Zwykli ludzie robią niezwykłe rzeczy

Nastja z koleżanką i dziećmi uciekły spod Charkowa. Są już w Polsce bezpieczne. Na miejscu zostali ich bliscy, którzy walczą z rosyjskim okupantem. Fot. Martyna Sokołowska

– To, co widziałem przez ostatnich kilkanaście dni nie da się opisać słowami. Wycieńczone wielogodzinną podróżą matki z dziećmi, które ze zmęczenia ledwo szły, były sine z zimna. Sam mam dwóch synów, decyzja więc nie mogła być inna: pomagamy i będziemy pomagać – mówi Wojciech Bryndza, przedsiębiorca z Leska, który w swoim biurowcu stworzył świetnie prosperujący ośrodek dla osób uciekających z ogarniętej wojną Ukrainy. Działa on dzięki tytanicznej pracy wolontariuszy, bez żadnego rządowego wsparcia.

Z Wojciechem Bryndzą spotykam się u niego w biurze przy ul. Ossolińskich w Lesku. To dwupiętrowy biurowiec w centrum miasta, na parterze jest bank, niżej bar, który prowadzi mój rozmówca.
Wita się ze mną z telefonem przy uchu, wskazuje miejsce, gdzie mogę usiąść. Chwilę czekam przysłuchując się rozmowie. Na biurku leżą dziesiątki kartek z zapiskami. – Na szczęście mam talent organizacyjny, więc umiem to wszystko jakoś ogarnąć – mówi, wskazując na ten pozorny, jak się chwilę później okazuje bałagan.
Podaje mi do ręki jedną z kartek. „Transport do Niemiec, 160 osób” – odczytuję. – Zgłosił się człowiek, który może załatwić mieszkania i pracę dla osób z Ukrainy – wyjaśnia mój rozmówca.
Wojciech Bryndza od pierwszego dnia rosyjskiej agresji na Ukrainę pomaga osobom, które uciekają z ogarniętego wojną kraju. – 24 lutego jak zwykle włączyliśmy z żoną telewizor i dosłownie opadły nam szczęki – wspomina. – Niby wszyscy brali pod uwagę, że Rosja może zaatakować Ukrainę, ale każdy miał nadzieję, że to jednak nie nastąpi. Po krótkiej rozmowie z żoną zdecydowaliśmy, że przekształcamy nasz obiekt na miejsce dla uchodźców – opowiada.
Pierwszego dnia dzięki zaangażowaniu znajomych udało się wysprzątać i przygotować na jednym z pięter cztery pomieszczenia. Szybko jednak okazało się, że zapotrzebowanie jest dużo większe. – Zdecydowaliśmy, że zagospodarujemy całe piętro. Zaangażowałem w pomoc znajomych, każdy przynosił z domu co mógł: koce, kołdry, poduszki.
Liczba osób przekraczających granicę w Krościenku była jednak tak duża, że następnego dnia przedsiębiorca podjął decyzję o zagospodarowaniu na potrzeby uchodźców kolejnego piętra. – To już było prawdziwe pospolite ruszenie. Jeden znajomy skręcał meble, inny montował pralki, jeszcze inny przerabiał toalety na prysznice, pracowaliśmy dzień i noc, aby to wszystko przygotować. Przez pierwsze dni byłem na nogach po 20 godzin na dobę – wspomina.
Ośrodek szybko zaczął zapełniać się uchodźcami z Ukrainy. W szczytowym momencie było ich ponad 90. Przyjeżdżali o różnej porze dnia i nocy. – Niektórych scen nie da się wymazać z pamięci. Pewnej nocy odebraliśmy telefon, że w Medyce w szczerym polu stoją 24 osoby, po które nie przyjechał transport. I nie wiem skąd, ale dostali kontakt do nas. Była 1 w nocy, na szybko trzeba było zorganizować busy po tych ludzi. W jednym z samochodów siedział tłumacz i wolontariusz, który akurat u nas nocował i znał tamten teren. Pytał o punkty orientacyjne, o to co widzą ci ludzie dookoła siebie i tak udało się ich zlokalizować. Wszyscy trafili do nas, 24 osoby, w tym 16 dzieci. Zmarznięci, zmęczeni. Wnosiliśmy te dzieci do budynku i serce się krajało, były wyczerpane, sine z zimna… To są momenty, kiedy człowiek wysiada. Sam mam dwóch synów. Wiele w życiu doświadczyłem, na pogrzebach nie płaczę, ale to były momenty, kiedy odwracałem głowę, bo nie dawałem rady… To są emocje nie do opisania, serce zwyczajnie pęka – przyznaje.
W trakcie naszej rozmowy co chwilę dzwoni telefon. Ktoś szuka noclegu, ktoś inny transportu. Dzwonią ludzie nie tylko z regionu, ale i z całej Polski. – Nie wiem skąd mają mój numer, ale to nie jest ważne, ważne jest to, co możemy dla tych osób zrobić – podkreśla mój rozmówca.
Wspólnie ze znajomymi pomagają też na granicy. – Odebrałem dramatyczny telefon od dziewczyny z Zagórza, która na granicy w Krościenku rozdawała jedzenie i koce uchodźcom. Prosiła mnie o wózki dla matek, które od wielu godzin czekały na przejście granicy trzymając swoje dzieci na rękach. Udało nam się tam wysłać 50 wózków.

