W strategii testowania absurd goni absurd

Zbyt mało testów według specjalistów wręcz tyle, „co kot napłakał” w Polsce wykonywano od początku pandemii. Mimo że zbliża się już piąta fala koronawirusa, nic się w tym temacie nie zmieni, ba, wszystko wskazuje na to, że będzie się ich wykonywało jeszcze mniej. Powód? Jest ich kilka. Zacznijmy od tego wynikającego z najnowszych, odgórnych decyzji. Otóż 1 stycznia zmieniła się wycena testów PCR. To oznacza, że Narodowy Fundusz Zdrowia teraz mniej zapłaci punktom, szpitalom i laboratoriom, które wykonują testy na obecność koronawirusa i to znacznie mniej. Do tej pory płacił 280 zł za test, a od 1 stycznia, decyzją Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, ok. 115 zł. Wiadomo już więc, że również znacznie zmniejszy się dostępność do testów, bo podmioty już dużo mniej chętnie będą chciały je wykonywać (dotychczas często wydłużały nawet godziny testowania). Dlaczego? Bo po prostu przestanie się im to opłacać, a nikt ani nie będzie dopłacał do interesu. „W naszej ocenie istnieje wysokie ryzyko, że sposób wprowadzenia zmian, ich termin oraz zakres, spowodują znaczne pogorszenie opieki nad pacjentami, a powszechność możliwości diagnostycznych dla społeczeństwa stanie się iluzoryczna” – napisał w liście do prezesa NFZ prof. Andrzej Pławski z Instytutu Genetyki Człowieka PAN. Kolejny powód wykonywania mniejszej liczby testów leży już po stronie samych pacjentów. Wpływ na to ma np. ekonomia. Otóż większość ludzi w Polsce pracuje za najniższą krajową. Wykonanie testu, a nawet wypisanie skierowania nań, u osobnika dostającego na rękę 2 tys. zł sprowadza się do tego, że trafia on automatycznie na kwarantannę, czyli chorobowe, i równie automatycznie traci 20 proc. z tych marnych 2 tysiaków. Jeżeli test za dzień czy dwa okaże się negatywny to tylko kilkadziesiąt zł, jeżeli pozytywny i kwarantanna potrwa nie dwa, ale 10 dni, to już ponad 100 zł. Jest jeszcze czynnik emocjonalny. Otóż my generalnie nie lubimy się testować. Lekarze rodzinni twierdzą wręcz, że pacjenci potrafią przerwać teleporadę, jeżeli tylko zasugeruje się im wykonanie testu. Ba, ponad 50 proc. osób odstępuje nawet od zmierzenia sobie temperatury w przypadku podejrzenia zakażenia koronawirusem. Po któreś tam z kolei, w Polsce testujemy tylko osoby objawowe. Masz gorączkę, kaszel, ból głowy czy brak węchu – dostajesz skierowanie na test, masz się izolować. Jeżeli jednak nie, nikt cię do tego nie namawia. A nawet laik wie, że najgroźniejsi są ci bezobjawowi, bo roznoszą infekcję, nawet o tym nie wiedząc. Testy oczywiście nie leczą, ba, nawet jak szczepionki, nie zabezpieczają przed ciężkim przebiegiem zakażenia, dokładnie natomiast informują o przebiegu epidemii, pozwalają ją śledzić i przerwać ścieżkę zakażeń. Według specjalistów powinny być testowane nawet osoby zaszczepione, tymczasem one w ramach „nagrody” nie muszą ani się testować ani być na kwarantannie. Tymczasem omikron, czyli nowy wariant koronawirusa, staje się coraz bardziej powszechny. Objawy, jakie mu towarzyszą, do złudzenia przypominają zwykłe przeziębienie. Jak rozstrzygnąć, co jest pacjentowi? Najlepiej byłoby zrobić test. I koło się zamyka.

Redaktor Anna Moraniec

3 Responses to "W strategii testowania absurd goni absurd"

Leave a Reply

Your email address will not be published.