
Jako widz nigdy nie bojkotowałem żadnych igrzysk i pewnie bojkotował nie będę. Przynajmniej nie z powodów, o których o takim bojkocie się myśli.
Bo Olimpiada to nie Pekin, Moskwa, Ateny czy Paryż, ale tysiące ludzi, którzy poświęcają całe swoje życie, by być szybsi, silniejsi, sprawniejsi, by wygrać lub po prostu wziąć udział – setki tysięcy pozytywnych świrów, którzy nie zważając na różnicę czasu, siedzą nocami kibicując tym wytrwałym szaleńcom, którzy raz na cztery lata mają szansę pokazać całemu światu swoje umiejętności i sprawności – cztery lata olimpijskich przygotowań, lata wyrzeczeń, ciężkiej pracy, bólu, ale też wiary i nadziei, lata straszne i piękne właśnie dlatego, że gdzieś na końcu jest to marzenie każdego sportowca.
Wiem, jakim krajem są Chiny, wiem, jakim była radziecka Rosja w 1980 roku, jakim był Meksyk w 1968, czy Jugosławia w 1984 roku i co się stało z bośniackim Sarajewem zaledwie osiem lat później. Wiem to dość dobrze i żaden bojkot nie ubogaci mojej wiedzy, a może zniszczyć życie wielu wspaniałych atletów. Tak jak polityczny bojkot nie pozwolił Edwinowi Mosesowi obronić po raz trzeci tytułu w Moskwie, czy Władysławowi Kozakiewiczowi w Los Angeles. Życie sportowców jest krótkie, to góra trzy olimpiady, a gdy ktoś wyrwie im jedną z nich? Nie kontuzja, nie przypadek, nie słabsza forma – tylko polityczny bojkot.
Nie oczekujemy zbyt wiele?
Mój sprzeciw wobec bojkotów ma małe znaczenie, tak jak niczego MKO1-u bojkoty i protesty nie nauczyły i nie nauczą. Dzisiaj igrzyska to droga impreza, która rzadko zyski przynosi. Taki na przykład Montreal od 1976 roku spłaca olimpijskie długi, a opuszczony olimpijski kompleks widmo w Sarajewie jest przestrogą dla przyszłych chętnych organizatorów, lecz MKO1 kwitnie – zatem lekceważy sobie zasady i utylitarnie traktuje olimpijski biznes.
Jednocześnie przecież w uszach dźwięczą mi słowa Karty Olimpijskiej, która biblią dla wszystkich być powinna: „Należy zapewnić możliwość korzystania z praw i wolności wyznaczonych w niniejszej Karcie Olimpijskiej bez dyskryminacji ze względu na rasę, kolor skóry, płeć, orientację seksualną, język, religię, poglądy polityczne lub inne, pochodzenie narodowe lub społeczne, majątek, urodzenie lub jakiekolwiek inne okoliczności”.
No i należy zapewnić tak bardzo, jak głośno trzeba mówić o chińskich nieprawościach nie tylko niezwykłymi grafikami Badiucao. Szczególnie dzisiaj, gdy trwają igrzyska, które mają być wielkim pokojowym świętem, a są nim tak rzadko.
Ale są też miejscem i czasem, którego się nie zapomina, także dzięki gestom takim jak ten Władysława Kozakiewicza na dwa tygodnie przed początkiem strajku w Stoczni Gdańskiej, który był początkiem końca komunistycznej dyktatury w Polsce i całej wschodniej Europie. Nie zapomina się też pięści w czarnych rękawiczkach wzniesionych przez bosonogich Johna Carlosa i Tommie Smitha podczas ceremonii wręczenia medali na Igrzyskach w Meksyku w 1968 roku. Tych igrzysk splamionych krwią na centralnym placu miasta – Tlatelolco, gdzie siły rządowe prezydenta Gustavo Diaza Ordaza w brutalnej masakrze stłumiły studencką demonstrację zaledwie 10 dni przed ceremonią otwarcia, podczas której to Ordaz pięknie mówił o pokoju, wypuszczając w niebo stado białych gołębi.
To te igrzyska z zamkniętą, otoczoną płotem strefą dla kobiet wewnątrz tej męskiej, oplatającej ją jak obwarzanek w olimpijskiej wiosce, to te z rekordowym skokiem Boba Beamona, pierwszym indywidualnym złotem Ireny Szewińskiej i demonstracyjnym odwróceniem głowy podczas odgrywania radzieckiego hymnu przez Věrę Čáslavską – legendarną gimnastyczkę z 11 medalami olimpijskimi, która poparła Praską Wiosnę, więc hymnu sowieckich najeźdźców nie zniosła, co jak się później okazało – miało zakończyć jej karierę. To były okrutne igrzyska – pierwszy raz w Ameryce Południowej i pierwszy raz w kolorowej telewizji – okrutne, pod nadzorem dyktatorskiej władzy, ale też zapamiętane na zawsze.
Věra Čáslavská zmarła w wolnej w Pradze w 2016 roku i myślę, że tej wolności bardzo pomogła – tak jak Kozakiewicz ze swoim gestem, czy Carlos i Smith w swoich czarnych rękawiczkach.
Bo gdyby wtedy nie unieśli w górę pięści, nigdy na Uniwersytecie Stanowym w San Jose, którego studentami byli, nie stanąłby pomnik upamiętniający ich protest.
Czekali na to 37 lat – oni i cały wolny świat.
Redaktor naczelny Super Nowości, Jakub Karyś



5 Responses to "Chleb i igrzyska!"