60 godzin bez snu

Właściciel obiektu oprowadza mnie po budynku, który od pierwszego dnia rosyjskiej agresji na Ukrainę działa jako ośrodek dla uciekających przed wojną osób. Na I piętrze poznaję Daniela, wolontariusza, który przyjechał z Legnicy. Ma 22 lata i ukraińskie korzenie. Na Podkarpacie przyjechał krótko po wybuchu wojny w Ukrainie. – Tata mojego współlokatora był tłumaczem w punkcie recepcyjnym w Łodynie. Podczas jednej z rozmów powiedział, że jest ciężko i że potrzeba tłumaczy. Czułem się nieswojo z myślą, że potrafię i mogę pomóc, a siedzę na tyłku i nic nie robię. Zdecydowaliśmy z kolegami, że przyjedziemy pomóc. Jest nas tu trzech kumpli, czwarty jest w drodze – opowiada.
Na początku 22-latek trafił do punktu recepcyjnego w Łodynie. Pracy, jak relacjonuje, było sporo. Trafił na moment, kiedy pierwsza fala uchodźców była w szczycie. Dziennie podkarpacką granicę z Ukrainą przekraczały tysiące osób. – W Łodynie byłem 60 godzin na nogach bez snu… Pracy było bardzo dużo, nie tylko tłumaczyliśmy, ale robiliśmy wszystko, co trzeba było – relacjonuje.
Część rodziny Daniela uciekła przed wojną z Ukrainy, ale kilku krewnych zdecydowało, że nie będzie opuszczać ojczyzny. – Ciocia i wujek mieszkają w Kijowie, nie chcą wyjeżdżać. Mamy z nimi kontakt, na razie, jak relacjonują, wszystko jest u nich dobrze – mówi chłopak. Gdy rozmawiamy pomaga w leskim punkcie dla uchodźców. – Jestem tutaj tłumaczem. Oprócz tego pomagam w segregowaniu rzeczy, uzupełnianiu magazynów i kuchni, staramy się też organizować transporty dla uchodźców. Po prostu pomagamy i będę to robił tak długo, jak będzie trzeba – zapewnił. Dziś Daniel pracuje jako tłumacz języka ukraińskiego we Wrocławiu.
Na II piętrze poznaję Natalię. Dziewczyna ma 28 lat, pochodzi z Ukrainy, od 2 lat mieszka i pracuje w Bieszczadach. Od koleżanki dowiedziała się, że w ośrodku w Lesku potrzebny jest tłumacz. – Przyszłam, bo chciałam zobaczyć, jak to wszystko wygląda i tak już zostałam – uśmiecha się Natalia, choć na jej twarzy widać zmęczenie. Pracuje co najmniej 12 godzin na dobę, czasem dłużej. – Jak każdy robię wszystko co trzeba, tłumaczę, pomagam szukać transportu, mieszkania, oprowadzam nowych mieszkańców po ośrodku i pokazuję, gdzie co jest – wylicza.
– Dlaczego to robisz? – pytam. – Kiedy przyjechałam do Polski, nie znałam języka, ludzi. Rozumiem, jak czują się uchodźcy i dlatego chcę im pomóc. Jestem szczęśliwa, kiedy ci, którym udało się pomóc i znaleźć mieszkanie informują nas, że wszystko u nich w porządku. Dla nas to ogromna satysfakcja, że udało się pomóc – przekonuje.
Właściciel biurowca pokazuje mi magazyn. To duże pomieszczenie, w którym zgromadzone i posegregowane jest wszystko, czego mogą potrzebować osoby przebywające w ośrodku. Ciepłe koce, pościel, ubrania i bielizna, środki czystości, lekarstwa, gry i zabawki dla dzieci.
Jest godzina 13, w ośrodku podają obiad. Pan Wojciech pokazuje mi kuchnię, która powstała w jednym z pomieszczeń. – Kupiliśmy kuchenki i lodówki. Nasze kucharki na pierwsze danie gotują dwie zupy: lżejszą dla dzieci i bardziej treściwą dla dorosłych – mówi mieszając gorącą zupę w jednym z garnków. Dzisiaj jest pomidorowa z ryżem i ziemniaczana z kiełbasą.
Mieszkanki ośrodka, bo w zdecydowanej większości są to kobiety z małymi dziećmi, mają też dostęp do produktów spożywczych, z których same mogą przygotować potrawy. – W ten sposób możemy choć na chwilę oderwać myśli od tego, co dzieje się w Ukrainie – mówi mi jedna z nich.
– Kupiliśmy kuchenki, lodówki i pralkę, wszystko za własne pieniądze. Chcieliśmy dać tym ludziom namiastkę normalności, aby mimo wszystko mogli jakoś normalnie funkcjonować – opowiada Wojciech Bryndza.

