
– Do wypału przywiązany jestem jak pies do budy. Kocham dym. Jak go widzę, to wiem, że żyję – mówi Zygmunt Furdygiel, najstarszy wypalacz drewna w Bieszczadach. Trafił tu przypadkiem, z rodzinnego Śląska. Szukał pracy, znalazł miłość i postanowił zostać. Na retortach przepracował ponad 40 lat, od dekady węgiel wypala w Stężnicy.
W Stężnicy nie ma osoby, która nie znałaby pana Zygmunta. Ja jadę do niego pierwszy raz. Kilka razy odwiedzałam smolarzy w Bieszczadach, bo tak nazywa się osoby trudniące się wypałem węgla, ale w Stężnicy nie byłam nigdy. To mała wioska w gminie Baligród w Bieszczadach. Mieszka tu zaledwie kilkadziesiąt osób.
Po drodze zaczepiam miejscowych, pytam o drogę. – Na górkę i na lewo, będzie parking i znak „Wypał u Zygmunta” – odpowiadają pewnie. Faktycznie po przejechaniu kilkuset metrów trafiam we wskazane miejsce. Zostawiam samochód na parkingu i kieruję się w stronę unoszącego się nad drzewami dymu.
Reportaż zaplanowałam na sobotę. Przyjechałam dzień wcześniej, aby poznać gospodarza. Trochę pogadać, przełamać lody. Z opowieści wiem, że to człowiek, który nie da sobie w kaszę dmuchać.
Już na wstępie popełniam „gafę” – przyjeżdżam bez „wpisowego”. – Tak bez niczego panienka przyjechała? To panienka nie wie, że nie ma nic za darmo? – żartuje uśmiechnięty gospodarz tego miejsca. To Zygmunt Furdygiel (76 lat), najstarszy wypalacz węgla w Bieszczadach. – Wypałem zajmuję się od 40 lat, od 11 jestem tutaj. To rekord, nigdy wcześniej nie zagrzałem tak długo w jednym miejscu – mówi.
Rozglądam się dookoła – piękne miejsce w lesie, około 300 metrów od drogi. Trzy czynne retorty, w których cały czas trwa wypał, dodatkowo jedna służąca za magazyn. Dookoła pocięte drewno, sita, worki na węgiel i wózek do przewozu worków. Obok mały barak, w którym mieszka pan Zygmunt, a przy nim stół i ławy. Siadamy. Przedstawiam się, opowiadam pokrótce o czym będzie reportaż. Pan Zygmunt uważnie słucha, bacznie mi się przygląda i kilka razy wtrąca, że „u niego udawania i ściemy nie ma”.
Chwilę żartuję z gospodarzem. Okazuje się bardzo otwartym i bezpośrednim człowiekiem. Umawiamy się na następny dzień. W całości mam go spędzić na wypale, aby jak tłumaczy gospodarz „zobaczyć, jak to wszystko naprawdę wygląda”. – W telewizji, to czasem głupoty pokazują, nie wszystko jest tak jak w serialu – komentuje pan Zygmunt.
Następnego dnia zjawiam się na wypale punktualnie o godzinie 10. Pan Zygmunt już na mnie czeka. Siadamy przy masywnym, drewnianym stole.
– Kawę, herbatę? A może coś mocniejszego? – pyta uśmiechnięty gospodarz. Spoglądam na zegarek, jest krótko po godzinie 10. Zapowiada się piękny dzień. Intensywnie niebieskie niebo spowite jest dymem. To retorty tak dymią.
– Jak dymią na biało, to znaczy, że produkują węgiel. Jak zaczyna dymić na niebiesko, to oznacza, że proces spalania już się zakończył i piec natychmiast trzeba wygasić. W przeciwnym razie zamiast węgla pozostanie popiół – tłumaczy. Od tej chwili co jakiś czas spoglądam w stronę pieców, aby „sprawdzić” jaki kolor ma dym.

