Azyl przy Bednarskiej 11

Codziennie w ośrodku jest 8 – 12 wolontariuszy, którzy zmieniają się co 8 godzin. Na zdjęciu tylko niewielka część wielkiej rodziny. Fot. arch

Gdyby ktoś mi powiedział, że w kilkadziesiąt godzin można stworzyć dom, to bym nie uwierzyła. Ale wolontariusze z Bednarskiej 11 w Rzeszowie to zrobili. – To kumulacja dobrej woli i energii. Dzięki nim rzeczy, które wydawały się niemożliwe, po prostu się dzieją – przekonują. Mówią, że tutaj co chwilę zdarza się cud. Największy? Narodzin. Na świat przyszła Zlata. To dobry znak. Kiedy w czasie wojny rodzi się dziewczynka, to znaczy, że będzie pokój…

Już przed budynkiem widać, że dom tętni życiem. Na podjeździe mnóstwo samochodów. W oknach palą się światła. Przez ścianę przebijają się głosy dzieci. Zastanawiam się, co na to sąsiedzi. Usłyszę potem, że „każdy by takich chciał”.
Tuż za progiem spotykam pierwsze wolontariuszki – studentki, które są tu z inicjatywy Podkarpackiej Programowej Rady Kobiet. Zajmują się grupą dzieci. Układają z nimi puzzle. Do dyspozycji mają mnóstwo gier, zabawek i pluszaków. – Ostatnio najchętniej bawią się w chowanego, lubią tworzyć coś z plasteliny, ale głównie malują – mówią dziewczyny. Już cała ściana jest wyklejona ich dziełami. Są na nich misie, ukraińskie flagi, żółto-niebieskie serca. Ale jest też czołg…
Niektóre maluchy spędzają cały dzień w prowizorycznej bawialni, inne trzymają się mamy. – To zależy od tego, jak długo tu są – tłumaczy jedna z wolontariuszek.
– Bednarską tworzą ludzie, którzy poświęcają swój czas, nawet kosztem rodziny. I to największy kapitał. Ale proszę nie myśleć, że to pospolite ruszenie kilku entuzjastów. Pieczę nad tym, co tu się dzieje, sprawuje Fundacja Sensor prowadząca Ośrodek Terapii Cogito. Pomaga nam od strony formalno-prawnej – mówi Piotr. – To kumulacja dobrej woli i energii. Dzięki temu rzeczy, które wydawały się niemożliwe, po prostu się dzieją – mówi. I zaprasza na górę, uprzedzając, że jest skromnie. Ale nie o to tu chodzi.
– Liczy się domowa atmosfera! – podkreśla Agnieszka – „głównodowodząca” w ośrodku, który jest punktem wsparcia dla uchodźców. Oprowadza mnie po budynku. Na schodach mijamy kolejne dzieci. Zaglądamy do pokoi. Jeden już czeka na nowych lokatorów. Inny po brzegi jest wypełniony ubraniami – dla tych najmniejszych i dla dorosłych. – To wszystko z darów, od ludzi dobrego serca – wskazuje.

