Tajemnice twierdzy Przemyśl

Fot. Związek Gmin Fortecznych

Prawie wszędzie tam, gdzie jest coś ciekawego do zwiedzania, są i fascynujące legendy. Najczęściej takie, które mrożą krew w żyłach, bo dotyczą zbrodni, wielkiego uczucia, albo niewybaczalnej zdrady. Na ogół pojawia się tam też duch – mściciel, albo niespokojona dusza. A kto straszy w Forcie XIII „San Rideau” w podprzemyskich Bolestraszycach?

Przemyśl, dziś miasto na „końcu” Polski tuż przy granicy z Ukrainą było kiedyś potężną twierdzą c.k. monarchii i strategicznym punktem na wojskowej mapie Europy. Leżał bowiem w sercu Galicji, na przedpolu Karpat, gdzie krzyżowały się ważne drogi, także te, wiodące na Węgry. Dlatego to właśnie tu miała powstać twierdza, której żadna armia nie zdoła sforsować. Taka decyzja zapadła na dworze w Wiedniu w 1881 roku i przeznaczono na nią ogromną, jak na owe czasy kwotę 5,5 mln guldenów austro-węgierskich, zwanych też złotymi reńskimi. Aby miał kto tak spektakularne dzieło wznosić, w Wiedniu otwarto specjalną jednoroczną szkołę, gdzie kształcono budowniczych twierdzy Przemyśl.

Na miarę nowoczesnej Europy

Budowa niezwykłych umocnień trwała ponad 20 lat, a plany często modyfikowano. Miasto otoczono dwoma pierścieniami fortyfikacji. Zewnętrzny pierścień ma 17 fortów głównych na długości 45 km. Niemal każdy z nich to swoista mała twierdza otoczona murem, fosą, koszarami, schronami, magazynami, wieżami, kazamatami. Do tego dochodzi 14 działobitni i dwie linie okopów. Wjazd do twierdzy prowadzi przez 10 ceglanych bram. A wewnętrzny pierścień fortyfikacji także zdaje się być nie do zdobycia, gdyby nieprzyjaciel cudem pokonał zewnętrzny.
Budowla wzbudza zainteresowanie nieprzyjaciela. W Przemyślu i okolicy roiło się od rosyjskich szpiegów. Dlatego robotnicy pracujący przy budowie fortów nie mogą mieć papieru, ani ołówków, nie wolno im z sobą rozmawiać, a okoliczni mieszkańcy mają zakaz hodowli gołębi. Plany fortyfikacji mają pozostać dla wroga tajemnicą. Dziś wiadomo, że były one jak na owe czasy supernowoczesne. Działały w nich: instalacja elektryczna, dźwigi, wentylatory, pompy i reflektory. Na budowę zużyto mnóstwo betonu i metalu.

Dokąd wiodły metalowe drzwi

Choć wydawało się to niemożliwe, twierdza Przemyśl padła 23 marca 1915 roku pod naporem sił rosyjskich. Wycieńczeni długą i samotną walką żołnierze wysadzają część fortyfikacji, by nie oddać ich w ręce wroga. Już same wydarzenia historyczne związane z budową twierdzy Przemyśl i późniejszymi jej oblężeniami obrosły w liczne legendy, ale ta najważniejsza i najbardziej przerażająca, związana jest z czasem późniejszym. Latem roku 1923, kiedy to polskie państwo potrzebowało stali oraz materiałów budowlanych, zajęło się rozbiórką dawnej austriackiej twierdzy. W bolestraszyckim Forcie XIII „San Rideau” pilnie pracuje grupa robotników. Po dwóch tygodniach ciężkich robót docierają wreszcie do najniższej kondygnacji. I znajdują drzwi, których nie ma na żadnych planach. Postanawiają je wysadzić, by sprawdzić, dokąd prowadzą i ich oczom ukazuje się ciemny korytarz, który zdaje się nie mieć końca. Ekipa nie decyduje się na wejście doń, robotnicy rozchodzą się na przerwę obiadową rozprawiając o tajemniczym korytarzu…

