Skąd będziesz wiedział, że władza kradnie

Wczoraj Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej miał się zająć rozpatrywaniem zgodności części Ustawy o dostępie do informacji publicznej z naszą Konstytucją. Wniosek o zbadanie niektórych zapisów wspomnianej ustawy z Ustawą zasadniczą złożyła w lutym tego roku I prezes Sądu Najwyższego, Małgorzata Manowska. Oficjalnie Manowska ma mieć wątpliwości co do tak, jej zdaniem, nieprecyzyjnych zapisów, takich jak: „władze publiczne” czy „osoby pełniące funkcje publiczne”. Bareja by tego nie wymyślił? Ano nie, ale już na przykład Jarosław Kaczyński, czy Zbigniew Ziobro – jak najbardziej. No, ale im nie wypadało zgłosić do Trybunału kierowanego przez odkrycie towarzysko – kulinarne prezesa Kaczyńskiego tych „wątpliwości”, to zgłosiła pani Manowska… O co tak naprawdę chodzi? Ano o to, że Ustawa o dostępie do informacji publicznej od dawna jest solą w oku PiS-u i jego przystawki w postaci Solidarnej Polski. Zmusza ona bowiem organy publiczne do ujawniania różnych informacji dotyczących np. wydatkowania publicznych pieniędzy, ale także wydawania decyzji administracyjnych i tym podobnych „drobiazgów”. Najprościej mówiąc, bez tej ustawy nie mielibyśmy szans dowiedzieć się o „przekrętach” władz wszelkiego szczebla. A że przez ostatnie 6 lat o tych „przekrętach” władzy centralnej dowiadujemy się niemal codziennie, to władzy centralnej ta niechlubna sława się już znudziła. Oczywiście owo znudzenie nie oznacza chęci zaprzestania nadużywania swoich kompetencji i dalszego „przekręcania” – bynajmniej. Władza po prostu doszła do wniosku, że będzie już dość tego wtykania przez dziennikarzy nosa w jej sprawy. W celu „przycięcia” tego nosa niezależnym mediom, postanowiła – jak to ładnie ktoś określił – „wybić zęby” Ustawie o dostępie do informacji publicznej i tym samym zamknąć opinii publicznej drogę do dowiadywania się, co władza wyczynia za pieniądze obywateli. Wiadomo, że jak prezesowi Kaczyńskiemu jakieś zapisy prawne nie pasują, to trzeba je uznać za niekonstytucyjne. Od tego prezes Kaczyński ma Julię Przyłębską, którą uczynił aż szefową Trybunału Konstytucyjnego, co jest zwyczajnie hańbą dla Polski, ale to przecież wcale nie szkodzi. Julia Przyłębska podobno dobrze gotuje, co potwierdził prezes Kaczyński, ale chyba jeszcze lepiej wykonuje jego polecenia, co ma uznać za sprzeczne z Konstytucją RP. Niektórzy to już – prześmiewczo, ale trafnie – swe latorośle straszą, że jak będą niegrzeczne to pani Julia uzna je za niekonstytucyjne – i to podobno działa! Ale, żeby tak głupio nie wyglądało, że to politycy PiS, albo przystawki chcą walczyć z wolnością mediów, to prezes Kaczyński sięgnął do panią Manowską, żeby też się wykazała i coś zaskarżyła do TK Przyłębskiej. No i się wykazała, ale znów pani Przyłębska się nie wykazała – bo tym razem miała się znać na kalendarzu, a nie tylko na gotowaniu i uznawaniu za niekonstytucyjne, co prezes Kaczyński każe. Zwołała bowiem obrady TK w sprawie Ustawy o dostępie do informacji publicznej na środę (15 grudnia), nie zwracając uwagi na to, że jednocześnie będą obrady Sejmu. A w tym Sejmie zasiadają przecież posłowie PiS, Marek Ast i Arkadiusz Mularczyk. No i co z tego? Ano to, że nie mogli oni – biedacy – kolokwialnie mówiąc „się rozerwać” i być jednocześnie w Sejmie i w TK Przyłębskiej, gdzie mieli orędować za tym, że Ustawa o dostępie do informacji publicznej niekonstytucyjna i szkodliwa jest! Teraz, gdy PiS wraz z przystawką nie ma stabilnej większości w Sejmie, każdy głos poselski jest na wagę złota, więc lepiej, żeby w razie „wu” – czyli jakiegoś głosowania – Ast i Mularczyk byli na sali sejmowej. Stąd PiS-owska marszałek Sejmu zawnioskowała z PiS-owskiej szefowej Trybunału, żeby jego obrady ws. Ustawy o dostępie do informacji publicznej odroczyć. No i tak się stało, bo przecież inaczej stać się nie mogło. Kiedy obrady TK Przyłębskiej zostaną wznowione, Przyłębska ogłosi. Tymczasem wolne media wydały w sprawie „grzebania” TK Przyłębskiej w Ustawie o dostępie do informacji publicznej specjalny apel. Piszą w nim m.in.: – Jeśli TK zgodzi się ze skargą Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Manowskiej, wybije ustawie zęby, a obywatelom odbierze gwarantowane przez art. 61 Konstytucji RP prawo do wiedzy o działaniach władzy. Bezkarnie ignorować pytania obywateli/lek, aktywistów/ek i dziennikarzy/rek będzie mógł nie tylko o. Tadeusz Rydzyk, ale też politycy i urzędnicy na wszystkich szczeblach administracji. W szczególności media stracą narzędzie kontrolowania władzy i rozliczania jej z błędów, co stanowi jedno z naszych najważniejszych zadań. Bez Ustawy o dostępie do informacji publicznej nie dowiedzielibyśmy się o milionowych dotacjach dla o. Rydzyka, reprywatyzowanych w Warszawie kamienicach, listach poparcia dla neoKRS czy podejrzanym zakupie respiratorów. Odebranie nam prawa do informacji publicznej to kolejny krok władzy do zmonopolizowania medialnego przekazu, a tym samym kolejnego ograniczenia demokratycznego państwa prawa. Nie możemy się na to zgodzić. Ano zgodzić to się nie możemy, ale problem w tym, że nikt nie będzie ani mediów, ani obywateli o to pytał. Państwo to dziś Jarosław Kaczyński i wykonawcy jego poleceń, a nie jacyś tam polscy obywatele.

Redaktor Monika Kamińska

10 Responses to "Skąd będziesz wiedział, że władza kradnie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.