
w trakcie rozejmu bożonarodzeniowego. Fot. Wikipedia/Robson Harold B
Księżycowe niebo, mróz skuwający ziemię i wspólne odśpiewanie „Cichej nocy” – pojednanie niemieckich
i brytyjskich żołnierzy 24 grudnia 1914 r. to cud wigilijny. Dzięki niemu na chwilę zapomniano o wojnie, a wrogowie poczuli się normalnie. W święta wszystko się może zdarzyć…
W wojnie nie ma nic bohaterskiego – mówiła pisarka Becca Fitzpatrick. „To ból i cierpienie.” Wielu żołnierzy, w trakcie konfliktów zbrojnych uczestniczyło w nich często wbrew swojej woli. Symbolem niechęci do walk i wyrazem tęsknoty za normalnością jest tzw. rozejm bożonarodzeniowy, który zapoczątkował niewiarygodne wręcz wydarzenia z 24 grudnia 1914 r. I wojna światowa pomiędzy państwami Ententy a Centrum trwała już niemal pół roku. Starcia miały niezwykle krwawy charakter, a na polu bitwy dziennie ginęły tysiące osób. Brytyjczycy po wielkiej ofensywie przejęli z rąk przeciwnika – Niemców, strategiczny punkt Ypres we Flandrii. Plan Cesarstwa zakładający zwycięstwo nad Francją w maksymalnie sześć tygodni nie powiódł się. Strony konfliktu – Brytyjczycy i Niemcy – były więc skazane na kolejne miesiące w okopach z bronią w ręku, daleko od bliskich. Walki miały charakter pozycyjny.
– Gdy zbliżał się okres świąteczny, żołnierzom zaczął udzielać się ten wyjątkowy nastrój. Jednocześnie coraz mocniej odczuwano tęsknotę za domem, rodziną i spokojem. Wieczorami z okopów rozchodziły się kolędy, a na niemieckich pozycjach pojawiły się przystrojone, zazwyczaj prymitywnymi ozdobami, drzewka. To wszystko powodowało, że zaczęto w przeciwniku dostrzegać nie tylko śmiertelnego wroga, ale też towarzysza niedoli, który przeżywa te same rozterki – opowiada dr Paweł Korzeniowski, historyk z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Cuda istnieją
24 grudnia na polu walki nastał spokój. Tęskniący za świąteczną atmosferą Niemcy zapalili świece, zebrali się w grupach przy choinkach, aby rozpocząć śpiewanie kolęd. Donośny głos dochodził do okopów brytyjskich. Z relacji świadków wynika, że atmosfera pomiędzy stronami była już mocno rozluźniona. Po dwóch, trzech pieśniach, przyszła kolej na „Cichą noc”. Ku zaskoczeniu, do jej śpiewania dołączyli w języku… angielskim Brytyjczycy! Stojacy po dwóch stronach frontu wrogowie, którzy kilka godzin wcześniej strzelali do siebie, pomimo zakazów dowódców, nagle zaczęli … wychodzić z rowów! Żołnierze odkładali broń, opuszczali pozycje i spotykali się na tzw. pasie niczyim. Spontaniczny odruch dla wielu był zaskoczeniem. – Wymieniano się jedzeniem, pamiątkami, np guzikami, papierosami i drobnymi monetami. Składano sobie życzenia – tłumaczy dr Korzeniowski.
– Brytyjczyk podszedł do mnie, uścisnął moją dłoń i poczęstował kilkoma papierosami. Inny z Anglików zaczął grać na harmonijce, a jeszcze inni tańczyli (…) Nie zapomnę tego widoku przez resztę mojego życia – pisał do rodziny w liście Josef Wenzel, żołnierz walczący w szeregach 16. Bawarskiego Pułku Piechoty. Jak na takie zachowania zareagowali dowódcy? Pomimo początkowych oporów, szybko ustalono, że na okres świąt konflikt… zostanie wygaszony. Ta decyzja spowodowała, że całkowicie ucichły armaty, a w ruch poszło nawet częstowanie się piwem z beczki. Anglicy, w osobie Kapitana Stockwella, w ramach podziękowania zrewanżowali się ówczesnym brytyjskim przysmakiem puddingiem ze śliwkami. To była reakcja zmęczonych wojną żołnierzy, którzy potrzebowali nieco oddechu i normalności.
