Nasza Pani Zosia już nas nie zawoła…

„Cześć, dzieciarnia!”- słychać było już od drzwi windy. „Stawiam wodę na kawę!” – tak rozpoczynała każdy dzień w redakcji. Jej charakterystyczny głos towarzyszył nam aż do wieczora. Nie potrzebowała telefonu. Nawet z końca 60-metrowego korytarza słychać ją było, jakby stała tuż obok. W Super Nowościach zmieniali się naczelni, dziennikarze i graficy. Pani Zosia Piwowar była zawsze.

– Natentychmiast do mnie!!! – kto, choć raz nie usłyszał tego „zaproszenia” od Szefowej Korekty, z pewnością nie pracował w Super Nowościach. Jej niepowtarzalny głos od 25 lat rozbrzmiewał w redakcji. I choć na pozór wydawał się groźny, przy jej biurku przechodził w łagodne tony. Dziennikarzy ze stażem zawsze bawiło, gdy nowi pracownicy po raz pierwszy byli wzywani do korekty. Biegli do Pani Zosi wystraszeni i niepewni, co ich czeka. Wracali z uśmiechem. Najpierw ganiła za błąd. Później wyjaśniała, jak być powinno. Na koniec dodawała ciepło: „No dobrze, kochanie. Żeby mi to było ostatni raz!”. Bo choć wydawała się szorstka, naprawdę była bardzo wrażliwa i troskliwa. „Gdzie czapka?”, „Czemu z gołymi kostkami chodzisz?”, „Popraw sweter, bo cię zawieje” – upominała. Nic jej nie umknęło. Od razu dostrzegła, gdy ktoś był zmęczony, strapiony, miał problem. Można było porozmawiać z nią o wszystkim, pożalić się, poradzić. Zwyczajnie poplotkować, a nawet zdobyć przepis na domowe ciasto.
Uwielbiał ją każdy – od dziennikarzy, przez wydawców, po właścicieli gazety. Nie znamy naczelnego, który nie czułby przed nią respektu. Bo też nie była tylko korektorką. Pani Zosia angażowała się w codzienne redakcyjne sprawy. Łagodziła konflikty, próbowała tłumaczyć potknięcia, wstawiała się za zespołem.
Wszyscy kojarzą ją też ze słodyczami, którymi obdarowywała nas w mikołajki, Dzień Dziecka, tłusty czwartek, ale i bez okazji. Traktowała prawie jak rodzinę. Nigdy nie zwracała się służbowo. Zawsze: Tomeczku, Marcinku, czy Łukaszku. Alicja stawała się Galusią, Anetka – Żanetką lub Anusią. Na porządku dziennym były określenia: kotku, kochanie, dziecino.
Choć trudno uwierzyć, z ust szefowej korekty padało także żartobliwe „Ty tłuku!” albo „Szczylu jeden!”. Czasem nawet… „A ty małpo granatowa!” i „Jak bym gada udusiła 20 lat temu, to już bym z więzienia wyszła” – zarezerwowane dla tych, którzy się z nią droczyli. Nikt się nie obrażał. Wszyscy uwielbiali jej poczucie humoru.

Nie tylko od przecinków

Kochała swoją pracę. Zawsze punktualna, obowiązkowa. I choć ostatnio przyznawała się do zmęczenia, nigdy nie mówiła, że ma dosyć. A przecież pracowała nie tylko u nas. Była legendą wydawniczego świata.
Bardzo szybko czytała. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wychwycić błąd. – Po wielu latach widzi się już po długości słowa, czy ono jest dobre, czy w nim czegoś brakuje, czy ma właściwą końcówkę. To praca rzemieślnika – tłumaczyła.
Nie lubiła zapożyczeń. Była zwolenniczką polszczyzny. Panie z korekty wciąż w głowie mają jej uwagi: „Czytaj szybciej”, „Weryfikuj daty”, „Dwa razy sprawdzaj tytuły i nadtytuły, a na stronach sportowych najważniejszy jest wynik”.
Nie była tylko od przecinków. Jej wszechstronna wiedza codziennie nas zadziwiała. Znała nazwy wszystkich urzędów, nazwiska prezydentów i burmistrzów, a już na pewno rzeczników najróżniejszych instytucji w całym województwie. Nadążała za zmianami nawet lepiej niż dziennikarze.
Potrafiła „wyhaczyć” literówkę nawet w egzotycznej nazwie kraju, a mundurowi zawsze mieli u niej odpowiedni stopień. Świetnie odnajdywała się nawet w sporcie. Orientowała się w liczbie zawodników danej dyscypliny, składach drużyn czy ich nazwach, które ze względu na sponsorów się zmieniały. Nikt nie chciał być w skórze tego, który pomylił się w wyniku.

Za każdy błąd życzyła sobie od sportowców a to „Kilo cukru!”, a to „Worek ziemniaków”. Jeszcze niedawno żartowała, że już jej miejsca w piwnicy nie starczy.
Nieraz ratowała nam skórę. Dzięki niej podopieczni nie byli „podpieczeni”, Podkarpacie nie poszło jako „Podkarapcie”, sporty żużlowe nie były „żulowe”, a niejeden prezydent pozostał ze swoim właściwym imieniem. Jej interwencja ocaliła też „od śmierci” trenera skoczków do wody, który, zdaniem autora, pojechałby na olimpiadę, ale… umarł. Pani Zosia miała lepsze informacje. Bohater był cały i zdrowy. Gdy już opadały jej ręce i naprawdę nie rozumiała tekstu padało słynne: „Co autor miał na myśli?!”. Mieliśmy szczęście, że to ona czytała nasze teksty. Była jak anioł stróż, z którym czuliśmy się bezpiecznie. A jej pochwała miała dla nas najwyższą wartość.

Coraz bliżej do świętości…

Uwielbiała porządek. Nie znosiła bezczynnie siedzieć. Rozwiązywała krzyżówki. Pochłaniała książki. Potrafiła czytać do 3 nad ranem, mimo że całe dnie spędzała na poprawianiu tekstów innych. Lubiła telewizję. Z rozrzewnieniem wspominała przeszłość. Pięknie śpiewała piosenki z lat 50. i 60. Szanowała tradycję. To ona pamiętała, by podzielić się opłatkiem – nawet w ferworze przedświątecznego wydania. Na Wszystkich Świętych w pokoju korekty płonęła świeca. – Żeby duszyczki nie błądziły, zapalę im światełko – zaznaczała Pani Zosia. Wiemy, że kochała kwiaty. Jeszcze niedawno cieszyła się, że posadziła hiacynty. Wiosną miały zakwitnąć na żółto.
W ostatnim czasie mówiła o przemijaniu, odchodzeniu. Kiedy przybywało wyniesionych na ołtarze, mawiała: „Coraz bliżej nam do tej świętości…”.
Po raz ostatni, mimo choroby, pojawiła się w redakcji Super Nowości 1 listopada po to, by „jej dziewczyny”, jak nazywała koleżanki z korekty, mogły odwiedzić groby bliskich. Pożegnała się jak zwykle: „Trzymajcie się”.
Odeszła zaledwie tydzień później. Niespodziewanie. Wciąż nie możemy w to uwierzyć. Na krześle Pani Zosi nadal wisi jej kolorowy sweter, na biurku stoi ulubiony kubek. Tylko na redakcyjnym korytarzu zrobiło się dziwnie cicho…
_______________________
Na zawsze pożegnamy Ją
w Jej urodziny.

3 Responses to "Nasza Pani Zosia już nas nie zawoła…"

Leave a Reply

Your email address will not be published.