Wojciech Bryndza zamienił swój biurowiec w ośrodek dla osób uciekających z Ukrainy przed wojną. Oferuje nocleg, ciepłe jedzenie i pomoc w znalezieniu mieszkania i pracy. Według jego szacunków, wspólnie ze znajomymi i wolontariuszami pomogli już około 600 ludziom. Fot. Martyna Sokołowska

Robimy, co możemy

Na korytarzu gwarno. Trzy małe dziewczynki bawią się lalkami, mój rozmówca bierze jedną z nich na ręce. – To moja ulubienica – mówi z uśmiechem. Drobna, niespełna 3-letnia blondyneczka zarzuca mu ręce na szyję. To córka jednej z młodych kobiet, które uciekły przed wojną z Charkowa. Z Ukrainy uciekła razem z koleżanką. Po drodze spały u przypadkowych ludzi, w Chyrowie nocowały w szkole. Po czterech dniach dotarły do Krościenka. – Strażnik zapytał nas, gdzie jedziemy. Odpowiedziałam, że nie wiem, uciekamy przed wojną i nie mamy gdzie pójść – opowiada 30-letnia Nastja.
Ktoś zadzwonił do pana Wojciecha i tak kobiety trafiły do jego ośrodka w Lesku. – To był cud – mówi ze łzami w oczach Nastja. – Uciekłyśmy z Ukrainy ze względu na dzieci. Wojtek nas uratował, dał schronienie i opiekę, do końca życia będziemy mu to pamiętać. Wszyscy Polacy zachowują się wspaniale, spotkało nas tyle dobroci i ciepła z waszej strony. Naród ukraiński nigdy wam tego nie zapomni – dodaje.
– Pomagamy i będziemy to robić, ale za moment zderzymy się z rzeczywistością. Nie mamy żadnego wsparcia ze strony samorządu i rządu, za chwilę przyjdą rachunki, które trzeba będzie zapłacić. Od początku wojny przyjęliśmy i objęliśmy opieką prawie 700 osób w Ukrainy. Odbieramy ich z granicy, zapewniamy bezpieczne schronienie, opiekę medyczną, pomoc w znalezieniu pracy. Robimy co możemy i chcemy dalej działać, ale bez rządowego wsparcia nie będziemy mogli tego robić – podsumowuje właściciel biurowca.

Martyna Sokołowska

8 Responses to "Zwykli ludzie robią niezwykłe rzeczy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.