
– Mój brat nieraz robił drewnianą szopkę, lubił takie zajęcia. Całego domu się nie przystrajało jak teraz, była tylko
choinka. Bombki się kupowało, choć były drogie, więc nie mieliśmy ich za wiele – wspomina Boże Narodzenie 70-letnia Zofia z Pstrągowej. Co zmieniło się od czasów jej dzieciństwa?
– Ludzi na święta było dużo. Wigilię zaczynało się, kiedy się zdążyło. Taki był zwyczaj, że w pierwszy dzień świąt odwiedzaliśmy znajomych i jedliśmy tam, a potem oni szli do nas lub na odwrót – mówi. W domu był harmider, ale najwięcej gotowało się właśnie w dzień Wigilii. – Dania były takie, jak teraz, ale jadło się z jednej miski. Łyżkę, dwie, ale za to smakowano każdą potrawę. Teraz się coś skubnie, czegoś się nie chce, coś nie smakuje, a kiedyś wszystko miało być zjedzone! – podkreśla.
Żeby kręgosłup nie bolał!
Talerz czy miska z jedzeniem stały na opłatku i mówiło się, że jeśli się do niego przyklei od spodu, to to, co było akurat w misce, w następnym roku będzie dobrze rosło. – Był rondel, do niego dawało się owies i sianko, a na to opłatki, biały i czerwony, które układało się w krzyż. Łyżki nie można było odłożyć do końca jedzenia, żeby potem kręgosłup nie bolał – tłumaczy.
Targanie za włosy
– Z takich przesądów: jeśli był jakiś gałgan, mówiło się „Będziesz tam cicho!”. Jeśli dostał po rękach, to mówiło się, że cały rok będzie taki niegrzeczny – wspomina Zofia. Było też targanie się za włosy, głowy, kiedy na stole pojawiała się kapusta. A wszystko po to, żeby w przyszłym roku dobrze rosła. Kiedy na stole gospodyni stawiała groch, mówiło się „Wiąż się groszku”, żeby były strąki – dodaje.
Nie było rarytasów
– Cokolwiek się miało, odkładało się to na święta, bo na te wyjątkowe dni w roku czekało się przez całe lato. Nie było tylu rarytasów jak obecnie. Teraz dajemy sobie prezenty, a kiedyś to były np. ładne jabłuszka, jeśli ktoś miał – tłumaczy Zofia. Prądu też jeszcze nie było, więc świeczki stały na szyszkach świerkowych i dawały światło. – Trzeba sobie było radzić. Nie piekło się pierniczków, które teraz są popularne, tylko amoniaczki. Koleżanka mojej mamy miała cukierki, a ja zbierałam i dawałam jej grzyby, to była zamiana
– wspomina.
Ptaki z waty i orzech w papierku
Choinka zawsze była z lasu, żywa. Wieszało się na niej m.in. orzechy. – Kiedy chodziłam do szkoły, robiło się łańcuchy z papieru kolorowego. Miałam 5 lat, ale pamiętam, jak mój tata z moim bratem, Józkiem, zrobili ptaszki z waty i drutu. To było takie ładne. Potem dawało się je na górę choinki. Jak na choince wisiały cukierki, to oczywiście za chwilę wisiały już same papierki, albo zawijało się w nie orzech – śmieje się Zofia. Było zabawnie, kiedy szło się uciąć tę choinkę i wchodziło się do czyjegoś lasu. – Lepiej było nie spotkać właściciela, ale to była tradycja. Zwykle to dzieci ubierały choinkę, a jako coś potłukły, to dostały ścierką po rękach. Pierwszą sztuczną choinkę kupił mój syn 20 lat temu – nie kryje.
Siano za szafą
Kolejną tradycją było sypanie się owsem 26 grudnia, czyli na Szczepana, na pamiątkę jego ukamienowania. – „Na szczęście, na zdrowie, na św. Szczepana”. Potem trzeba było sprzątać w domu, wiadomo. W kościele nie raz chłopaki rzucili owies na tacę razem z ofiarą – śmieje się Zofia. W Boże Narodzenie, w nocy, chodzili tzw. śmieciarze. Wchodzili również do domów. Rzucali plewami, sieczką, sianem. – Za szafę, pod łóżko… Czasami do przyszłego roku to siano leżało za meblami. Panowie byli cali wymalowani sadzą… – wspomina.
Boso na mrozie
– Pamiętam, kiedy miałam 15 lat i jeden kolega przyszedł cały wysmarowany na czarno. Złożył życzenia, a potem mnie wyciągnął z łóżka, a byłam tylko w koszulce do spania, bez butów, i pobrudził mnie całą. Obok domu była górka. Zaciągnął mnie na pole i wywracaliśmy się w śniegu, ale po tym chora nie byłam – dziwi się Zofia. – Następnego dnia przyszedł z flaszką, ja nie piłam, bo jeszcze nie mogłam, ale było świętowanie. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby ktoś teraz nawsadzał siana za szafę i zrobił w domu bałagan. Teraz są po prostu inne rozrywki – zwraca uwagę. Pogoda wtedy była prawdziwie zimowa. Nie raz trudno był wyjść z domu przez ogromne zaspy i pokonać trasę, np. do kościoła.
Nie było idealnie
Była też kantyczka, czyli książeczka z przyśpiewkami pastuszków i pastorałkami. – Tata zmarł, kiedy miałam 5 lat, ale pamiętam, że zawsze siedział przy choince, brał mnie na kolana i trochę śpiewał, trochę czytał. Nie rozstawał się z kapeluszem, nawet w domu – wspomina. – Teraz też podobają mi się święta, ale zawsze czegoś brakuje, tych ludzi. Jest taki wewnętrzny brak przeszłości. Tego się nie da opowiedzieć, bo to się czuje. Zawsze staje przed oczyma to, co było. Nie ma rodziców, mojego męża, Stefana – podsumowuje. – Dawniej nic nie było dopięte na ostatni guzik, wielu rzeczy brakowało, ale było wesoło…
Kinga Siewierska



6 Responses to "Kiedyś całe lato czekało się na święta"