Żubryd – spowiedź mordercy

Fot. Archiwum

Jest rok 2007. Dwóch mężczyzn spotyka się nad brzegiem Sanu. Niższy, łysiejący nazywa się Janusz Niemiec. Wyższy, starszy, o lasce to Jerzy Vaulin – wyciąga dłoń na powitanie.
– Dzień dobry panu.
– Dzień dobry – Niemiec wstrzymuje rękę. – Nie sądzi pan, że podam rękę człowiekowi, który zamordował moich rodziców…

Kiedy zaczyna się wojna, Antoni Żubryd ma 21 lat. Jest świeżo po szkole podoficerskiej. Bierze udział w obronie Warszawy, zostaje awansowany do stopnia sierżanta i odznaczony krzyżem walecznych. Potem dla niego nie będzie już Polski. Kapitulacja, stalag, ucieczka i powrót w przebraniu do rodzinnego Sanoka. Tu na Sanie przebiega granica między hitlerowskimi Niemcami a sowiecką Rosją. Żubryd przechodzi na drugą stronę. Niektórzy mówią, że po to, by walczyć, niektórzy, że po prostu z kontrabandą. Prawda jest taka, że odwiedza po drugiej stronie swoją biologiczną matkę. Za Sanem wpada w ręce NKWD.
Tak rozpoczyna się ta historia. Żubryd zmuszony do współpracy wraca do Sanoka. Jest agentem o pseudonimie „Orłowski”. Obserwuje niemieckie umocnienia i miejscowe nadleśnictwo. Tam pracuje Janka Praczyńska. Wkrótce zostanie jego żoną i nie opuści go aż do śmierci. Dosłownie.
W 1941 roku Niemcy przekraczają San i ruszają na wschód, po drodze przejmując listy agentów. Żubryd wpada. Zostaje przewieziony do Krakowa, do więzienia na Poselską i skazany na śmierć. Niektórzy mówią, że to oszustwo, że poszedł na współpracę z gestapo. Inni, że wykorzystując swój niezwykły talent do walki, ucieka z miejsca egzekucji. Niemcy strzelają. Postrzał trafia w nogę. Ukrywa się w lesie i dopiero w 1943 przedziera się z powrotem do Sanoka. Tu po paru miesiącach zastaje go ofensywa armii sowieckiej. Żubryd zgłasza się do swoich dawnych zwierzchników szukając pracy. Zostaje oficerem śledczym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w stopniu porucznika.
Tymczasem rozpoczynają się aresztowania. Każdy, kto miał styczność z „akowskim” podziemiem, trafia do ponurego budynku przy ulicy Sienkiewicza. Żubryd zaczyna rozumieć, że stanął po niewłaściwej stronie. Jego zwierzchnicy dostrzegają, że postawili na niewłaściwego człowieka. Przygotowują się do ostatecznego rozwiązania, ale Żubryd ich ubiega. Jest czerwiec 1945 roku. Żubryd przychodzi do pracy. Najpierw uwalnia więźniów UB, a potem na podstawie sfałszowanego podpisu szefa sanockiej bezpieki wyprowadza z gmachu więzienia dwójkę aresztowanych i wyjeżdża z miasta. Ucieka do lasu.
Zemsta jest błyskawiczna. Zostaje aresztowana teściowa Żubryda i jego czteroletni syn Janusz. Natychmiast w odwecie Żubryd zabija szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego, a gdy to nie wystarcza, zdobywa posterunek MO w Haczowie i bierze do niewoli kilkunastu milicjantów. Potem dzwoni do sanockiego UB i daje godzinę na uwolnienie teściowej i syna, grożąc zabiciem wszystkich zakładników. Funkcjonariusze nie ryzykują. Żubryd wreszcie może zacząć swoją własną wojnę. Jego oddział już wkrótce liczył będzie 300 osób. Jest w nim też jego żona – Janka.
Tak tworzy się legenda. Po ucieczce do lasu Żubryd staje się wrogiem numer jeden. Później przypisuje mu się czyny haniebne: rabunki, rozboje, morderstwa. Taka jest ta wojna. Publiczne egzekucje, krwawe walki na całym terenie, zasadzki, zdrady, ciągłe ucieczki. Żubryd staje pomiędzy nową władzą, wojskiem, które zdaje się mu sprzyjać, bandami UPA i miejscową ludnością, która po sześciu latach wojny pragnie powrotu do normalności. A on prowadzi walkę o przetrwanie. Mówi się o śmierci niewinnych obywateli, ale do dziś wspominane są też brawurowe akcje jego oddziału. Z rąk „żubrydowców” giną ubecy, enkawudziści, milicjanci. W zasadzkach rozbijane są konwoje i uwalniani więźniowie polityczni, jednocześnie Żubryd staje często na straży praworządności. Kiedy uwolniony przez niego z więzienia Franciszek Haduch tworzy własny oddział, który zajmuje się pospolitym rabunkiem, Żubryd osobiście go zabija.
Jest rok 1946. Legenda rośnie w siłę. Ale i środki skierowane przeciw oddziałowi Żubryda są coraz potężniejsze. Przychodzą pierwsze porażki, coraz większe straty, publiczne egzekucje. Do oddziału wprowadzani są „bezpieczniacy”, którzy likwidują jego kolejnych członków strzelając do nich nawet wtedy, kiedy ci śpią. Pętla powoli się zaciska, a rozproszona armia kurczy. Wtedy rodzą się kontrowersje, które do dziś dzielą zarówno historyków jak i świadków tych zdarzeń.
W końcu nadchodzi 24 października 1946 roku. Zapada zmierzch. Do miejscowości Malinówka przybywa major Antoni Żubryd wraz ze swą żoną Janką. Jest z nimi wierny towarzysz broni, Jerzy Vaulin ps. Mar. Wszyscy troje wchodzą do lasu…