Podchodzimy do retorty. Dostaję fachowy instruktaż, jak prawidłowo ją załadować. Dookoła leżą poukładane w stosy metrówki. – Na ściany idą cienkie, do środka najgrubsze, bo tam temperatura wypału jest najwyższa. Gdybym kładł jak leci, nic by z tego nie było – mówi pan Zygmunt. Węgiel drzewny wypala się z twardego drzewa liściastego. Najczęściej jest to buk, grab i dąb.
– Na wysokości około pół metra zapalam ognisko, trzeba poczekać około dwóch godzin, aby dym poszedł na kominy – wyjaśnia. Kominów jest sześć. Przez kolejne dwie doby należy je obserwować kolor wydobywającego się z nich dymu. Piec podczas spalania rozgrzewa się do temperatury około 800 stopni Celsjusza.
Do jednego pieca wchodzi około 700 kilogramów drewna. – Na rękę biorę około 20-30 kilo. W cztery godziny przerzucam 10 ton, do każdej tony wypijam jeden browar i wtedy czuję, że mi życiowy wigor wraca – żartuje pan Zygmunt.
Chwali się też, że do dzisiaj to właśnie do niego należy bieszczadzki rekord w załadunku pieca. – W dwie godziny przerzuciłem 10 metrów drewna – mówi z dumą.
Kiedy wypał dobiegnie końca, kominy się odłącza. Po dwóch-trzech godzinach do każdego wlewa się dwa wiadra wody, a wejścia zalepia gliną, aby powietrze nie miało dojścia do pieca. Piec stygnie przez dwie doby. Po tym czasie można z niego wydobywać węgiel. Z metra sześciennego drewna otrzymuje się sto kilo węgla.
U Zygmunta w użyciu są trzy retorty. W jednej się wypala, druga stygnie, a z trzeciej wybiera się węgiel. Jedna retorta wypala się około doby.
Kiedyś ten proces trwał o wiele dłużej, od siedmiu do 10 dni, a węgiel wypalało się w mielerzach – stosach drewna, które przykrywało się gliną lub darnią, aby ograniczyć dostęp powietrza i uniemożliwić płomieniom wydostawanie się na zewnątrz.
– Wtedy paliło się grupowo, jedni spali, inni palili. Do mielerzy szło się w parach, aby w razie wypadku można było pomóc koledze – wspomina pan Zygmunt.
Taki wypał nie dość, że trwał o wiele dłużej, to był i dużo bardziej niebezpieczny niż obecny. Na własnej skórze odczuł to także gospodarz retortów w Stężnicy. – Kiedyś do pasa wpadłem do mielerzy, żar wpadł do gumiaków, zeszła mi z poparzonego ciała cała skóra, przez trzy miesiące byłem na chorobowym – wspomina.
Metalowe retorty zaczęły zastępować mielerze w latach 70. XX wieku. W szczytowym momencie w całych Bieszczadach funkcjonowało ponad sto wypałów. Dzisiaj zostało ich zaledwie kilka, a i te niebawem pewnie znikną. – Unijne normy ekologiczne i coraz wyższe opłaty sprawiają, że wypał przestaje się opłacać, rynek zalewa tani ukraiński węgiel, a młodzi nie garną się do tej pracy – opowiada ręce najstarszy wypalacz węgla w Bieszczadach.

Wracamy do stolika. Rozglądam się. Moją uwagę zwraca mały ogródek przy baraku pana Zygmunta. – A to moje dzieło. Kocham kwiaty. Posadziłem dalie, nagietki i mieczyki – wymienia.
– Mam też cebulę i czosnek – wskazuje na kolejną grządkę. – Nie muszę zasuwać do sklepu i kupować, jak mi pasuje to idę i sobie zrywam. Dużo lepsze niż te sklepowe – mówi. – No i zdrowsze – dodaje.
