Otaczają opieką i serdecznością

– Syryjska rodzina
ucieka przed wojną
po raz drugi. Kiedyś otrzymała schronienie
na Ukrainie, dziś jest
u polskiej rodziny
Szypułów w Przemyślu. Fot. Mariusz P. Sidor

Przyjeżdżają do Przemyśla przerażeni, głodni i nieludzko zmęczeni… Za sobą zostawiają całe życie, domy, dobytek. Jadą w nieznane, by ratować życie. Przemyślanie zapraszają ich do swoich domów. Chcą być w tych trudnych chwilach dla uchodźców z Ukrainy jak rodzina.

Ewa i Andrzej Szypułowie mieszkają na jednym z dużych przemyskich osiedli. Mają czworo małych dzieci. – Opiekuję się nimi, więc nie mogę pomagać na przykład jako wolontariuszka na dworcu – tłumaczy Ewa. – Ale mogę przyjąć kogoś pod swój dach. Tak zdecydowaliśmy z mężem i nie żałujemy. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, a historie każdego z nich zostaną w naszych sercach – podkreśla kobieta.
Poprzednio byli u nich studenci z Jemenu, teraz goszczą rodzinę syryjską z Ukrainy. W mieszkaniu panuje gwar, słychać śmiech. – Nasze dzieci są otwarte na ludzi, szybko zaprzyjaźniły się z 11-letnim Husajnem i 5-letnim Teimem – mówią Szypułowie. Z dwojgiem dzieci są tu ich rodzice: 35-letni Mohammed i 23-letnia Menar, a także stryj, 22-letni Jezam oraz babcia 67-letnia Saba. Towarzyszy im też 29- letni Ibrahim. Wszyscy w panice wyjechali z Kijowa, który od 10 lat był ich miastem, ich domem. – Pochodzimy z Syrii, z Damaszku. Stamtąd musieliśmy uciekać przed wojną dekadę temu – opowiada po ukraińsku Ibrahim. – Ukraina stała się dla nas bezpieczną przystanią, z czasem także naszym miejscem na Ziemi – wzdycha. 29-latek, który od 6 lat prowadził w Kijowie arabską restaurację, Mohammed pracował tam jako kucharz, specjalista od arabskiego przysmaku, shoarmy. – Ludzie na Ukrainie byli dla nas bardzo przyjaźni i życzliwi. Przyjęli nas wtedy jako uchodźców wojennych, nigdy nie dali odczuć, że nie jesteśmy u siebie – podkreślają zgodnie. – Żyło nam się dobrze, spokojnie – wspominają. Pokazują fotografie restauracji Ibrahima. – Tak pracowaliśmy – opowiadają prezentując apetycznie wyglądające egzotyczne potrawy. – Przez Putina znów musieliśmy uciekać i znów nie mamy domu, ani pracy – obaj Syryjczycy starają się powstrzymać emocje, ale słychać, jak ich głosy drżą . – To tak bardzo boli, niepewność, co będzie z nami, ale też strach o to, co będzie z naszymi ukraińskimi przyjaciółmi, sąsiadami – mówią.
Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, koszmarne wspomnienia sprzed dekady powróciły, do Syryjczyków. – Baliśmy się, wiemy do czego Putin jest zdolny – przyznają. Dlatego zdecydowali się wyjechać z Kijowa. Wszystkie zapasy jedzenia, które mieli zgromadzone w restauracji rozdali ludziom, po prostu tym, którzy potrzebowali i z niewielkimi bagażami ruszyli w nieznane.
Z Kijowa do Lwowa jechali kilkanaście godzin pociągiem. Panował niesamowity ścisk. – Musieliśmy wszyscy siedzieć prosto, dzięki temu zostawało więcej miejsca dla innych – wyjaśniają. Ledwie żywi, bardzo zmęczeni i głodni dojechali do Lwowa. Tu całą noc czekali na pociąg do Przemyśla. Spędzili w nim kolejne 9 długich godzin w ścisku. Jechali tam, gdzie jest bezpiecznie, ale też tam, gdzie nie znali nikogo. – Ledwie staliśmy ze zmęczenia, wolontariusze dali nam pić, jakieś koce i obiecali, że znajdą lokum
– opowiada Mohammed.
Jak trafili do rodziny Szypułów? Na dworcu pojawiła się, tak jak codziennie od początku wojny, Anna Koman. Kobieta w trudnym dla uchodźców czasie zamieniła się w ich anioła stróża. Jest jak żywe srebro, wszędzie jej pełno, każdemu potrafi pomóc. – Dowiedziałam się, że ci Syryjczycy z dziećmi szukają schronienia i zaraz na myśl przyszli mi moja córka i zięć, których mieszkanie opuścili właśnie jemeńscy uchodźcy. Zadzwoniłam i powiedziałam „mam dla was syryjską rodzinę”
– opowiada Anna. Przemyślanka zawiozła przybyszów do córki i zięcia. – Menar przewracała się wręcz ze zmęczenia – mówi Ewa. Teraz Syryjka, ubrana w tradycyjny strój muzułmanki, podobnie jak jej teściowa, już wypoczęła. Razem z gospodynią Ewą, krząta się po kuchni. – Są naszymi gośćmi, a ugotowali dla nas posiłek – zdradza Ewa. Na stole pojawiają się ryż z rodzynkami i przyprawiony po syryjsku kurczak. Pachnie wspaniale i smakuje wybornie. – To taka nasza, syryjska potrawa – mówi Menar, a w jej pięknych oczach okolonych naturalnymi i niesamowicie długimi rzęsami widać dumę z tego, że wszystkim smakuje. Pytamy, co będą robić dalej. – To, co zawsze w życiu, pracować – deklarują. – A gdzie? Chcielibyśmy wrócić do siebie, do Kijowa, ale czy to będzie możliwe i kiedy – wzdychają. – Mamy znajomych z Syrii w Amsterdamie i Luksemburgu, więc na razie pewnie tam będziemy się kierować – mówią Syryjczycy. – Zaczniemy wszystko od nowa. Nie mamy innego wyjścia – dodają. – Musimy im pomóc zrobić wyprawkę na dalszą drogę. Mają bardzo mało ubrań – ocenia Ewa. A przybyli chcieliby wyrazić wielką wdzięczność: – Polacy, przemyślanie są wspaniali!

