
O tym, że u nas dyplomacja – delikatnie mówiąc – kuleje od czasu, gdy rządy objęło PiS z „przystawkami”, wie każdy, kto z grubsza choćby interesuje się polityką. Na początku bywało zabawnie, gdy dawny szef polskiego MSZ, Witold Waszczykowski, poinformował o naszych idealnych stosunkach z San Escobarem, który to San Escobar po prostu nie istnieje. Jedni ludzie się pośmiali, a inni – zakochani w PiS – utrzymywali, że minister spraw zagranicznych nie musi przecież zaraz znać tak dobrze geografii. Z tego też można było się pośmiać i było – ogólnie – wesoło. Teraz wszelako ani śmiesznie, ani wesoło już nie jest. Bo o ile fakt, iż mieliśmy szefa MSZ – nieuka specjalnie nam na arenie międzynarodowej nie zaszkodził, to teraz szef zgoła innego resortu robi wszystko, by Polska była traktowana jako kraj demokratyczny tylko z nazwy. Ten sam szef innego niż polityka zagraniczna resortu, w tej polityce zagranicznej czyni wszystko, by Polska „złapała” jak najwięcej kar od UE i by stała się pośmiewiskiem całej Wspólnoty. Mowa oczywiście o Zbigniewie Ziobrze. Wiadomo, że Ziobro ma jeden cel: podporządkować całkowicie wymiar sprawiedliwości władzy. Ziobro oczywiście jest świadomy, że takie podporządkowanie jest sprzeczne z trójpodziałem władzy, ale – kolokwialnie mówiąc – ma to gdzieś. Nie będą mu jakiś Monteskiusz czy inny taki mówić, jak on ma rządzić polskimi prokuratorami cy sędziami! I nie będą mu tego też mówiły żadna Komisja Europejska i żaden Trybunał Sprawiedliwości UE. Mało tego, że aktualny minister sprawiedliwości i prokurator generalny Polski w jednym z taką postawą nie kryje się w kraju, to i poza RP zaczął te swoje „mądrości” wynosić, działając na szkodę nie tylko naszego wizerunku w Europie i na świecie – ten już pal sześć, bo mocno zszargany – ale też realnie na szkodę naszych interesów, a to już jest sprawa grubsza. Jak wiemy, Polska za niestosowanie się do traktatów UE, które sama przyjęła wstępując z woli obywateli do Wspólnoty, płaci bardzo wysokie kary. Mowa o 1,5 mln euro dziennie (!) za kopalnię Turów i za niezawieszenie nielegalnej Izby Dyscyplinarnej. Ziobro się tym nie przejmuje – wszak nie z jego kieszeni to „idzie”. Dlatego niedawno, podczas wizyty komisarza UE ds. Sprawiedliwości Didiera Reyndersa, Ziobro dawał niezatrzymywany przez premiera czy kogokolwiek innego, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, upust swej ignorancji prawniczej, ale i niczym nieuzasadnionej buty. – Polska nie zgodzi się, by jednym państwom wolno było wprowadzać zmiany w sądownictwie, a innym nie – upajał się podczas konferencji z udziałem komisarza Ziobro, udając, że nie wie, iż system powoływania sędziów w Niemczech i obecny system powoływania sędziów w Polsce to sprawy tak odległe, jak Prawo i Sprawiedliwości i przestrzeganie prawa oraz szacunek dla sprawiedliwości. Ten spektakl – bo trudno inaczej to nazwać – przeznaczony był tylko trochę dla D. Reyndersa. On był przede wszystkim przeznaczony dla „wyznawców PiS”, jak społeczeństwo nazywa ludzi, którzy uwielbiają aktualną władzę całkowicie bezkrytycznie i bezrefleksyjnie. Nikt z tych „wyznawców” nie sięga po opinie autorytetów prawniczych ani nie próbuje samemu porównać wspomnianych sposobów powoływania sędziów, bo – nie czarujmy się – nikt z nich nie ma dostatecznej percepcji. Dla nich świętą prawdą jest to, co powiedzą: Kaczyński, Morawiecki, Ziobro albo Sasin i tyle. A oni mówią to, co taka osoba chce słyszeć, na przykład to, że największym naszym wrogiem – wbrew temu co obserwujemy na granicy z Białorusią – są Niemcy i UE! Dlatego Ziobro wobec unijnego komisarza pozwolił sobie – jak sam to nazwał – na „miły akcent” w postaci przekazania „panu komisarzowi jak i panu komisarzowi Timmermansowi dwóch zdjęć obrazujących dramatyczną, tragiczną historię Warszawy i Polski” – przekonywał Ziobro i dodał, że fotografie ukazują „stan zniszczeń, jakich naziści niemieccy dokonali w odruchu odwetu wobec powstania warszawskiego”. Te fotografie miały zdaniem Ziobry podkreślać, że „Polacy są i będą zawsze bardzo wrażliwi na zasadę równego traktowania i szanowania poszczególnych państw wewnątrz wspólnoty europejskiej”. Zaznaczył, że Polska wchodziła do Unii Europejskiej jako wspólnoty równych krajów, a nie tych podporządkowanych i większych, silniejszych, „które mogą dominować i narzucać swoją wolę innym”. Na koniec Ziobro stwierdził, że „Sądem ostatniego słowa jest polski Trybunał Konstytucyjny”, a dopóki rządzi obecny rząd z nim jako ministrem sprawiedliwości, Polska wyroków TSUE przestrzegać nie będzie. No właśnie, dopóki rządzi ten rząd z tym ministrem i orzeka ten Trybunał Julii Przyłebskiej… Oby jak już najkrócej, bo dla Polski to nie tylko wstyd, ale po prostu katastrofa.
Redaktor Monika Kamińska



10 Responses to "Dopóki Ziobro jest ministrem, a TK Trybunałem Przyłębskiej"