Bliscy wciąż mają nadzieję

Zaginiony przemyslanin, 84-letni Władysław Klepacki. Fot. Archiwum

– Błagamy, jeśli ktoś coś wie o naszym tacie i dziadku, niech nie milczy! – apelują córka i syn z rodzinami. Na jakiekolwiek informacje o zaginionym Władysławie Klepackim czekają już ponad rok! Przeznaczyli 10 tys. zł nagrody dla osoby, która wskaże, gdzie jest. Mimo ich wysiłków i sprawnego działania wszystkich możliwych służb, dotychczas nie natrafiono na żaden ślad, który wyjaśniłby, co stało się z ponad 80-letnim przemyślaninem.

Było południe, 25 grudnia 2020 roku. Młody lekarz, Janek, przyjechał do swego dziadka, 84-letniego Władysława Klepackiego, mieszkającego przy ulicy Kosynierów w Przemyślu. Wnuk miał opatrzyć dziadkowi otarcie na nodze i zabrać go na świąteczny obiad do domu swoich rodziców, którzy mieszkają kilka ulic dalej. Był z dziadkiem umówiony, ale starszy pan mimo coraz gwałtowniejszego pukania wnuka, nie otwierał drzwi. Janek zaczął dzwonić na numer stacjonarny, przez drzwi mieszkania słyszał dzwonek telefonu, ale słuchawki nikt nie podnosił. Młody lekarz przestraszył się nie na żarty, podejrzewał, że dziadek zemdlał, albo się przewrócił, o najgorszym wolał nie myśleć. Czym prędzej zatelefonował do rodziców, a ci zjawili się pod drzwiami mieszkania pana Władysława z kluczami do niego, które mieli na wszelki wypadek. Rodzina starszego pana chciała wejść do jego domu, ale spotkała ich niemiła niespodzianka: drzwi zamknięte były na zamek, do którego nie pasował żaden z posiadanych przez nich kluczy. Wszystko wskazywało na to, że ktoś wymienił wkładkę w zamku! – Powiadomiłam o wszystkim brata, który przyjechał z narzędziami i rozkręcił zamek – wspomina dziś córka pana Władysława, Grażyna Stojak. – Byliśmy pewni, że jest w mieszkaniu i może zasłabł – dodaje. Starszego pana nie było jednak w domu. – Mieszkanie wyglądało zwyczajnie, żadnych śladów plądrowania, brakowało w nim tylko kurtki i czapki taty, no i jego samego – opowiada. Bliscy byli mocno zdumieni. – Tato nie miał kontaktów towarzyskich. Bywał w zasadzie tylko u nas i u brata oraz na swej działce przy Buszkowickiej, gdzie dokarmiał koty – wyjaśnia córka zaginionego. – Nie mieliśmy pojęcia dokąd mógłby wyjść i przede wszystkim dlaczego wyszedł z domu, będąc umówiony z wnukiem! – dodaje. Starszy pan nie miał telefonu komórkowego, bo mieć go nie chciał. Jego rodzina nie miała pojęcia gdzie jest i co się stało, zawiadomiła więc policję o jego zaginięciu.

