
Rozmawiałam z nią chwilę po przekroczeniu granicy. – Jestem szczęśliwa, bo mój synek jest bezpieczny,
ale mam rozdarte serce, bo na Ukrainie zostali moi bliscy – powiedziała.Fot. Martyna Sokołowska
Iryna ma 29 lat, męża i małego synka. Na Ukrainie pracowała jako lekarz pediatra. Mieszkała z rodziną we Lwowie, pracowała w Kijowie. Kiedy na miasto spadły pierwsze bomby, zabrała dziecko, spakowała trochę ciuchów, wsiadła do samochodu i ruszyła do Polski. Razem z nią – jej siostra i przyjaciółki. Uciekły przed wojną, ale serca mają rozdarte, bo na Ukrainie zostali ich mężowie, rodzice, przyjaciele…
Jest piątek, dwa dni po agresji Rosji na Ukrainę. Jadę na przejście graniczne w Krościenku. To mała miejscowość położona w powiecie bieszczadzkim.
Po polskiej stronie granicy w Krościenku na razie jest spokojnie. Nie ma tłumów takich jak w Medyce czy Przemyślu. Przed granicą kolejka kilkudziesięciu samochodów na rejestracjach z różnych stron Polski i Europy. Przyjechali, aby odebrać z granicy swoich bliskich. Kilkanaście osób stoi przed granicznym szlabanem.
– Na kogo Pani czeka? – zagaduję młodą kobietę.
– Na siostrę z córką.
Moja rozmówczyni ma na imię Natalia, pochodzi ze Lwowa. W Polsce mieszka od czterech lat. Na jej twarzy widać zmęczenie, okazuje się, że nie spała od ponad doby. – Cały czas jestem na granicy. Odebrałam już rodzinę z Szegini. W kolejce na wjazd do Polski czekaliśmy 14 godzin, teraz jestem tutaj, w Krościenku. Mówi, że siostra jest już blisko granicy, kobiety niebawem się zobaczą. – Chciałam ją stamtąd jak najszybciej zabrać, bo jej męża nie wpuścili do Polski, musiał wrócić na Ukrainę.
Ukraińscy pogranicznicy zatrzymują na granicy wszystkich mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat, mogą przydać się na froncie.
– To co się wydarzyło, jest straszne. Wszyscy się boją, jak ta wojna się skończy, martwią się o dzieci, jak to dalej będzie. Przed chwilą dostałam wiadomość od znajomego, że Lwów właśnie jest pod ostrzałem. Trudno mi w to wszystko uwierzyć, wszyscy mieli nadzieję, że Putin tylko grozi, nikt nie spodziewał, się wojny – odpowiada kiedy pytam o aktualną sytuację na Ukrainie.
***
Przez granicę w Krościenku przejeżdża kolejny samochód. Zatrzymuje się na poboczu. W środku siedzą trzy młode kobiety i mały chłopczyk. Za kierownicą siedzi 29-letnia Iryna. Ciemnowłosy chłopiec to jej syn. Ma pięć lat. W Polsce jest pierwszy raz. Pozostałe kobiety w samochodzie to jej przyjaciółki. Na ich twarzach widać zmęczenie, strach i niepewność.
W aucie nie ma żadnych bagaży, toreb, plecaków. – W czwartek rano obudził mnie telefon, zadzwoniła do mnie siostra mojego męża i powiedziała, że telewizja pokazuje, że na Kijów zrzucane są bomby, a w mieście słychać eksplozje. Nie mogłam w to uwierzyć. Nikt się nie spodziewał, że Putin posunie się tak daleko. Spakowałam trochę ubrań, zabrałam synka i postanowiliśmy uciekać z kraju – opowiada.
Iryna mieszkała z rodziną we Lwowie, pracowała w Kijowie jako lekarz pediatra. W kraju ogarniętym wojną został jej mąż i rodzice. – Rodzice nie chcieli uciekać, a nasi mężowie nie mogli już z nami wyjechać. Mówi, że na bieżąco śledzi to, co dzieje się w ogarniętej wojną Ukrainie. Rozwój sytuacji relacjonują jej bliscy i znajomi, którzy zostali w kraju. – Konflikt narasta, ludzie są przez cały czas w pełnej gotowości, kiedy wyją syreny uciekają do schronów, część ucieka na wieś, bo tam jest bezpieczniej
– powtarza ze łzami w oczach.
