
48-letnia mieszkanka Rzeszowa trafiła w grudniu ubiegłego roku do szpitala MSWiA w Rzeszowie. Była osobą zdrową, bez chorób przewlekłych. Karetkę wezwała, ponieważ miała trudności z oddychaniem i objawy grypy. Gdy karetka przyjechała, przewieziono ją do szpitala MSWiA. Po testach potwierdzono COVID-19 i zostawiono ją na oddziale covidowym. 25 stycznia kobieta zmarła, bo jak podkreśla rodzina, nie potrafiono zidentyfikować nagłego miejsca krwotoku do brzucha, a operacji nie dało się przeprowadzić, bo „w okresie noworocznym nie było chirurga”. Na wniosek rodziny prokuratura wszczęła śledztwo w „sprawie narażenia niebezpieczeństwa utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”.
– To dla nas wszystkich trauma. Dlatego w imieniu rodziny występuję ja, zapewniam jednak, że nie zostawimy tego bez wyjaśnienia, bo to, co słyszeliśmy przez okres pobytu mamy w szpitalu, po prostu nie mieści się w głowie – mówi Anna, synowa zmarłej.
Co tak poruszyło bliskich hospitalizowanej? Po pierwsze, kobieta bardzo skarżyła się na warunki pobytu. Według niej, nie myto jej 2 tygodnie, miała wciąż przepełniony cewnik, z którego na ziemię wylewał się mocz (dowód zdjęciowy). Pisała o tym, jak lekarze i pielęgniarki odnosili się do pacjentów, straszono ich respiratorami. Pisała: „Tu jest gorzej niż na wojnie. To umieralnia. Jeśli coś ci jest, nikt nie przyjdzie, bo tu nikogo nie ma… brakuje personelu. Lepiej się tu nie odzywać, bo nie wiadomo, co oni nam podają. Nic nie mówią” – przekazuje pani Anna.
Kiedy po miesiącu wydawało się, że kobieta zwalczyła chorobę, zaczęła chodzić, ba, zapisano ją na wyjazd do sanatorium, zaczęła odczuwać (23 grudnia) dziwny ucisk pod żebrami. – Zrobiono jej wtedy EKG serca i zbadano krew. Lekarze poinformowali ją, że nie wiedzą, co jej jest – mówi synowa. – 27 grudnia ból nadal się utrzymywał. Do tego doszła bardzo ostra biegunka. Nie zrobiono jej badań brzucha, jedynie podano leki na biegunkę i kazano jej kupić sobie samej (!!!) Furaginę, sól fizjologiczną i jeść dużo czekolady. Trafiła na izolatkę – relacjonuje synowa, dodając, że cały czas mieli kontakt z kobietą do 28 grudnia. Wtedy kontakt pacjentki z rodziną się urwał.
Po interwencji telefonicznej dostaliśmy informację, że pacjentka ma krwawienie do jamy brzusznej, że zrobiono jej USG brzucha i przewieziono na blok operacyjny – mówi pani Anna.
– Nie dokończono jednak operacji. Jedynie założyli jej opaski uciskowe. Poinformowano nas, że następnego dnia pojawi się lekarz z innego rzeszowskiego szpitala, który dokończy operację (!). Niestety, był okres noworoczny. Gdy dzwoniliśmy do szpitala, otrzymywaliśmy informację: „Jak pan doktor dojedzie to operacja będzie. Jak nie dojedzie to nie będzie”. – Chirurg przyjechał po 3 dniach, gdy wdała się już martwica. Usunął kawałek jelita. Później to zszyte jelito się rozeszło. Do tego doszły niewydolne nerki, problemy z ciśnieniem, zajęte płuca, później kolejna operacja i informacja dla rodziny: „tam się nic nie da zrobić”. Po blisko miesiącu na OIOM- ie, 25 stycznia 2022 roku mama zmarła – mówi dziennikarce Super Nowości roztrzęsiona kobieta.
Szpital nie chce komentować sprawy. Prokuratura Rejonowa dla miasta Rzeszowa na wniosek rodziny wszczęła śledztwo w „sprawie narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez personel SPZOZ MSWiA w Rzeszowie, na którym ciążył obowiązek opieki (…), przez niewłaściwe jej leczenie, w wyniku czego doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci”.
Anna Moraniec



49 Responses to "Rodzina pacjentki: – Do tej śmierci nie powinno dojść"