Sam Bóg mnie do nich zaprowadził
Wkrótce odwiedzamy kolejny przemyski dom, którego drzwi są otwarte dla uchodźców. Na przemyskim Zasaniu mieszka znany przemyski stomatolog, Bartłomiej Rybak z rodziną. On też zaprosił pod swój dach Ukrainkę wraz z małym synkiem. – Sami mamy dwoje dzieci i to był normalny odruch serca, żeby komuś z dzieckiem, czy dziećmi udzielić schronienia – mówi 40-latek. – Zgłosiliśmy wraz z żoną taką chęć i trafiła do nas Marta, to znaczy Gulnara – uśmiecha się. – Mnie się bardziej podoba Marta, tak jak nazywa mnie Ewa – mówi Ukrainka o kaukaskich rysach. Ewa to gospodyni domu, niestety, podczas naszej wizyty nieobecna. – Mamy troszkę utrudniony kontakt, bo nasza Marta mówi tylko po ukraińsku, ale jakoś sobie radzimy – wyjaśnia doktor Bartek żadnych problemów z porozumieniem się nie mają niemal 2,5 letni synek Gulnary, Timur i będący w podobnym wieku synek Rybaków, Leon. Chłopcy bawią się i nie peszy ich obecność obcych ludzi. Śmieją się i przytulają.
Kobieta dotarła do Przemyśla z Zaporoża. Tam samotnie wychowywała synka. – Postanowiłam wyjechać, bo bałam się o życie Timura – wyznaje kobieta. – Putin jest zdolny do wszystkiego – dodaje. Z rodzinnego miasta odbyła wydalającą się nie mieć końca podróż do nieznanego jej Przemyśla. – W pociągach był tłok i rozpacz – opowiada kobieta. – Ludzie bardzo się bali, płakali i rozpaczali. Starałam się ich rozweselać – mówi. Gdy po wielu godzinach Gulnara przybyła do Lwowa, tamtejsi wolontariusze dali jej i Timurowi jedzenie i picie. – Zaczęłam łapczywie jeść. Wtedy zawyły syreny alarmowe. Bałam się, ale głód był silniejszy od strachu. Zresztą wolontariusze uspokajali, że nic się nie stanie – wspomina. Potem była kolejna bardzo długa podróż ze Lwowa do Przemyśla. – Byłam bardzo zmęczona. No i bałam się, co nas czeka, nigdy wcześniej nie byłam w Polsce. Czułam jednak, że Bóg nad nami czuwa i wszystko będzie dobrze – mówi. – I było, bo gdy tylko wysiadłam z pociągu w Przemyślu, zaraz pojawili się wolontariusze. Dawali nam jedzenie, picie, zabawki dla dzieci, pytali o plany. Ja nie miałam żadnych – opowiada Gulnara. – Wkrótce powiedziano mi, że jest miejsce przy rodzinie z dziećmi, gdzie mogę się zatrzymać. A potem Bartek przyjechał po nas na dworzec. Wierzę, że to Bóg postawił jego i Ewę – i całą tę rodzinę – na naszej drodze – mówi wzruszona kobieta. Docelowo Gulnara chciałaby wyjechać z synem do Niemiec albo Włoch i tam szukać pracy. – Muszę ułożyć sobie życie poza Zaporożem, poza Ukrainą. Posłać synka do przedszkola, sama zacząć pracować – snuje plany – nie chce naduzywać gościnności. – O żadnym nadużywaniu nie ma mowy – wtrąca zaraz Bartek Rybak. – Marta może u nas zostać tak długo, jak będzie chciała i potrzebowała! A jeśli już zdecyduje się wyjechać, na naszą pomoc będzie mogla liczyć inna kobieta z dzieckiem lub dziećmi – deklaruje. Na razie Gulnara stara się otrząsnąć z tego, co stało się na Ukrainie. Gospodarze dbają, by jej to ułatwić. – Żona z Leonem i Marta z Timurem były ostatnio w galerii, dzieci pobawiły się w kulkach – uśmiecha się doktor Bartek. – A w weekend może pojedziemy na wycieczkę? Na przykład na Solinę? Niech Timur i Marta zobaczą, jak tam jest ładnie! – Jestem tak wdzięczna za pomoc i wsparcie, że nie potrafię tego wyrazić – mówi Ukrainka z Zaporoża.
Doktor Bartek Rybak za naszym pośrednictwem chciałby też przypomnieć, że jeżeli ktoś z uchodźców cierpi z powodu bólu zęba, to może liczyć na jego bezpłatną pomoc. – Już kilka osób skorzystało, ale nie ma przeszkód, by było ich więcej – podkreśla.
Choć ostanie dni są dla wszystkich trudne, bo widok ludzkiego cierpienia i rozpaczy rozdziera niejednemu z nas serce, tak widok uchodźców w domach przemyślan otoczonych opieką i serdecznością, jest jak balsam. Tak trzymać, Przemyślu!

Monika Kamińska

12 Responses to "Otaczają opieką i serdecznością"

Leave a Reply

Your email address will not be published.