Tak zaczął się trwający do dziś horror

Nie wiadomo, kiedy tak naprawdę starszy pan wyszedł ze swego mieszkania na Kosynierów. Co wiadomo? Ano to, że rok temu 2 tygodnie przed Bożym Narodzeniem pan Władysław rozchorował się. Wnuk zdiagnozował zapalenie oskrzeli. – Teraz myślę, że mogło to być powikłanie pocovidowe – mówi córka zaginionego. – Pilnowałam, żeby tato brał regularnie antybiotyk, budziłam go nawet telefonicznie w nocy. Syn zbadał go w wigilię i z radością stwierdził dużą poprawę – wzdycha Grażyna Stojak. – Tato nie chciał pojechać do nas na wieczerzę, wolał zostać w domu. Umówiliśmy się zatem, że mój syn przyjedzie doń w pierwszy dzień świąt w południe i zabierze go do nas – wyjaśnia. Syn pana Władysława zatelefonował do niego w wigilię po godz. 16. Starszy pan był w domu, następnie ok. godz. 18. rozmawiała z nim telefonicznie córka, a ok. godzinę później jej brat. – Tato powiedział bratu, że będzie się już kładł spać. Był spokojny, nic nie wskazywało na to, że ma zamiar gdzieś się wybierać – podkreśla G. Stojak. Już po zaginięciu pana Władysława podczas jego poszukiwań okazało się, że starszy mężczyzna jednak wychodził w wigilię z domu. Przed godz. 16. wyszedł do pobliskiego sklepu, by nadać kupon lotto. Jego króciutką marszrutę zarejestrowała kamera sklepowego monitoringu. – Na zapisie widać, że tato szedł ciężko i powoli, na pewno nie wybierałby się w tym stanie gdzieś dalej – ocenia G. Stojak. Kupon lotto, który pan Władysław nadał w wigilię, policja znalazła na jednej z komód w jego mieszkaniu.

Niejednoznaczne tropy

Po zgłoszeniu przez rodzinę 84-latka jego zaginięcia, policja natychmiast zaczęła go intensywnie szukać, zaalarmowano też inne służby. – Jestem bardzo wdzięczna wszystkim osobom prywatnym i funkcjonariuszom, którzy zaangażowali się w poszukiwania mego ojca – mówi z głębi serca G. Stojak. Do poszukiwań użyto kilku psów tropiących, w tym takiego, który specjalizuje się w poszukiwaniu zwłok osób, które utonęły. Ten pies nie podjął żadnego tropu, ale dwa inne owszem, tyle, że poszły w dwóch różnych kierunkach: jeden w okolice Opactwa Sióstr Benedyktynek od strony Sanu, a drugi w kierunku Buszkowickiej, gdzie znajduje się działka pana Władysława. – Zaalarmowane siostry natychmiast przeszukały całe opactwo, przeszukiwała je też policja, podobnie jak całą drogę na działkę i samą działkę. I nic, żadnego śladu – opowiada córka zaginionego. Bliscy pana Władysława wraz ze znajomymi przeszukiwali też na własną rękę okoliczne zakamarki, również bez rezultatu. Choć była zima, a pan Władysław nie lubił spacerować nad Sanem, jak zawsze w takich sytuacjach, sprawdzano brzegi i dno rzeki, zakładając, że zaginiony mógł jednak utonąć. Te poszukiwania, które prowadzone były kilkukrotnie i na sporym obszarze nie przyniosły rezultatu, żadnego śladu, że mógł być nad Sanem.

Jasnowidz nie pomógł

Wnuk zaginionego pojechał do Krakowa, gdzie obecnie mieszka i pracuje, by sprawdzić, czy dziadek nie pojechał do niego np. pociągiem. – Syn zakładał, że może tato miał jakieś zaćmienie umysłowe i pojechał do Krakowa – wyjaśnia G. Stojak. Gdy zaczął rozpytywać kolejarzy o dziadka, okazało się, że wszyscy zostali już powiadomieni przez policję o zaginięciu W. Klepackiego dostali zdjęcie i dokładny rysopis. Niestety, nikt go nie widział, ani w pociągu, ani na dworcu. Wnuczka starszego pana uznała, że w tej sytuacji nie zaszkodzi zwrócić się o pomoc do znanego jasnowidza. Ten najpierw przekazał straszną wiadomość, że pan Władysław nie żyje, a jego ciało wypłynie w zakolu Sanu. Po otrzymaniu przedmiotu należącego do zaginionego, jasnowidz zmienił zdanie. Stwierdził, że nie może nawiązać kontaktu z 84-latkiem, bo potrafi to czynić tylko wobec zmarłych, a starszy pan żyje. Okoliczności zaginięcia oraz jego fotografię i rysopis przedstawiono w ogólnopolskim programie telewizyjnym, który zajmuje się historiami zaginionych. Jednak w przypadku pana Władysława i to nic nie dało. Jego rodzina ogłosiła, że na osobę, która odnajdzie tatę, czeka nagroda w wysokości 10 tys. złotych. Także i to nie pomogło. Starszy pan jakby rozpłynął się w grudniowej mgle.