Mówi, że będzie też sadził ziemniaki i bób. – Jestem nie tylko najstarszym wypalaczem, ale też pierwszym rolnikiem na retortach. Dotąd żaden z nich nie zasadził nawet jednej jarzynki.
Zamiłowanie do przyrody zostało mu po studiach. – Skończyłem technikum rolnicze, później w okolicach olsztyńskiego miałem praktykę PGR. Ciężka i mało płatna robota. Każdy kombinował jak mógł, aby związać koniec z końcem – wspomina.
W Bieszczady trafił przypadkiem, szukając pracy. Przyjął się do Przedsiębiorstwa Produkcji Leśnej „Las”. – Szef tworzył wypadł w Bieszczadach, ściągnął trzech górali z Nowego Sącza, którzy uczyli nas wypalania węgla. Po sezonie zrobiono z nas brygadzistów, tworzyliśmy nowe wypały, dobieraliśmy do pracy ludzi. Wtedy nie było jeszcze mody grillowania. Węgiel szedł do uszlachetniania do hut stali. Śmialiśmy się ze znajomymi, że na lufy do czołgów. Do dzisiaj nie wiem do czego te huty brały węgiel – opowiada.
Jako smolarz pracował w całych Bieszczadach. – Trzy razy w ciągu roku zmieniałem miejsce wypału, przemieszkałem chyba wszystkie bieszczadzkie miejscowości – śmieje się.
W Ustrzykach poznał żonę, tam się osiedlił, kupił dom i założył gospodarkę. – Kiedy zobaczyłem, że trzeba pół wiaderka mleka sprzedać, aby się napić piwa pomyślałem – wracam na wypał – śmieje się i dodaje. – Kiedyś można było tutaj zarobić. Wtedy na piechotę żaden smolarz nie chodził tylko miał swojego taryfiarza, który go wszędzie woził. Gajowy zarabiał tysiąc złotych, my dziesięć razy więcej. Za komuny byliśmy paniska, teraz jesteśmy dziadziska.
Na wypale spędza prawie cały rok. Mieszka w blaszanym baraku przerobionym ze starej sanitarki, który odziedziczył po poprzednim właścicielu. Nie ma tu prądu, łazienki, prysznica ani wody.
– Trzymam się zasady, że po trzech milimetrach brud sam odpada – śmieje się gospodarz. – Jak pada deszcz, rozbieram się do nagusa, on mnie opłucze i przez dwa, trzy tygodnie mam spokój – dodaje.
Pytam, czy mogę wejść do środka. Gospodarz się zgadza. Idę nieco niepewnie, bo i mało pewnie wygląda konstrukcja, którą zamieszkuje pan Zygmunt. Mijam wejściowe drzwi: po lewej stronie niski stolik, a na nim pełno rozmaitych weków – z ogórkami, kiszoną kapustą i papryką. Domyślam się, że to prezenty od turystów. Obok kurtki, buty, kuchenki gazowe.

Wchodzę dalej, po lewej stronie jest wejście do „sypialni”. Na wprost niewielkiego pomieszczenia stoi łóżko. Nad nim powieszone plakaty z roznegliżowanymi kobietami. Nieśmiało się uśmiecham, co nie umyka uwadze gospodarza. – Trzeba mieć jakieś radości w życiu – komentuje z uśmiechem.
Po lewej stronie na dwóch metrówkach stoi drewniana szafka, w której pan Zygmunt trzyma „monopol”, herbatę, kawę, kubki i czajnik. Po prawej kolejna szafka, na której stoi kuchenka gazowa z dwoma palnikami, a na mniej garnek.
– Jak się tu panu mieszka? – pytam.
– Dobrze, nie ma co narzekać. Mam wszystko, czego mi trzeba – odpowiada. Radio na akumulatory, kuchenkę na butlę gazową, kozę do ogrzewania, prąd z agregatu i wodę ze strumienia.