Zamiast 10 osób – 30

Gdyby ktoś mi powiedział, że w kilkadziesiąt godzin można stworzyć dom, to bym nie uwierzyła. A oni opowiadają, jak to zrobili.
Idea powstała 2 dni po wybuchu wojny. – Pojawił się do zagospodarowania budynek – zaczyna Piotr. – O godz. 8.30 w sobotę zadzwoniłem do Przemka, męża pani Agnieszki: „Słuchaj, jest obiekt w całkiem dobrym stanie. Może zostać udostępniony osobom z Ukrainy, ale potrzebny jest szybki remont”.
O 10 dostał klucze. Chwilę później pojawili się tu wolontariusze. Tego samego dnia nocowało w nim pierwszych 20 osób. – Każdy ma znajomych, a oni kolejnych. Tak zebrała się cała grupa – śmieje się Agnieszka.
Anton z sąsiadem chcieli pomagać przy jednej ze zbiórek w mieście. – Ale tam było dużo osób, więc Władek zadzwonił do Przemka, pytając, czy nie wie, gdzie możemy się bardziej przydać. „Mamy dom, który trzeba posprzątać” – usłyszał. Zabrałem więc żonę i przyjechaliśmy – wspomina.
Zaczęli od góry. Po 4 godzinach Anton stwierdził, że w tym tempie to potrwa tydzień. Poprosił żonę, by wykorzystała zasięgi na Instagramie zaapelowała o pomoc. Liczył, że przyjdzie 10 osób. Przyszło 30. Wśród nich Anastazja. – Nie mogę w Ukrainie, to pomagam tu – mówi. – Odezwałam się do swoich znajomych. Na Instagramie powiedziałam, że potrzebujemy ręczników, pościeli i innych rzeczy.
Tak dowiedział się o nich cały Rzeszów. – W niedzielę ulica była zupełnie zablokowana. Wszyscy coś przywozili, wnosili. Ludzie się zatrzymywali, pytali, czego potrzebujemy – opowiada Anastazja. Dostali meble, używaną pralkę, suszarkę i dużo jedzenia. Dziękowali za wszystko.
Był tylko jeden problem – chłód.
– Przywiozłem kilka farelek – mówi Piotr. – A inni donieśli. – Nagle mieliśmy ich 20 – wtrąca Anastazja. Więcej nie mogliśmy podpiąć, bo instalacja by nie wytrzymała. Na przyłączenie gazu mieli czekać kilka dni, ale znowu zadziałała sieć dobrych kontaktów. Wystarczył jeden dzień, by mogli cieszyć się ogrzewaniem i ciepłą wodą.
– Pierwsi przyjechali do nas czterej mężczyźni. Jechali z Niemiec. Przenocowali i pojechali walczyć w Ukrainie. Była też rodzina z dwójką dzieci – przypomina sobie Anastazja. – Następnego dnia sama kładłam 14 osób. Nie miałam ich na czym położyć! Nie było poszewek, prześcieradeł. Przywiozłam 7 z domu i daliśmy radę – kontynuuje Agnieszka.
Od tamtej pory żyją w gonitwie. – Codzienne załatwiamy transporty, logistykę, czasem ktoś zachoruje i trzeba go zawieźć do szpitala. Wszystko już przerabialiśmy – od opieki nad zwierzętami po narodziny – śmieje się Agnieszka. – Jest u nas mama z dzidziusiem. Pani Karina przyjechała do nas we wtorek. W piątek zawieźliśmy ją do szpitala. A dzisiaj odebrałam ją z córeczką. Mają swój pokoik, udało się też zorganizować wózek – dodaje. Gdy do nich zaglądam, Zlata, bo takie otrzymała imię, śpi spokojnie w ramionach babci. Nie wie, że jej tata walczy w Charkowie.

400 gości

Przez chwilę rozmawiam z kobietami, które znalazły tu schronienie. Pytam, jak się czują: „Duże dobre! Bardzo wam djekujemy” – powtarzają. Próbują się uśmiechać. Ale zdradzają je oczy. Są pełne smutku.
W niewielkiej kuchni krzątają się dwie kobiety. Biorę je za wolontariuszki. – To nasze mieszkanki – wyjaśnia Agnieszka. – Dostajemy pyszne zupy od dwóch restauracji, ale jeśli ktoś ma ochotę na coś innego, udostępniamy produkty.
Tatiana i Natalia przygotowują właśnie makaron. Jak tu dotarły? – Na olx znalazłam ogłoszenie o noclegach. Przyjechałam z trójką dzieci. Mają 5,10 i 12 lat – wylicza Tatiana.
Natalia nocuje tu z synem. Ktoś jej polecił Bednarską. – Dwie doby jechałam z Kijowa. Syn spał mi na kolanach. Chciałam tylko dach nad głową i łóżko. Dostałam o wiele więcej – nie kryje wdzięczności.
Nastia przyjechała 3 dni temu z Buczy. – Nie planowałam nigdzie wyjeżdżać. Miałam dom, psy, koty. Myślałam, że przeczekam pod ziemią, jak wszyscy – wyznaje. Spędziła 14 dni w piwnicy, u swojej teściowej. – Było bardzo ciasno. Nie mieliśmy wody. Musieliśmy ją nabierać do pojemników. Potem wyłączyli prąd. A potem gaz. Całe szczęście, mieliśmy piecyk, bo było zimno – opowiada szybko. – Potem była obława. Przyszli żołnierze, chyba z Kaukazu. To było straszne…
Nie rozumiem wszystkiego. Mój „tłumacz” – Dima, mówi tylko: – Dzięki Bogu, nic im nie zrobili.
– Po 14 dniach wyszliśmy, a naszego miasta po prostu nie było… – mówi Nastia.
Kiedy uzgodniono korytarze humanitarne, ludzie opuszczali ruiny. Nastia chciała zostać. – Pojechałam z moją 7-letnią córką po zakupy, gdy zadzwoniła teściowa, że zaczęli strzelać i kazała nam uciekać – opowiada. Spakowała tylko dokumenty i kilka rzeczy dla dziecka. Sąsiad doprowadził do Tarnopola. Stamtąd autobusem pojechały do Lwowa. Strach wrócił, gdy znowu zaczęli strzelać. Minął, gdy przekroczyła granicę.
Co dalej? – Nie wiem. Może pojadę do Włoch, może do Niemiec. Wszystko jedno… Gdzie będzie szansa.
– U wszystkich tak to wygląda. Nie mają nikogo, rodziny ani znajomych. – przyznaje Anton, wolontariusz. – 10 minut temu zadzwoniła pani z Dniepropietrowska. Żołnierze ich dziś ewakuowali. Podwieźli do granicy i powiedzieli: „Idźcie tam, najlepiej na 2 do 4 tygodni” Ta kobieta płakała: „Nie mam dokumentów, nie znam języka. Co mam robić?!” „Przyjeżdżaj do Rzeszowa” – odparłem.
Niektórzy kontaktują się z Bednarską już z Polski, inni jeszcze sprzed granicy. -Na początku odbieraliśmy uchodźców z dworca PKP. Teraz ci, którzy nas opuszczają, polecają to miejsce innym – tłumaczy pani Agnieszka. Telefony się urywają. – W Polsce, relokujemy ich najczęściej do wyznaczonych ośrodków. Natomiast za granicą zazwyczaj do osób prywatnych – Agnieszka. Zdarza się, że Ukraińcy samodzielnie poszukują kierunków wyjazdu.
Ile osób przeszło już przez ten dom? – Jakieś 400. Pierwsze 43 pojechały do Wieliczki. Dziś grupa pojechała do Katowic. Mamy w planie Niemcy, ale jest problem z transportem.
– Każdy chce wracać do domu. Mówią, że zostaną 2-3 dni. A gdy mija czwarty, dociera do nich, że to potrwa dłużej – słyszę on Antona.

