem niezwiązany. Chodzi o słynne zdjęcie domu Barbry Streisand – zdradza specjalista. – Otóż swego czasu w USA badano stopień zniszczenia klifów i w tym celu za pomocą dronów wykonywano setki zdjęć tym klifom. Te zdjęcia później opublikowano. No i okazało się, że na jednym z takich zdjęć jest dom Barbry Streisand, która zaprotestowała przeciw publikacji zdjęcia podkreślając, że sobie tego nie życzy. Efekt był taki, że po proteście piosenkarki zdjęcie, na którym był jej dom, obejrzało mnóstwo osób, podczas gdy wcześniej nie było nim żadnego zainteresowania – zauważa psycholog. – Tak na ludzi działa tego rodzaju sprzeciw – dodaje. No dobrze, ale czasem trolle i hejterzy piszą w sieci tak okropne i obraźliwe treści, że trudno nie zareagować. – Zdaję sobie sprawę, że trudno się w takich sytuacjach powstrzymać od reakcji – przyznaje dr Florkowski. – Badania pokazują, że jednym z najsilniej działających na nas stresów jest ten związany z niechęcią innych do nas – zauważa. – Jednak pamiętajmy, że reakcja nie tylko przynosi trollowi czy hejterowi popularność, ale też go uwiarygadnia. Gdy reagujemy na jego działania, otoczenie odbiera to w ten sposób: „skoro zaprzecza, to coś musi być na rzeczy” – wyjaśnia psycholog.

Potrafią szkodzić nie tylko ludziom

Co znaczy być celem trolli i hejterów najlepiej wie prezydent Przemyśla, Wojciech Bakun, a to dlatego, że i Przemyśl ma swoją małą farmę trolli w postaci wielokrotnie opisywanego przez nas fanpage’a. – Farma to raczej za dużo powiedziane – uśmiecha się włodarz miasta. – No, powiedzmy, że to faremka trollików – precyzuje. – Wszyscy wiedzą kto za nią stoi i po co powstała. Zostało to zresztą dokładnie opisane w Super Nowościach. Rzekome stowarzyszenie i ten fanpage powstały zaraz po wyborach samorządowych w 2018 roku, by hejtować i szkalować nowe władze miasta – mówi wprost W. Bakun. – Czasem wypisywane są tam już takie oszczerstwa, że trudno powstrzymać się od jakiejś reakcji – przyznaje. – Najgorsze jest jednak to, że to rzekome stowarzyszenie razem ze swoim fanpage’m działa na szkodę Przemyśla i przemyślan – zauważa. – Przedstawianie nieprawdziwych lub naciąganych faktów dotyczących miasta godzi w jego wizerunek. Tymczasem te trolle powołują się na rzekomą troskę o Przemyśl, co jest kompletną bzdurą – podkreśla włodarz Przemyśla.

Mamy w sobie naturalny sprzeciw wobec tego, co złe

Specjalista nam mówi: „nie karm trolla” i ma rację, ale nam i tak zdarza się reagować na trollowanie i hejt w sieci. Dlaczego? – Po pierwsze dlatego, że choć to irracjonalne czasem, nie potrafimy przejść obojętnie obok niechęci do nas czy też próby ataku na nas. Nawet gdy zdajemy sobie sprawę, że taki „atak” nie może nam uczynić żadnej krzywdy, chcemy go odeprzeć. Do tego zastanawiamy się nad powodami niechęci do nas i nad tym, co ktoś o nas sądzi – wyjaśnia dr Florkowski. Ano dobrze, ale skąd nasza reakcja, gdy trolling czy hejt nas samych nie dotyczą. – Mamy w sobie naturalny sprzeciw wobec tego, co złe – tłumaczy psycholog. – Kiedyś więc ktoś czyni źle, chcemy go powstrzymać lub przekonać, by tego nie robił i stąd nasze reakcje w takich sytuacjach – wyjaśnia.
Trolle pojawiły się wraz z powszechnym dostępem do Internetu i raczej już się ich nie pozbędziemy. Trolle, to jak już wiemy specyficzne osoby, którym najczęściej źle jest z samymi sobą. Choć niby takim ludziom trzeba współczuć, trudno to współczucie dla takich osób z siebie wykrzesać. Jedyny sposób na trolla to go „zagłodzić”, czyli nie dać się wciągnąć w dyskusję z nim. Niełatwe? Ano niełatwe, ale popracować nad tym warto, bo wtedy trolle nie będą mogły „pracować” grając nam na emocjach, czy jak wolimy – nerwach.

Monika Kamińska

13 Responses to "Trollowanie po przemysku"

Leave a Reply

Your email address will not be published.