„Upiór” to żywy człowiek

Młody chłopak, nie umie jednak opanować ciekawości. Korci go, by samemu sprawdzić, co kryje się za wysadzonymi tajemniczymi drzwiami w ciemnym korytarzu. Decyduje się pójść tam sam. Gdy wraca, koledzy nie potrafią nawiązać z nim kontaktu: chłopak powtarza tylko „Jakie to straszne”, mdleje, wyje z przerażenia i stawia oczy w słup. Zdaje się, że w korytarzu ujrzał coś takiego, co przyprawiło go o utratę zmysłów! Robotnicy postanawiają to sprawdzić, wchodzą zatem grupą w czeluść ciemnego korytarza. W jednym z pomieszczeń znajdują ludzie szczątki, nieźle zachowany szkielet człowieka. Ale najpotworniejsze odkrycie dopiero przed nimi. Bo oto w następnym pomieszczeniu do którego docierają, ukazuje im się upiór! Coś, co wygląda jak szkielet ludzki z długimi, splątanymi, siwymi włosami wydaje z siebie nieartykułowane dźwięki, charcząc i jęcząc, zasłania rękoma głowę na wysokości uszu i kiwa się na boki. Robotników ogarnia paraliżujące przerażenie. Toż to po prostu upiór, żywy trup! Wkrótce jednak opanowali lęk przed stworzeniem, które okazało się nie upiorem, ale żywym człowiekiem, tyle, że bardzo wycieńczonym. Czym prędzej wezwano policję, wojsko i medyków. Ci ostatni zabrali na wpół żywego człowieka do szpitala w Przemyślu, niestety, wkrótce zmarł, a przed śmiercią nie udało się nawiązać z nim kontaktu.

Zapiski uwięzionego w twierdzy jeńca

Nie wiadomo było, kim był tajemniczy człowiek, który najprawdopodobniej bardzo długi czas przebywał w opuszczonym forcie. Tę tajemnicę miał wyjaśnić znaleziony w „San Rideau” zeszyt. Z początkowych zapisków wynikało, że pierwotnie musiał należeć do austriackiego kwatermistrza, jednego z obrońców twierdzy. Potem jednak pojawiają się zapiski po rosyjsku, zrazu pisane pięknym kaligraficznym pismem, potem przechodzące w coraz bardziej niezrozumiałe bazgroły. Wynika z nich, że „upiór” to tak naprawdę rosyjski oficer, jeniec, który wraz z kolegą został schwytany i zamknięty w forcie. Wszystko wskazywało na to, że austro-węgierscy żołnierze opuszczając w popłochu fort po prostu zapomnieli o rosyjskich jeńcach i ci zostali w upadłym forcie. Przeżyli tylko dlatego, że zdołali ze swej celi przedostać się do pobliskich pomieszczeń, gdzie były najwyraźniej magazyny. Znaleźli tam mundury, ale przede wszystkim zapas konserw, zapałki, tytoń, a nawet rum! Mieli też dostęp do wody pitnej, dlatego przeżyli. Nie potrafili jednak sforsować metalowych drzwi, które 8 lat później wysadzili robotnicy, byli zatem uwięzieni.

Artykuł i film

Początkowo mieli nadzieję na uwolnienie, ale ta gasła z każdym dniem. By całkiem nie stracić rachuby czasu jeniec znaleziony po latach przez robotników, skonstruował zegar wodny, który liczbą napełnionych beczek z wodą miał mu pomóc określać czas. Beczki się jednak napełniały, a nic się nie zmieniało. Drugi z jeńców początkowo topił beznadzieję i rozpacz w alkoholu, a gdy tego zabrakło popełnił samobójstwo, podrzynając sobie gardło kawałkiem blachy. Miał się według zapisków nazywać Nowikow. Całą tę historię opisała w miesięczniku „Naokoło świata” ówczesna dziennikarka, Wanda Kohutnicka w artykule pt. „Fort XII”. Tytuł oczywiście był błędny, bo chodziło z pewnością o „San Rideau”, czyli Fort XIII. Tak czy owak, na motywach tej niezwyklej opowieści w 1984 roku Grzegorz Królikiewicz nakręcił film pod dobrym już tytułem „Fort 13”, w którym zagrali m.in. Grażyna Szapołowska i Leon Niemczyk.

