
– Nie śpię od doby. Całą noc pracowaliśmy, aby przygotować punkt z pomocą dla osób przekraczających granicę, a rano przyjechał ktoś z urzędu i kazał nam wszystko zlikwidować – powiedziała nam jedna z wolontariuszek pracujących na granicy w Krościenku. Kiedy odjeżdżaliśmy z granicy, na miejscu nie było już gastronomii ani punktu z kocami i ciepłymi ubraniami.
W nocy temperatura w Bieszczadach spadła do kilku stopni poniżej zera. Kolejki na granicy w Krościenku, wg relacji, po drugiej stronie granicy ciągną się kilometrami. Odprawa po ukraińskiej stronie nie idzie ponoć sprawnie i to widać po liczbie osób przekraczających granicę. Co jakiś czas pojawia się kilka osób, nie ma tłumów jak np. w Medyce czy Przemyślu, gdzie przyjeżdżają pociągi z ogarniętej wojną Ukrainy.
Pomoc z Krakowa
Do tej pory w pomoc osobom na granicy spontanicznie włączali się wolontariusze. Powstał punkt z ciepłą odzieżą dla dzieci, matek i starszych osób przekraczających granicę oraz punkty gastronomiczne, które rozdawały ciepłe napoje i posiłki, wszystko za darmo. Do pomocy były przyjechała też grupa wolontariuszy z Krakowa, która wcześniej pracowała na granicy w Medyce. – Przyjechaliśmy tutaj w poniedziałek wieczorem, ale był chaos, tylko kilku wolontariuszy. Musieliśmy tu wszystko przygotować, pracowało przez całą noc nie spałam – mówi nam wolontariuszka. – Rano przyjechała załoga lokalna, która powiedziała, że musimy to wszystko zlikwidować. Nie wiem dlaczego, ale szkoda naszej pracy wykonywanej przez tyle godzin. Tu wszystko było załatwione. Pracowaliśmy z policją, ze strażą graniczną, załatwiliśmy transport. Ciekawi mnie też, dlaczego zabrano jedzenie, które było bezpłatne, a zostawiono budki, w których za żywność się płaci – opowiada dziewczyna. To wolontariuszka krakowskiego Stowarzyszenia „Nic o nas bez nas”. Jego członkowie od kilku dni pomagają na polsko-ukraińskiej granicy. – Przyjechaliśmy o północy z Krakowa konwojem 15 aut. To był nasz trzeci przejazd, dwa poprzednie do Przemyśla były bardzo udane. Za darmo przywieźliśmy na kwatery do krakowian ponad 200 osób. Teraz jesteśmy tu, bo dostaliśmy informacje od osób, z którymi współpracujemy, że dzieje się źle. Mój kolega nagrał filmik pokazujący sytuację tutaj, ale prawdopodobnie spotkał się z nieprzychylnym odbiorem władz, które poczuły się urażone. Nagle o 9 rano przyjechał burmistrz ze służbami i zaczęły się narady. Następnie przyszła do nas decyzja, że miasteczko ma być zlikwidowane, a wszystkie auta z parkingu z naprzeciwka zostały wyrzucone. Na parkingu mają zostać postawione namioty i ma być zorganizowana pomoc, ale będą robić to osoby, które reprezentują władze samorządowe – dodaje nasz rozmówca.
Takie mamy dyspozycje
Faktycznie, kolejnych samochodów, które przyjechały z pomocą, policja w bezpośrednie sąsiedztwo przejścia granicznego już nie wpuszcza. – Takie mamy dyspozycje – mówią policjanci. Cofnięte zostały też wszystkie samochody osób oczekujących na swoich bliskich zza ukraińsko-polskiej granicy.
Pod jednym namiotem grzeją się osoby, które czekają na transport. Wśród nich same kobiety i dzieci, w tym kilka małych, zawiniętych w ciepłe koce. Grupa wolontariuszy, która przyjechała z Sanoka z gorącym piciem i jedzeniem rozdaje im gorącą herbatę i zupę. – Nie możemy podjechać tu samochodem, ale policjanci zgodzili się, aby przynieść zupę tutaj i nakarmić tych zmarzniętych ludzi – mówi nam jedna z wolontariuszek. Magazyn, który powstał w nocy powoli znika, wolontariusze jeszcze rozdają chętnym ciepłe koce i odzież, co stanie się z resztą ubrań? – Nie wiemy
– odpowiadają wolontariusze. Co teraz?
– Pewnie pojedziemy pomagać w inne miejsce – mówi jeden z nich.
Widać, że są mocno zdenerwowani sytuacją. – Mieliśmy tu duży magazyn darów. Miało tu być mnóstwo urzędników lokalnych, którzy mieli się zająć pomocą przy tym i rozdziałem. Wolontariat powinien być lokalny, a tymczasem my zarządzaliśmy tym od północy do rana, bo nie było tu nikogo, prócz policji zarządzającej ruchem, służb celnych i strażaków, którzy przywozili uchodźców. Służby zdały egzamin na szóstkę, ale wolontariusze byli z Krakowa – podkreśla. – Robili to, co powinien robić samorząd, którego tu nie było. Potem została wydana informacja: zwijajcie się, miasteczko zagraża bezpieczeństwu, ponieważ znajduje się na pasie drogowym – relacjonuje nasz rozmówca.
Gdzie są teraz władze?
Na miejscu nie ma już ani jednego punktu z darmową ciepłą żywnością i napojami. – A kawałek dalej stoi budka z kiełbasą za 10 zł… – rozkłada ręce nasz rozmówca. – Ludzie czekają na pomoc pod dachem namiotu, a my mamy to zlikwidować. Jak mamy to zrobić? Gdzie są teraz władze? Ile potrwa zrobienie nowego miasteczka z prawdziwego zdarzenia? Dobę, dwie, trzy? Co zrobią ludzie, gdzie jeden ośrodek przyjmuje podobno 80 osób, a drugi 120 i nie ma tam miejsca, z nowo napływającymi osobami? To jest jeden wielki chaos, nikt nad tym nie panuje – konkluduje członek stowarzyszenia.
Próbowaliśmy uzyskać komentarz do sytuacji burmistrza gminy Ustrzyki Dolne, Bartosza Romowicza, ale pomimo kilku prób nie odebrał od nas telefonu.
Martyna Sokołowska



3 Responses to "Kto ma pomagać?"