Już jest bardzo źle, a będzie jeszcze gorzej

Ekonomiści ostrzegają, że wbrew zapowiedziom szefa Narodowego Banku Polskiego, Adama Glapińskiego, inflacja wcale nie ma zamiaru zwolnić, a nawet wręcz przeciwnie. Wielu z nas z niepokojem śledzi kolejne doniesienia przeliczając czy stać nas będzie na normalne życie przy szalejącej drożyźnie. Okazuje się jednak, że prawie co czwarty Polak nie rozumie wpływu inflacji na wartość nabywczą pieniądza. Można pomyśleć, że dzięki tej niewiedzy, takie osoby śpią spokojnie. Do czasu jednak, bo inflację dotyka ich tak samo, jak reszty społeczeństwa. Już jest bardzo źle, a będzie jeszcze gorzej.

Jak pokazuje historia, Polacy to nacja, która potrafi żartować także w sytuacji, kiedy jej położenie jest dramatyczne. To zjawisko obserwowano w czasach wojny i okupacji i w czasach PRL-u, a teraz – w dobie powszechnego dostępu do Internetu, widać je jak na dłoni. W sieci pełno memów i dowcipów dotyczących naszej aktualnej władzy i jej sposobów rządzenia Polską, a ostatnio także dotyczących inflacji. Ta stała się motywem żartów już jakiś czas temu, gdy ceny zaczęły gwałtownie rosnąć. Naturalnie rządzący przez dłuższy czas usiłowali zamydlić Polakom oczy, że z tą inflacją to nie jest tak źle. Prezes NBP, Adam Glapiński przekonywał, że jesteśmy cudem gospodarczym nowożytnej Europy, a nasze państwo nigdy nie rozwijało się tak szybko od czasów zaborów. O inflacji wspominał jedynie, że owszem, „skoczyła” nieco, ale wszystko jest pod kontrolą, a inflacja wkrótce pójdzie sobie precz. Tak się jednak nie stało, bo i tak się stać nie mogło. Przez bezczynność naszej władzy wobec inflacji straciliśmy szansę na choćby częściowe jej wyhamowanie. Dopiero bowiem ostatnio Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o podniesieniu stóp procentowych. Za to podniesiono je o 75 punktów bazowych, czyli finalnie do poziomu 1,25 proc. Rzec można, że „na bogato” i wywołało to lekki szok także u ekonomistów. Adam Glapiński informując o podniesieniu stóp procentowych musiał już przyznać, że inflacja rośnie, zamiast według jego wcześniejszych zapowiedzi – spadać. Ale oczywiście zrobił to we właściwy sobie sposób, czyli wmawiając Polakom, że za inflację odpowiada pandemia COVID-19 i związany z nią światowy kryzys, a także polityka m.in. klimatyczna UE. Brakowało jeszcze stwierdzenia, że winni są cykliści. W każdym razie wszyscy, tylko nie polski rząd! O tym, że chcąc pokryć koszty kolejnych tarcz antycovidowych ów rząd dodrukował 400 mld złotych, prezes Glapiński dyplomatycznie milczał. Prezes NBP przyznał, że inflacja, co prawda, poszybuje jeszcze w górę, by w styczniu przyszłego roku osiągnąć pułap 7 proc., ale potem zacznie spadać. – O ile nie wydarzy się nic nieoczekiwanego – zastrzegł Glapiński. Tymczasem już mamy – oficjalnie – inflację na poziomie 6,8 proc. i wszystko wskazuje na to, że będzie rosła nadal. A jeśli po styczniu nie zacznie się zmniejszać? Ano to wyjdzie prezes Glapiński i powie, że jesteśmy nadal potęgą gospodarczą, której zazdrości cały świat z Niemcami na czele, ale UE, koronawirus, a może i ci cykliści rzucają nam kłody pod nogi i musimy jeszcze jakiś czas żyć z rosnącą inflacją. Znajdą się tacy, którzy w to uwierzą, bo przecież to miłe słyszeć, że się jest potęgą, nawet gdy się nią nie jest, a może szczególnie wtedy.