Iryna jest już z synkiem bezpieczna, a bezpieczeństwo jej dziecka – jak kilkakrotnie podkreśla podczas rozmowy – było i jest dla niej najważniejsze. To dlatego zdecydowała o ucieczce z Ukrainy. – Robimy co w naszej mocy, aby uchronić nasze dzieci, bo zostając na Ukrainie im nie pomożemy. Nie wiem, co będzie dalej, z nami, z Ukrainą. Staram się być dobrej myśli, ale obawiam się, że jeśli świat nam nie pomoże, nie damy rady długo się bronić – podsumowuje.
***
Przejście graniczne w Krościenku jest jednym z ośmiu przejść drogowych na podkarpackiej granicy z Ukrainą i jednym z czterech, przy którym powstał tzw. punkt recepcyjny. To miejsce, gdzie osoby uciekające z ogarniętej wojną Ukrainy mogą odpocząć, zjeść ciepły posiłek, umyć się i przespać.
Dróg dojazdowych do punktu pilnują strażacy ochotnicy. Od jednego z nich dowiaduję się, że od czwartku, kiedy punkt ruszył, do piątku do godziny 13, kiedy rozmawiamy, trafiło tam około 40 uchodźców i uchodźczyń.
– Największy ruch był w nocy, kiedy przez granicę szła „pierwsza fala” – mówi nam strażak ochotnik.
Przy wejściu do budynku stoi czterech młodych żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Mówią, że w punkcie nie ma akurat żadnych ludzi. – Przespali się i ruszyli dalej.
***
Na granicę wracam w sobotę. W nocy decyzją Komendanta Głównego Straży Granicznej na przejściu granicznym w Krościenku wprowadzono pieszą
odprawę.
Tłum ludzi przy granicy jest dzisiaj zdecydowanie większy, w kolejce stoi już kilkaset samochodów. Wszyscy wypatrują swoich bliskich.
Co chwilę przez granicę przechodzą kolejne osoby, to głównie młode kobiety z dziećmi. Jedna z nich pcha wózek z malutkim chłopcem, inna trzyma za rękę córeczkę. Dziewczynka ma na sobie mały, kolorowy plecak, jej mama torebkę i jedną reklamówkę. To wszystko, co zdołali ze sobą zabrać uciekając z ogarniętego wojną kraju.
Na poboczu tłum też gęstnieje. W prowizorycznym barze można dostać gorącą herbatę i kawę. To jedyny punkt w tym miejscu z ciepłymi napojami.
Zagadujemy dziewczyny w pomarańczowych, odblaskowych kamizelkach. To wolontariuszki z Krakowa, które przyjechały pomagać na polsko-ukraińskiej granicy. Dzień wcześniej były w Medyce. – Tam to wszystko wygląda zupełnie inaczej. Jest catering, woda, gorące napoje, ciepłe posiłki i darmowy transport dla uchodźców, tutaj nie ma nic – mówią zdziwione.
Pomagają ludzie, którzy wożą na granicę i do punktów recepcyjnych ciepłą odzież, jedzenie i wodę. Teraz najbardziej potrzebne są koce, bo w nocy temperatura w Bieszczadach spada do kilku kresek poniżej zera, a w kolejce przed granicą trzeba stać nawet kilkanaście godzin. – Tam nie ma nic, stoimy na mrozie w szczerym polu, bez toalety, bez picia i jedzenia – relacjonuje Sonia, która uciekła z Ukrainy.
Z granicy jadę ponownie do Łodyny, w punkcie recepcyjnym jest już 120 osób. Jest tłoczno i gwarno, ktoś próbuje zadzwonić do rodziny, słychać płacz dzieci. Na korytarzu rozstawiono łóżka polowe dla osób, które zdecydują się spędzić noc w ośrodku.
Przy wejściu do budynku spotykam burmistrza gminy Ustrzyki Dolne, Bartosza Romowicza. W krótkich zdaniach komunikuje strażakom ochotnikom polecenia. Pytamy czego teraz najbardziej potrzeba na granicę.
– Koce, śpiwory, czapki i rękawiczki dla dzieci, ciepłe skarpety, do tego woda, batony energetyczne i musy w tubkach dla dzieci – odpowiada. – Jesteśmy wdzięczni za każdą pomoc, zdajemy egzamin z solidarności i to jest budujące – konkluduje burmistrz Romowicz.
Martyna Sokołowska



5 Responses to "Uchronić nasze dzieci"