Po ponad pięćdziesięciu latach Jerzy Vaulin pisze do Janusza Niemca list, w którym przyznaje się do zabójstwa jego rodziców. Twierdzi w nim, że uczynił to w obronie własnej.

Słowa te kreśli człowiek, który przed pół wiekiem odebrał życie Pana rodzicom. Składam Panu relację z pierwszej ręki. Przypisuję sobie do tego prawo moralne i kompetencję jedynego uczestnika dramatu.

Kiedy Vaulin siedział przede mną wtedy w 2007 roku nad brzegiem Sanu, z błyskiem w oku, niejako rozkoszując się każdym wypowiedzianym słowem uzupełniał historię, którą opisał w liście.

„Taki korowód idzie trojga ludzi” – mówił – „idziemy niepewnie, wolniutko poruszając się. Ale instynktownie, organicznie oczekiwałem błysku i końca”.

Osobliwością tego przemarszu było skrupulatne natrętne oparcie lewego łokcia Żubryda na moim prawym zbrojnym w pistolet ramieniu. Była to jawna, cyniczna sygnalizacja, kontroluję cię, trzymam na muszce, jesteś bez szans.

„To jest technologia śmierci, czy technologia egzekucji. Ja musze go zastrzelić, bo on mnie zastrzeli. W tej chwili prowadzi mnie zastrzelić.  Ja muszę go uprzedzić w strzale.”

W arsenale środków walki Żubryda zuchwalstwo i brawura często decydowało o jego sukcesach. Paraliżował i obezwładniał przeciwników. Odczułem to na sobie. Szedłem w krańcowym napięciu. Ugięcie nóg, luzowanie mięśni uzbrojonej ręki. Dotleniające pogłębienie oddechu, koncentracja refleksu, podzielność uwagi. Tymczasem polna droga wprowadziła nas w przesiekę leśną. Nagle Żubryd zatrzymał się i oświetlił krzewy pobocza. Tu w lewo zakomenderował.

„Jazda naprzód było to pchnięcie, jazda naprzód łubut”

I był to jego ostatni rozkaz, który wydał a ja wykonałem.

„Skoczyłem w stronę, w którą on mnie pcha. Czyli odskoczyłem od niego.”

Rzuciłem się w przez ścianę krzewów, które zwarły się za mną i z obrotu wypaliłem dwa razy nieco powyżej bijącego przez gałązki promienia latarki.

„Dwa strzały dublet tak zwany. Bach, bach – miej więcej w jego głowę. Przecież ledwo się oderwałem i wiedziałem, że ta głowa musiała tam gdzieś być.”

Padłem i rzuciłem się w bok, by uniknąć gradu pocisków. Trwała cisza…

„Zbliżyłem się i widzę latarka płasko, bije w górę, a on leży, on leży, aha i kopie nogami, wierzga nogami, wierzga nogami, butami, obcasami.”

Leżeli oboje, niemal spleceni ze sobą. Może kobieta przed otwarciem ognia wtuliła się w niego. Może o sekundę opóźniła jego strzały, może ocaliła moje życie za cenę utraty swego.