Liczby prawdę mówią

Prawda jest jednak taka, że czy ktoś słucha wyjaśnień prezesa Glapińskiego i czy w nie wierzy, czy nie, każdy z nas boleśnie dla kieszeni odczuwa tak codzienne zakupy, jak i koszty zamieszkania czy transportu. Idziemy do sklepu i za tę samą kwotę coraz mniej możemy kupić, za tę samą kwotę tankujemy coraz mniej paliwa, za to co i rusz przychodzą do nas wyższe rachunki za prąd, gaz, wodę, ogrzewanie i po prostu mieszkanie. Co ciekawe, mimo że wszyscy to dostrzegamy, niemal co czwarty Polak nie wie, jak inflacja wpływa na wartość nabywczą pieniądza! Niemożliwe? A jednak. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez projekt Ciekaweliczby.pl na pytanie, jaką wartość nabywczą będzie miało teraz 2000 złotych odłożone rok temu do skarbonki przy rocznej inflacji wynoszącej 10 proc., poprawnie, czyli że ta wartość nabywcza będzie niższa niż 2000 złotych, odpowiedziało 77 proc. badanych. Natomiast 8 proc. wskazało błędnie, że wartość nabywcza będzie wyższa, 5 proc. odpowiedziało że będzie taka sama, zaś 10 proc. przyznało wprost, że nie wie. Nie zaskakuje to, iż stosunkowo najwięcej osób, które nie wiedzą, że inflacja obniża wartość nabywczą pieniądza jest w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości – 22 proc., podczas gdy wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej takich osób jest 9 proc., a Polski 2050 Szymona Hołowni – 14 proc. Z sondażu przeprowadzonego dla Ciekaweliczby.pl wynika, że to mężczyźni mają lepsze rozeznanie we wpływie inflacji na wartość pieniądza. Wśród pań poprawnej odpowiedzi na wspomniane pytanie udzieliło 72 proc. ankietowanych, wśród panów – o 10 proc. więcej. Niepokojący jest fakt, że młode osoby najsłabiej wypadły w tym prostym teście. Wśród ankietowanych w wieku 25 – 34 lata tylko 66 proc. udzieliło poprawnej odpowiedzi. Zdecydowanie lepiej wypadli ci liczący sobie od 45 – 54 lat, udzielając w 80 proc. prawidłowej odpowiedzi, jednak liderem okazała się grupa ankietowanych 50 plus, gdzie dobrą odpowiedź wskazało aż 83 proc. respondentów. Jak się należało spodziewać, najczęściej błędnej odpowiedzi udzielały osoby z wykształceniem podstawowym – 40 proc., a najrzadziej te z wykształceniem wyższym, choć i tu nie zachwyca 14-proc. wynik. Jednocześnie zdecydowana większość badanych, bo aż 91 proc. stwierdziła, że obecnie płaci więcej za tę samą liczbę produktów niż rok temu. Najmniej jednak to dostrzegających jest wśród elektoratu PiS – 89 proc., a najwięcej wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej (98 proc.) i Polski 2050 Szymona Hołowni (97 proc.). – To już kolejne badanie, które pokazuje, że wiedza ekonomiczna wielu Polaków jest na niskim poziomie. Choć prawie co czwarty Polak nie rozumie, jak inflacja wpływa na wartość nabywczą pieniądza, to jednak już zdecydowana większość te skutki inflacji odczuwa, płacąc więcej niż rok temu za te same produkty. Niektórzy przedstawiciele PiS chcą zakłamać rzeczywistość, bagatelizując wysoką inflację, czy mówiąc o wysokich podwyżkach wynagrodzeń rekompensujących wzrost cen. Tylko że takie wypowiedzi budzą frustrację u Polaków, którzy takich podwyżek nie otrzymali, i którzy bardzo odczuwają skutki wysokiej inflacji w swoich portfelach” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu Ciekaweliczby.pl.

Ceny wzrosły drastycznie

Wiemy już zatem, że z wiedzą o inflacji, nawet tą najbardziej podstawową, nie jest w naszym społeczeństwie najlepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że czy ktoś tego świadomy czy nie, inflacja „kradnie” nasze pieniądze na potęgę. A tak konkretnie? Jak podaje Serwis Agencyjny Monday News jest gorzej niż źle. W październiku niektóre towary podrożały o nawet 80 proc. Serwis w zeszłym miesiącu przyjrzał się prawie 36 tys. cen detalicznych i okazało się, że aż 8 z monitorowanych 12 kategorii towarów zdrożało rok do roku. To jednak nie najgorsza wiadomość, clou jest bowiem poziom wzrostu cen. Najbardziej, według analiz Monday News, zdrożały produkty tłuszczowe, bo o aż 60 proc. Niechlubnym liderem wśród nich jest olej, ten sam, którego niską cenę nie tak dawno jeszcze chwalił prezydent Andrzej Duda. Olej podrożał rok do roku o prawie 84 proc. i teraz prezydent Duda nie ma już czego w jego cenie chwalić. Artykuły sypkie, takie jak mąka, ryż, czy kasze podrożały o 17 proc. W górę poszły też ceny mięsa, o niecałe 8 proc. W pierwszej trójce jest też mięso – podwyżka o niecałe 8 proc. Serwis nie pozostawia też złudzeń co do chemii gospodarczej, która podrożała o 6 proc. Taka sama podwyżka dotyczy dodatków spożywczych, zaś nabiał jest w październiku tego roku w stosunku do jego cen z października roku zeszłego droższy o 4,5 proc. Jednak, jak donosi Monday News, eksperci komentujący wyniki ostrzegają, że prawdziwe podwyżki nadejdą dopiero w kolejnych miesiącach.