To jeden wielki humbug?

Bardzo, ale to bardzo niezwykła historia – to trzeba przyznać, ale nie brak sceptyków, którzy uważają ją za zwyczajnie zmyśloną. A to dlatego, że, jak zauważają znawcy tematu, jeńców nigdy nie trzymano na pierwszej linii oblężenia. Jednocześnie w 1971 roku na łamach lokalnego tygodnika „Życie Przemyskie” ujawniono treść listu Władysława Kohutnickiego, oficera Wojska Polskiego, dowódcy plutonu stacjonującego w Żurawicy. W liście tym Kohutnicki miał przyznać się do tego, że to właśnie on, a nie żadna Wanda – dziennikarka napisał tekst opublikowany w „Naokoło świata” , a uczynił to udając kobietę, bo jako wojskowy miał zakaz współpracy z prasą. Ważniejsze jednak było to, że oficer w liście przyznał się też do tego, że cała opisana przez niego historia byłą jedną wielką mistyfikacją.

Prawda, nieprawda, ale coś tam jest!

Tak czy owak, legenda o dwóch rosyjskich jeńcach uwięzionych na długie lata w forcie „San Rideau” żyje sobie nadal. Ma zagorzałych przeciwników, którzy „pokroić” daliby się za to, że to zwyczajny humbug, ale także wielu zwolenników, którzy gotowi są przysiąc, że tak właśnie było! – Ja tam nie wiem jak było – przyznaje Marek, mieszkaniec Przemyśla. – Ale sam bym na ten fort nocą nie poszedł – deklaruje. – Dlaczego? A dlatego, że tam normalnie czasami słychać dźwięk otwieranych konserw, jakieś jęki! A na forcie w Łętowni, to mój kolega na własne oczy widział ducha austriackiego żołnierza w pełnym umundurowaniu! W tych fortach coś jest. Za dużo ludzi tam zginęło, żeby duchów tam nie było – stwierdza z przekonaniem.

Forty kryją jeszcze wiele tajemnic i poległych

Mirosław Majkowski, przewodniczący Związku Gmin Fortecznych i pasjonat historii, w legendę o forcie „San Rideau” nie wierzy. I też nie musi, bo on i podobni mu ludzie nadal szukają w fortach twierdzy Przemyśl tego, co jeszcze nieodkryte. I znajdują. – Forty kryją jeszcze wiele tajemnic i pamiątek – mówi Majkowski. – Pamiętajmy, że żołnierze C.K. armii opuszczając forty starali się zniszczyć jak najwięcej sprzętu, by nie wpadł w ręce wroga. Sporo go jeszcze zostało – zapewnia pasjonat. – Na przykład w czerwcu tego roku udało nam się na Forcie I „Salis-Soglio” wykopać dwie kompletne armaty kazamatowe M 75 kal. 9 cm na lawetach. To sensacyjne znalezisko na skalę europejską – zdradza. – A całkiem niedawno w Sanie w Hurku udało się znaleźć dobrze zachowany most pontonowy – opowiada szef Związku gmin Fortecznych. – Nie potrzeba tworzyć legend, bo forty twierdzy Przemyśl same w sobie są legendą i jeszcze wciąż nieodkrytą do końca tajemnicą- podsumowuje M. Majkowski i dodaje: – Ziemia Twierdzi Przemyśl nadal pełna jest szczątków poległych tu żołnierzy i tych oczywiście też wytrwale szukamy!

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.