Tajemnicze obawy, tajemnicza rana

Od początku tej historii frapujące było, że 8-latek zmienił wkładkę w zamku. Nie miał powodu tego robić, z rodziną nigdy nie był skonfliktowany, ale… – Jakoś tak w listopadzie zeszłego roku tato wspomniał, że ktoś chyba majstrował coś przy jego drzwiach i że ktoś puka i ucieka – przypomina sobie Grażyna Stojak. – Powiedział o tym tylko raz, więc uznaliśmy, że coś mu się przewidziało. A tymczasem on musiał naprawdę czuć się zagrożony i zmienił wkładkę w zamku – dodaje. Z dziwnego zachowania ojca w listopadzie zeszłego roku, jego córka zdała sobie sprawę dopiero po jego zaginięciu. – Tato uwielbiał swoją działkę i chętnie tam bywał. Gdy było chłodniej to, by nakarmić koty, ale przy ładniejszej pogodzie też ot tak, by posiedzieć. Pewnego, wyjątkowo pogodnego, listopadowego dnia powiedział nam, że chciałby pojechać na tę działkę. Zawieźliśmy go z mężem. Nakarmił koty i wtedy powiedziałam mu, że może zostać sobie na działce, jeśli chce, a my wrócimy za godzinę, by zabrać go na obiad. Wtedy, wbrew swoim zwyczajom, nie chciał zostać na tej działce sam i oczywiście nie został, pojechaliśmy razem z nim do nas – wspomina G. Stojak. Dziwna jest też sprawa otarcia na udzie, o którym starszy pan nie powiedział rodzinie. Dopiero, gdy zobaczył to jego wnuk stwierdził, że rana musiała powstać jakieś dwa miesiące wcześniej. Pan Władysław niechętnie przyznał, że na działce wszedł na drzewo i się skaleczył. Później, gdy starszy pan miał zapalenie oskrzeli, wnuk, który go badał, wspomniał, że dziadek ma chyba jakiś problem z percepcją. – Teraz myślę, że mogło to wystąpić po covidzie – zauważa córka zaginionego – ale ja, rozmawiając z tatą nie odnosiłam wrażenia, że ma jakieś zaburzenia pamięci, czy postrzegania.

Wciąż mają nadzieję

Podsumowując: 24 grudnia 2020 r. starszy pan, nie wiadomo po co i dlaczego, nagle wyszedł ze swego mieszkania między godz. 19, a południem pierwszego dnia świąt. Zamknął drzwi, ale nie wziął z sobą większej sumy pieniędzy, ani dokumentów, poza legitymacją emeryta. Nie miał karty bankomatowej, emeryturę pobierał sam w banku na dowód osobisty. Ten dokument został w mieszkaniu. Pan Władysław prowadził spokojne życie, nie zawierał przygodnych znajomości, nie pił alkoholu. Jako emerytowany policjant należał do osób ostrożnych. Stan jego zdrowia w chwili zaginięcia nie pozwalał mu na pokonanie piechotą dłuższej trasy. – Po zaginięciu taty dowiedzieliśmy się, że na przestrzeni kilku lat w tej okolicy zaginęły jeszcze dwie samotne kobiety. Wyszły z domu i ślad po nich zaginął – opowiada G. Stojak. – O ile mi wiadomo, w ich przypadku przyjęto, że musiały utonąć w Sanie, ale ich zwłok nie udało się odnaleźć – kontynuuje. – Ja nie wierzę, że mój tato poszedł nad San, bo nie lubił tam chodzić – stwierdza. Grażyna Stojak wraz ze swoją rodziną oraz bratem i jego bliskimi apeluje do wszystkich, którzy mogą cokolwiek wiedzieć o jej zaginionym ojcu: – Może ktoś sobie coś przypomniał, może ktoś coś wie o naszym tacie i dziadku. Błagamy, niech się odezwie!

Monika Kamińska

Leave a Reply

Your email address will not be published.