W zimie dogrzewa się piecem. Śnieg i mróz mu nie straszny. – Jestem zahartowany. Nieraz wyspałem się w śniegu i żyję. Nigdy nie chorowałem, ani jednego dnia w szpitalu nie spędziłem. Lekarz, jakby miałby mnie leczyć, to by poszedł z torbami – żartuje pan Zygmunt.
Podczas naszej pogawędki co jakiś czas przez retorty przewijają się turyści. Jedni nieśmiało, trzymając się z tyłu, o nic nie pytają, ukradkiem robią zdjęcie i odchodzą. Inni z uśmiechem podchodzą do gospodarza, wyciągają rękę na powitanie, pytają o wypał, przynoszą drobne prezenty. Pana Zygmunta znają z serialu o Bieszczadach, który emitował Discovery Channel.

– Wystąpiłem w trzech edycjach i tak się to kręci do dzisiaj. Stałem się tak zwanym celebrytą. Nie wiem dlaczego tak sobie mnie upodobali, ale zupełnie mi to nie przeszkadza – opowiada gospodarz i znika w swoim baraku nastawić wodę na kawę.
W międzyczasie przychodzi kolejna grupa turystów. Przyjechali „na żywo” zobaczyć legendę Bieszczadów.
– Córka widziała film z panem Zygmuntem, od dawna prosiła nas, aby tu przyjechać – opowiada podekscytowana spotkaniem kobieta.
Rytuał ten sam. Pan Zygmunt oprowadza młode małżeństwo z dwójką dzieci po retortach, pokrótce opowiada o wypale, rzuca kilka anegdot i żartów. Na koniec uścisk dłoni, pamiątkowe zdjęcie i ponownie zostajemy sami.
– Nie męczy to pana? – pytam.
To piąta, bądź szósta grupa turystów w przeciągu zaledwie dwóch godzi. Uznaję, że mit samotni na retortach, który ukułam sobie w głowie, mogę spokojnie włożyć między bajki.
– To jak to jest z tymi turystami, nie męczą? – wracam do pytania.
– A gdzie tam – odpowiada żwawo pan Zygmunt. – Ja to kocham! Gościłem tu ludzi z całej Polski, a nawet Europy i świata. Byli Włosi, Niemcy, Francuzi, Amerykanie, a nawet Kanadyjczycy – wylicza. – Kiedy w zeszłym roku wyszła torebka węgla z moim zdjęciem wypisałem siedem mazaków na autografy. Sprzedawałem węgiel, jak świeże bułeczki – opowiada gospodarz retortów w Stężnicy.
Widać, że zainteresowanie sprawia mu przyjemność. Chętnie przebywa z ludźmi, pozuje do zdjęć. – Nawet to lubię. Zawsze to jakaś odskocznia od codziennej rutyny. Porozmawiać można, pożartować – opowiada. Choć jak przyznaje, zdarzają się dni kiedy czuje przesyt. – Bywało, że turystów było tak dużo, że nie byłem w stanie przez cały dzień załadować pieca, wtedy to bywa uciążliwe. Jednak człowiek już się przyzwyczaił i gdy tego nie ma, to wyciągam szyję i spoglądam na drogę ze zdziwieniem myśląc „dlaczego nikt mnie nie odwiedza?” Nazywam to „chorobą aktorską” śmieje się smolarz.
Jest już mocno po południu. Siedzimy przy stole, dopijam bardzo mocną, parzoną kawę. Słońce powoli chowa się za horyzont, niebo spowija dym.
– Jest pan szczęśliwy? – pytam, choć po wspólnie spędzonym dniu znam już odpowiedź.
– Pewnie! – dziarsko odpowiada pan Zygmunt. – Bo o to w życiu chodzi, aby znaleźć swoje miejsce na Ziemi i robić to, co się kocha. Ja kocham wypał, bez dymu nie czuję, że żyję.
Martyna Sokołowska