Będzie pokój

W tym domu wszyscy się znają. Wiedzą, kto z kim przyjechał, jakie ma problemy, albo… komu rakieta zburzyła dom. Takie opowieści są najtrudniejsze.
– Była u nas pani, która przyjechała samochodem z dwiema babciami i trójką dzieci. Powiedziała, że męża już nie ma. Mieszkania nie ma. Nic nie ma i nie wie, co robić – wspomina Anton.
– Ludzie tracą dobytek, ale też umiejętność komunikacji, orientację – nie ma złudzeń Dima. – Niektórzy po raz pierwszy przekraczają granicę. Do tego dochodzi stres -dodaje. Opowiada, jak miał odebrać z przejścia znajomych. Przez 2 godziny nie był w stanie nawet dowiedzieć się, na której są granicy. Od tamtej pory prosi o włączenie geolokalizacji i wysłanie zdjęcia.
Przerywa nam telefon. Pani, która zarezerwowała pokój dla siebie i dzieci, jest już na dworcu. Przysyła swoje zdjęcie. Dima tylko rzuca okiem. – Jesteśmy jak mała…, no dobrze, jak wielka rodzina – dopowiada Anastazja. – Tak naprawdę teraz przyjeżdżają prawdziwi uchodźcy. Wcześniej to byli ludzie, którzy mają znajomych, rodzinę, załatwione mieszkanie. Teraz na granicach nie ma tyle aut. Są same mamy z potomstwem.
– Biorą tylko dokumenty i rzeczy dla dzieci. Same mają to, w czym wyszły. Nie martwią się o siebie. Tydzień temu przyjechała tu pani z córkami. Zrobiliśmy im kolację. Dziewczynki jadły. A cały czas patrzyła w okno, bo się bała. Obserwowała, czy coś nad nimi nie lata – mówi Dima. – To jest trauma. Wszyscy są na etapie: „Co będzie? Kiedy wojna się skończy?”
– Co im odpowiadacie?
– Prawdę – że wszyscy czekamy. Tłumaczymy, że są bezpieczni, że cała Polska zaangażowała się w pomoc, inne państwa też.
Większość, gdyby mogła, zostałaby tu na stałe. Podczas pożegnań zawsze są łzy. A potem wiadomości z podziękowaniami, telefony z pytaniami, co słychać u innych.
– Jedna z byłych mieszkanek pytała o panią Karinę. Powiedziałem, że urodziła córkę. Rozpłakała się ze wzruszenia – opowiada Anton. Powiedziała: „ Nasi dziadkowie mawiali, że jeśli w czasie wojny rodzi się chłopak, to ona będzie się ciągnąć. A jeśli dziewczynka, zapanuje pokój”. Będzie pokój!

Wioletta Kruk

POMÓŻ!
Mieszkańców Bednarskiej 11 można wesprzeć, przekazując im żywność. Obecnie potrzebują: środków higieny osobistej dla dorosłych i dzieci, żywności długoterminowej, produktów spożywczych dla dzieci i niemowląt, artykułów medycznych, chemii gospodarczej, odzieży i obuwia dziecięcego, kocy i pościeli; artykułów szkolnych i środków dydaktycznych
Można też pomóc, dokonując wpłat na konto:
Fundacja Sensor
ul. Warszawska 82
35-205 Rzeszów
nr konta: 96 1050 1562 1000 0090 8155 4371
Tytuł przelewu: POMAGAM UKRAINIE- BEDNARSKA 11-DAROWIZNA

Na stronie zrzutka.pl założono zbiórkę na rzecz ośrodka pn. „Zrzutka: Bednarska 11 w Rzeszowie – działalność domu pobytu dla 40 uchodźców”

6 Responses to "Azyl przy Bednarskiej 11"

Leave a Reply

Your email address will not be published.