Prawie 30 proc. Polaków chce podwyżki płacy

Wydawałoby się oczywiste, że Polacy płacąc coraz więcej za towary, media i usługi chcieliby, by skoro ceny już rosną, rosły także ich zarobki. Tymczasem, jak donosi Monday News, tylko jeden na czterech Polaków chce w tym roku wystąpić do swojego pracodawcy o podwyżkę pensji. Co ciekawe, prawie dwa razy tyle rodaków nie planuje tego. O wyższe wynagrodzenie „powalczyć” z pracodawcami chcą głównie osoby w wieku 23 – 35 lat, zarabiające powyżej 9 tys. złotych netto miesięcznie, z miast liczących ponad 500 tys. mieszkańców. Oczekiwana wysokość podwyżki wynagrodzenia to 10 – 15 proc. Tymczasem z sondażu dla Ciekaweliczby.pl wynika, że 64 proc. pracujących Polaków przyznało, iż nie otrzymało podwyżki wynagrodzenia w ciągu ostatniego roku, a 36 proc. natomiast zadeklarowało, że podwyżkę otrzymało. Najwięcej z tych, którzy podwyżkę otrzymali, jest wśród elektoratu PiS, bo aż 47 proc. To sporo, biorąc pod uwagę, że do otrzymania podwyżki „przyznało się” 28 proc. wyborców KO i 30 proc. Polski 2050.

Może nam zacząć brakować towarów

Tak więc już wiadomo jak jest, natomiast nie wiemy jak będzie i to możemy tylko przewidywać na podstawie tego, co twierdzą eksperci i co mówią prognozy ekonomiczne. Niestety, dla nas nie zapowiada się to różowo. Ceny będą – wiadomo – rosły, ale niewykluczone, że już na początku przyszłego roku może zacząć nam brakować niektórych towarów, a koszty zakupu podstawowych mogą jeszcze drastyczniej wzrosną. Dlaczego? Otóż jak przypomina Serwis Agencyjny Monday News, w lutym przyszłego roku wejdą w życie krajowe przepisy państw członkowskich UE, które istotnie zwiększą koszty ponoszone przez firmy transportowe. – Jeśli działalność przestanie być rentowna dla przewoźników i zabraknie środków transportu, to konsumenci z pewnością odczują brak towarów w sklepach – ostrzegają transportowcy. Dla handlu priorytetem będzie zapewnienie ciągłości dostaw produktów pierwszej potrzeby, przez co staną się one zdecydowanie droższe. W górę pójdą też artykuły luksusowe, które będą mniej dostępne dla klientów. Największe wzrosty cen czekają towary wymagające najdłuższych łańcuchów dostaw. Eksperci ostrzegają, że problemy z zaopatrzeniem sklepów mogą wystąpić już w połowie 2022 roku – czytamy w serwisie.