Wojna? Zagrajmy w piłkę!
Zawieszenie broni pomiędzy Niemcami a Brytyjczykami przyniosło nie tylko możliwość rozmowy czy poczęstowania się papierosami, ale również pogrzebania poległych kompanów. Żołnierze obu stron odprawili wspólną modlitwę i odśpiewali psalm 23. Z relacji świadków wynika, że była to „niezwykle podniosła chwila.” – W prowadzonych rozmowach nie poruszano kwestii dotyczących polityki, nie mówiąc już o wojnie. Traktowano je jako temat tabu. Za to Niemców np. bardzo mocno interesowały wieści na temat angielskiej ligi piłkarskiej, zaś Brytyjczycy, niejako tradycyjnie, narzekali …na pogodę
– wyjaśnia dr Korzeniowski.
Do prawdziwych zaskakujących obrazków doszło na ziemi niczyjej w pobliżu Armentieres, gdzie rozegrano… towarzyski mecz piłki nożnej. Spotkanie przerwano wynikiem 3 do 2 dla Niemców, a wszystko przez przebicie piłki na… drucie kolczastym. Ustalono, że rozejm potrwa do godziny 8 rano drugiego dnia świąt. Zdarzały się jednak części frontu, gdzie przedłużono go aż do Nowego Roku. Wszystko było spontaniczne i normalne. Wojna na chwilę zniknęła.
Dopiero po kilku dniach, sielankę przerwali snajperzy obu stron, którzy rozpoczęli ostrzegawcze strzelanie do żołnierzy próbujących opuścić okopy. Aby zapobiec „zmiękczeniu” wojsk, dowódcy niemieccy, jak i brytyjscy zadecydowali o wysłaniu na front oddziałów zastępczych. – Nowo przybyli, zazwyczaj jednostki ściągnięte z zaplecza, nie mieli już takich oporów do walki – ocenia dr Korzeniowski.
Symbol, którego nikt nie odbierze
Historia rozejmu bożonarodzeniowego to olbrzymia magia i powieść o wierze w człowieka. Pomimo że po obu stornach barykady, zginęły setki tysięcy osób, ta jedna noc, była wyjątkowym świadectwem dobra tkwiącego w każdym człowieku i potrzeby normalności.
Wiele dekad później, wigilijne wydarzenie została uwiecznione w przekazach i kulturze. W 1983 r. Paul McCartney napisał i skomponował piosenkę „Pipes of Peace”, która opowiada historię bożonarodzeniowego cudu 1914 r. i pokazuje jak święta były w stanie zwyciężyć z wojną. „Wojna nigdy nie będzie wygrana” śpiewał McCartney, podkreślając, że tylko pokój jest rozwiązaniem.
W 1999 r. w pobliżu Ypres zamontowano upamiętniający drewniany krzyż. Obok niego spoczęła symboliczna piłka.
W 2005 r., na kanwie rozejmu, reżyser Christian Carion nakręcił film „Boże Narodzenie”, który został okrzyknięty „legendą prawdziwego cudu.” W roli głównej zagrała Diane Kruger.
Z historii rozejmu bożonarodzeniowego płynie jasny przekaz – nawet w dramatycznych okolicznościach wrogowie są w stanie okazać sobie człowieczeństwo. Wojna jest okrucieństwem, którego zwykły żołnierz – ojciec, mąż, syn – nigdy nie wybiera. Martin Luther King mawiał, nie ma drogi do pokoju; pokój jest drogą. Oby ten pokój towarzyszył nam na zawsze, nie tylko w święta.
Kamil Lech



One Response to "„Bóg się rodzi” także w okopach"