„Bardzo precyzyjnie wymierzyłem i oddałem trzeci strzał. Oddałem trzeci strzał, który wiedziałem, że już jest celny. Z dwóch, czy trzech metrów. Wiedziałem już, że musiałem trafić. I zdaje się to wierzganie się, znaczy…, przestało…”

Nie cierpieli. Zapewne do dziś nie wiedzą, że nie żyją. I co? Nie dałem się. Teraz stoję oszołomiony burzą adrenaliny. Sam na sam ze swoim zwycięstwem. Wokół mnie nocna ściana nieznanego lasu. Przede mną czarna otchłań nieznanego losu. Nie dałem się. No i co?

„Wtedy już odetchnąłem, że koniec. Causa finita.”

Bogom nocy równy, kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy.

Janusz Niemiec zaczął poszukiwać śladów ojca – Antoniego Żubryda, w 1997 roku. Jako pięciolatek został aresztowany pod zarzutem współpracy z bandą Żubryda i stał się najmłodszym w historii więźniem Polski Ludowej. Po śmierci ojca umieszczony został w zakonnej ochronce, a stamtąd wykradła go ciotka, adoptowała i pod zmienionym nazwiskiem – wychował się na Śląsku. Potem koleje losu rzucały go w różne miejsca na świecie, aż w końcu powrócił do Polski i wtedy postanowił wyjaśnić zagadkę tego, co wydarzyło się owego październikowego wieczoru w miejscowości Malinówka. Z Jerzym Vaulinem spotkał się ostatni raz w 2007 roku w Sanoku, kiedy to nie podał ręki butnemu zabójcy swoich rodziców. Opowiadał mi wtedy, że nie pamięta swoich rodziców: „Miałem wtedy cztery, pięć lat. Czasami rodzice mi się śnią, ale śnią mi się w postaciach zawartych na zdjęciach.” Natomiast Vaulin powtarzał uparcie: „Byłem specjalistą z Kedywu, specjalistą od zabijania, specjalistą od posługiwania się bronią. Strzelałem w łeb wroga i drugi raz bym zastrzelił. Zwycięstwo – tak jak w myślistwie. Ustrzeliłem dzika” – krzyczał z triumfem i dodawał cynicznie: „To tutaj, to jest miękkość spotkania z sierotą.”
Jest październikowy wieczór 2007 roku. Nad brzegiem Sanu dochodzi do spotkania zabójcy i syna jego ofiar.
– Pańska wersja śmierci moich rodziców była wygodna dla pana, ale nieprawdziwa – mówi Janusz Niemiec. – Trzema strzałami, o dwudziestej, w październikową noc, gdzie jest już całkowicie ciemno, z półobrotu, skacząc w krzaki, pan idealnie trafia rodziców w tył głowy.
– Nie w tył, proszę pana. Bardzo łatwo trafić pana po ciemku. Zamknę oczy i w tej chwili pana trafię. – Vaulin przykłada dłoń z wyimaginowanym pistolem do twarzy Janusza Niemca – Doskonale z dubletem, proszę pana.
– Ale zna pan ekspertyzy. Strzały były w tył głowy. Kula wyszła ojcu czołem, a matce nosem.
– Ale pan plecie.
– Przecież pan się przyznał
– Ja się szczyciłem tym, proszę pana! Ja zwyciężyłem! To było największe moje zwycięstwo w czasie całej walki okupacyjnej i pookupacyjnej. Rozumie pan? Ja się tym szczycę, więc nie nazywajmy tego przyznaniem.
Kiedy spotkanie się kończy Janusz Niemiec powtarza twardo: „Nie jestem w stanie mu wybaczyć tego, że pozbawił mnie rodziców. Nie wybaczę nigdy.”

Spotkanie Janusza Niemca i Jerzego Vaulina w październiku 2007. Fot. Jacek Januszyk

W 1994 roku Żubryd zostaje zrehabilitowany przez rzeszowski sąd wojewódzki, który uznaje jego działalność za celową na rzecz odzyskania demokratycznego bytu Polski.
W roku 1999 rozpoczyna się proces przeciwko Jerzemu Vaulinowi pod zarzutem zabójstwa majora Antoniego Żubryda i jego żony Janiny, trwa trzy lata i kończy się umorzeniem postępowania, ze względu na upływ terminu przedawnienia. Uzasadnieniem jest nieudowodnienie przez oskarżyciela, iż oskarżony działał na zlecenie Urzędu Bezpieczeństwa.

Jerzy Vaulin umiera w 2015 roku.

Jakub Karyś
redaktor naczelny

12 Responses to "Żubryd – spowiedź mordercy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.