Nie uczy się u nas podstaw ekonomii

Wróćmy jednak na razie do naszej niskiej wiedzy społecznej na temat rosnącej inflacji i jej skutków. Zapytaliśmy o to Dominika Łazarza, ekonomistę z WSIiZ w Rzeszowie. – Przede wszystkim u nas nie uczy się młodzieży podstaw ekonomii czy przedsiębiorczości – wyjaśnia specjalista. – Jest co prawda od pewnego czasu przedmiot „Podstawy przedsiębiorczości” i to jedynie na poziomie szkoły średniej, ale jest on traktowany czasami niestety pobieżnie i nie tak jak inne przedmioty typu matematyka czy język polski
– przyznaje. – Nauka trwa zaledwie 60 godzin w całym toku edukacji, a do tego nierzadko uczą go nie ekonomiści, a nauczyciele innych przedmiotów, którym na przykład brakuje godzin do pełnego pensum – zdradza. – W efekcie przeciętny absolwent szkoły średniej ma wiedzę na temat podstawowych mechanizmów ekonomicznych na rażąco niskim poziomie, chyba że mamy do czynienia z kimś, kto specjalnie interesuje się ekonomią – podkreśla D. Łazarz. No dobrze, ale przecież każdy kto ma okazję robić zakupy, czy płacić rachunki, zwyczajnie widzi, że koszty utrzymania mieszkania, czy koszty zaopatrzenia się w podstawowe artykuły stale rosną… – Widzi i „nie widzi”
– uśmiecha się niewesoło ekonomista. – To nie jest takie proste przełożenie – zastrzega.
– Większość z nas nie analizuje na bieżąco cen podstawowych artykułów na przykład spożywczych. Jeśli coś z miesiąca na miesiąc drożeje o kilkanaście przypuśćmy groszy, a my ten towar kupujemy bardzo często i to jeszcze wraz z innymi artykułami pierwszej potrzeby, wzrost ceny nie rzuca nam się w oczy
– wyjaśnia D. Łazarz. – A do tego, nawet gdy dostrzegamy podwyżkę ceny, to nie wydaje nam się ona drastyczna, a ponadto i tak musimy ów towar, na przykład chleb czy masło kupić, więc niespecjalnie się nad tym zakupem zastanawiamy – tłumaczy. – Dlatego właśnie inflacja najbardziej dotyka ludzi najsłabiej uposażonych. Ludzie zamożniejsi dostrzegając wzrost cen bardziej luksusowych towarów i usług mogą świadomie z nich zrezygnować. Ale nikt nie może zrezygnować po prostu z jedzenia czy z utrzymania mieszkania. A koszty utrzymania wzrosły rok do roku o ok. 20 proc. – zauważa ekonomista. – Dlatego ludzie z rezygnacją przyjmują wzrost cen podstawowych towarów, usług, mediów i kosztów utrzymania lokum. Jak to się mówi płaczą i płacą, bo i tak muszą kupić jedzenie, czy zapłacić rachunki – wzdycha.

Rządzący mydlą nam oczy

Rządzący stale podkreślają, że ceny co prawda rosną, ale rosną też płace, więc zasadniczo obywatele nic nie tracą. – Gdyby tak tłumaczyła sytuację osoba, która nie ma zielonego pojęcia o mechanizmach ekonomicznych, to moglibyśmy to wyjaśnienie uznać za zwyczajnie infantylne – podkreśla D. Łazarz. – Ponieważ jednak rządzący, a w każdym razie ich część, posiadają wiedzę o tych mechanizmach, to należy uznać, że jest to celowa manipulacja mająca na celu wprowadzenie obywateli w błąd – stwierdza ekonomista. – Każda sztuczna podwyżka płac, czyli wynikająca z rozporządzeń rządowych, a nie ze zwiększonych zysków przedsiębiorstw, napędza zwiększanie się inflacji. Na przykład podnoszenie skokowo i o duże kwoty płacy minimalnej powoduje znaczny wzrost kosztów zatrudnienia pracowników. Przedsiębiorcy, by temu podołać muszą podnieść ceny swoich towarów i usług. Efekt jest taki, że ktoś pozornie zarabia lepiej, ale wcale nie może sobie za większą pensję kupić więcej – tłumaczy prosto specjalista.
A jaką naprawdę mamy teraz inflację? – Moim zdaniem, oficjalne dane podawane przez rządzących są zaniżone – przyznaje D. Łazarz. – Niedawno prezes NBP zapewniał, że inflacja nam nie zagraża, teraz już wiadomo, że rażąco mijał się z prawdą. Pamiętajmy jednak, że w odróżnieniu od tego, co wmawia nam władza, Polska jest jednym z inflacyjnych liderów w UE nie od niedawna, tylko od ponad dwóch lat! Przez ten czas ceny systematycznie rosną. Wolałbym być złym prorokiem, ale obawiam się, że przy takiej polityce rządzących w przyszłym roku sięgnąć może nie zapowiadanych 7 proc., bo to już w zasadzie mamy, ale może być nawet dwucyfrowa – ostrzega ekonomista.
Kto najbardziej traci wskutek inflacji? – Słabo uposażeni obywatele, ale też ci, którzy mają oszczędności – zdradza D. Łazarz. – O nich się w dyskusjach o inflacji zapomina, a to są te osoby, które zaoszczędziły sobie jakiś „grosz”. Na tyle niewiele, że nie inwestują tych pieniędzy, ale na tyle sporo, by mieć na „czarną godzinę”. Teraz przez szalejącą inflację każdego dnia i miesiąca tracą te z trudem zaoszczędzone pieniądze – przyznaje ekonomista.
No cóż, wszystko wskazuje na to, że cieszyć się nie mamy z czego, wypada się raczej bać tego, co nas w związku z inflacją czeka. A tymczasem nasi rządzący z uśmiechami na twarzy nadal będą nas przekonywać, że jesteśmy potęgą gospodarczą. I nadal będą tacy, którzy im w to znów uwierzą.

Monika Kamińska

 

17 Responses to "Już jest bardzo źle, a będzie jeszcze gorzej"

Leave a Reply

Your email address will not be published.