
– Jestem z Ukrainy i zastanawiałam się, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. Mieszkam bardzo daleko i mogłabym śledzić wszystko online, ale jaki to miałoby sens? Musiałam przyjechać – mówi Alla, która w ubiegłym tygodniu dołączyła do wolontariuszy pomagających na rzeszowskim dworcu. Razem z mężem – Christopherem wzięli urlop w pracy, by pomagać uciekającym przed wojną.
Poznajemy ich przypadkiem. Zwracają naszą uwagę, bo rozmawiają ze sobą po angielsku. Najpierw zaczepiamy Christophera. – Skąd jesteś i co tutaj robisz? – Z Monterey w Kalifornii – odpowiada. Nie kryjemy zdziwienia. A on wydaje się tym rozbawiony i szybko tłumaczy: – Przyjechałem tu z moją żoną, która jest Ukrainką. Bardzo przeżywa to, co dzieje się w jej kraju. Chciała coś zrobić. Nie potrafiła po prostu siedzieć. Możesz przekazać pieniądze na pomoc? To dobrze. My to zrobiliśmy. Ale co potem? – pyta.
Błyskawicznie podjęli decyzję o przyjeździe do Polski. Powiedzieli znajomej, że chcą realnie zostać wolontariuszami, a ona skontaktowała ich z odpowiednimi osobami. W ciągu kilku dni wzięli urlop w pracy, kupili bilety i różnymi środkami transportu dotarli do Rzeszowa.
W Stanach uczą języków obcych, więc pomagają m.in. jako tłumacze.
– Alla mówi po ukraińsku, rosyjsku, angielsku, polsku, trochę po hiszpańsku i francusku. Moi dziadkowie pochodzili z Polski, ale „Ja nie mówię po polsku” – to jedyne, co potrafię powiedzieć w tym języku. Dlatego zazwyczaj trzymam usta na kłódkę i noszę bagaże z autobusów do pociągu – żartuje Christopher. Ale jeśli jest potrzeba, tłumaczy z hiszpańskiego i angielskiego.
To Polakom należą się podziękowania
Staramy się porozmawiać z Allą, jednak co chwilę ktoś nam przerywa. Wszyscy pytają, jak dostać odpowiedni bilet. Wolontariuszka biega więc z nimi do kasy. – Znajdujesz choć chwilę na odpoczynek? – pytamy. – Staram się tu wypić herbatę i zjeść kanapkę. Jesteśmy zmęczeni, ale co możemy zrobić? To nienormalna sytuacja, powiedziałabym surrealistyczna – podkreśla. – Ludzie, którzy tu docierają, nie spali po 5 – 6 dni. Nie są w stanie jasno myśleć. Mówię im: „Idź, zjedz coś, napij się. Tam jest miejsce dla dzieci” Oni podróżują z dziećmi w różnym wieku. Niektórym towarzyszą zwierzęta – psy, koty, albo ptaki – wymienia. Opowiada o ich zagubieniu i strachu.- Nie wiedzą, gdzie się kierować. Są zestresowani. Ci, którzy mają w Polsce lub innych krajach rodziny, przyjaciół, mają jakieś plany. Inni pytają mnie: „Czy możesz mi powiedzieć, co ja mam teraz zrobić?” A ja nie potrafię – przyznaje Alla. Gdy tylko może, śledzi wiadomości z Ukrainy. – To nieprawdopodobne i bardzo bolesne. Nawet moi znajomi mówią, że nie potrafią tego zrozumieć. Ale nie każdy chce pomagać. Niektórzy nie chcą się stresować. Tworzą dookoła siebie bańkę, w której się zamykają. Ale ta sytuacja pokazuje, jak bardzo jesteśmy od siebie nawzajem uzależnieni – nie ma wątpliwości wolontariuszka z Kalifornii. – Nie możemy się izolować jako państwo, bo jesteśmy ze sobą połączeni. – Dziękujemy za waszą pomoc! – mówimy na pożegnanie.
– Nie, to Polakom należą się podziękowania za ich siłę i otwartość. Ludzie cały czas tu przychodzą. Przynoszą jedzenie, własnoręcznie zrobione kanapki, rzeczy dla dzieci. Okazują wsparcie
– wymienia Christopher. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To nieprawdopodobne!
Wioletta Kruk



8 Responses to "Przyjechali z Kalifornii, by pomagać uchodźcom"